Dziki Zachód - mój bezkres

Serdecznie witam na mojej stronie poświęconej wycieczkom po tak zwanym Dzikim Zachodzie i nie tylko. Znajdziecie tu opisy i zdjęcia z wycieczek do takich miejsc jak Wielki Kanion, Yellowstone, Yosemite, Arches, Zion, Bryce, Monument Valley i wiele innych. Dawno temu za Dziki Zachód uważano wszystkie tereny położone na zachód od rzeki Missisipi. Dzisiaj, atmosfera Dzikiego Zachodu i widoki rodem z westernów nadal są w USA obecne w takich miejscach jak Utah, Arizona, Colorado, Nevada, Wyoming, Montana czy Południowa Dakota. W przeciwieństwie do mocno zaludnionych i zurbanizowanych regionów ameryki takich jak Kalifornia, Nowy Jork czy czy też Chicago, zachodnie Stany Zjednoczone Ameryki wciąż w dużej mierze świecą pustkami i zachwycają swoim bezkresem. Zapraszam!

Historie i fotografie rodzinne

Gotowa jest historia rodzin Wojtaszków, Tarazewiczów, Tarasewiczów, Godlewskich i Kłopotowskich, w tym stare fotografie i dokumenty. W miarę możliwości mam nadzieję dodawać coraz więcej informacji.

historia rodzin photo link

Kuba wyspa jak wulkan gorąca

Zapraszam do zerknięcia na relację z mojej wycieczki na Kubę.

cuba photo link

Mój kulejący blog

Blog powrócił. Pozostawia trochę do życzenia.

blog photo link

IMHO

Polecam forum dyskutyjne www.imho-forum.com.

imho photo link
  • Drzewo
    Genealogiczne

  • Rodzina
    Wojtaszków

    Rodzina
    Godlewskich

    Rodzina
    Kłopotowskich

    Rodzina
    Stańców

    Rodzina
    Tarazewiczów

    Rodzina
    Szycik

    Rodzina Tarasewiczów (wpisanych jako Tarazewicz)

    Rodzina
    (nazwisko nieznane)

    Szymon Wojtaszek
    i Marta Lipowska

    ich dzieci:
    Jan, Ignacy, Paweł Antonina
    (Imiona rodziców
    nieznane)

    ich dzieci:
    Jan Konstancja, Piotr, Feliks, Józefa, Helena
    (Imiona rodziców
    nieznane)

    ich dzieci:
    Aleksander
    Błażej Staniec
    i Józefa Kurant

    ich dzieci:
    Marianna
    (Imiona rodziców
    nieznane)

    ich dzieci:
    Stanisław
    (Imiona rodziców
    nieznane)

    ich dzieci:
    Katarzyna
    (Imiona rodziców
    nieznane)

    ich dzieci:
    Szymon
    (Imiona rodziców
    nieznane)

    ich dzieci:
    Monika
    Paweł Wojtaszek i Józefa Godlewska
    ich dzieci:
    Wincenty, Eugeniusz, Teodor,
    Czesław, Jadwiga, Wacław
    Aleksander Kłopotowski i Marianna Staniec
    ich dzieci:
    Aleksandra, Józef, Helena, Bolesława,
    Janina, Stefania, Henryk
    Stanisław Tarazewicz i Katarzyna Szycik
    ich dzieci:
    Mieczysław, Helena, Urszula
    Szymon Tarazewicz i Monika (nazwisko nieznane)
    ich dzieci:
    Aleksander, Władysław, Władysława,
    Honorata, Wacław, Aldona
    Eugeniusz Wojtaszek i Helena Kłopotowska
    ich dzieci:
    Jadwiga Marianna, Regina, Eugenia,
    Wiesław, Ryszard
    Mieczysław Tarazewicz i Honorata Tarazewicz
    ich dzieci:
    Czesław
    Czesław Tarazewicz i Jadwiga Marianna Wojtaszek
    ich dzieci:
    Andrzej, Wanda, Krystyna Helena,
    Czesława, Marek
  • Rodzina
    Kłopotowskich

  • Rodzina Kłopotowskich

    Aleksander Kłopotowski i Marianna Staniec (1877 - 1919)

    ich dzieci: Aleksandra, Józef, Helena, Bolesława, Janina, Stefania, Henryk

    Helena wychodzi za mąż za Eugeniusza Wojtaszka. Krótki opis historii rodziny Kłopotowskich. Historię rodziny mamy dokładnie nie znam, bo rodzina taty chociaż żyła w wielkim rozproszeniu to mieliśmy z nimi częstszy kontakt, ciocia Jadwiga i babcia przyjeżdżały z Warszawy. Stryjowie Teodor i Czesław pobudowali dom w Dąbrowie a to tylko 4 km. Rodzina mamy mieszkała w Długoborzu I koło Zambrowa, a to prosto przez lasy 14 km. Ale była i inna przyczyna, rodzinę taty poznawałam poprzez złośliwe odzywki mamy w rodzaju – masz piegi na nosie, jesteś ruda jak twoja babka Wojtaszkowa, lub nie zawracaj mnie głowy pytaniami, jesteś gaduła, jak twój dziadek Wojtaszek. Kiedy mama była zła, często brała na ’’tapetę’’ rodzinę taty. Wszystkie złe przywary jakie posiadałyśmy były dziedziczone po rodzinie Wojtaszków a dobre Kłopotowskich. Historię rodziny Kłopotowskich zacznę od Błażeja Stańca, mieszkańca Łętownic, gminy Andrzejewo – parafii Andrzejewo. Posiadał on duże gospodarstwo liczące kilka włók ziemi. Włóka = 30 morgom = 18 ha i stadniny koni. Wyjeżdżał w interesach na Krym do Odessy i stamtąd przywiózł żonę, której ojciec był Rosjaninem a matka Tatarką, miała 1,45 cm wzrostu, długie czarne włosy, skośne czarne oczy, wystające kości policzkowe. Z tego związku urodziła się córka Marianna – moja babcia. Była trochę wyższa, miała 1,50 cm a wygląd, - mieliśmy jej portret, podobna do matki. Kiedy Marianna miała 16 lat zmarła jej matka. Została sama z ojcem. Wspomniałam, że Błażej posiadał konie. Do pracy przy nich zatrudnił młodego mężczyznę Aleksandra Kłopotowskiego, miłośnika i znawcę koni. Pochodził on ze wsi Goski parafii rosochackiej, która leżała niedaleko Łętownicy, zubożały zaścianek szlachecki, leżący na uboczu. Na gospodarstwie został starszy brat a młodszy musiał szukać zajęcia i żony. Aleksander ’’goły jak turecki pieprz’’, ale wysoki blondyn o niebieskich oczach i lekko kręconych włosach, musiał pięknie wyglądać na koniu w siodle, zwłaszcza dla dziewczyny lubiącej konie i jazdę na nich. Marianna zadurzyła się bez pamięci i chociaż, oprócz miłości do koni i do niej nic więcej nie posiadał, wyszła za niego za mąż. Dostała w posagu ponad pięćdziesiąt hektarów ziemi ( 3 włóki ) i większą część domu. Niestety oboje nie bardzo sobie radzili. Jedyną rzeczą, którą mogli sie pochwalić to konie i powóz. Dopóki żył ojciec Marianny nadzorował gospodarstwo córki i zięcia, lecz po jego śmierci zaczęło się wszystko sypać, przybywało dzieci. Z opowiadań mamy wynika, że babka była osobą rezolutną i zaradną, ale rozrzutną. Była świetną kucharką, zapraszana była jako gospodyni wesel, była muzykalna (cała rodzina Kłopotowskich miała piękne głosy). Nie wiadomo dokładnie, kiedy doszło do sprzedaży gospodarstwa w Łętownicy i kupnie kilkunastohektarowego w Długoborzu. Wszystko w Długoborzu było w miniaturze i dom, zabudowania, ilość ziemi, więc należało zakasać rękawy i pracować. Nic takiego nie nastąpiło. Część pieniędzy ze sprzedanego w Łętownicy majątku pożyczono jakiemuś krewnemu, który nigdy ich nie zwrócił. W gospodarstwie nic sie nie udawało, przybywało tylko dzieci i został powóz i dwa wspaniałe konie, którymi jeżdżono w niedzielę do kościoła w Zambrowie. W 1919 r. umiera moja babcia Marianna, mając 42 lata. Najstarsza Olesia wychodzi za mąż, Józefa zabierają krewni z Czartos, Janinę krewni z Mroczek a Helenę – moją mamę, Sieniccy z Krzeczkowa Mianowskiego i tam poznaje ją mój tatuś, Eugeniusz Wojtaszek. Babcia zostaje z ojcem w Długoborzu matkując 8-letniej Stefanii i 5-letniemu Henrykowi.

  • Rodzina
    Wojtaszków

  • Rodzina Wojtaszków

    Szymon Wojtaszek i Marta Lipowska

    ich dzieci: Jan, Ignacy, Paweł, Antonina

    Paweł Wojtaszek (1871 - 1928) i Józefa Godlewska (1875 - 1953)

    ich dzieci: Wincenty, Eugeniusz, Teodor, Czesław, Jadwiga, Wacław

    Eugeniusz Wojtaszek (1902 - 1981) i Helena Kłopotowska (1905 - 1996)

    ich dzieci: Jadwiga Marianna, Regina, Eugenia, Wiesław (1937 - 1996), Ryszard

    Krótki opis rodziny Wojtaszków. Paweł Wojtaszek urodził się na Kielecczyźnie, we wsi Szaniec koło Buska Zdroju. Rodzina była chłopska, mieli kilka morgów ziemi i dorabiali w pobliskim dworze. Ich ojciec był piwowarem we dworze. Postanowił, że jego trzej synowie muszą nauczyć się zawodu. Najstarszego Jana oddał jako pomocnika kucharzowi dworu. Jan byl pojętnym uczniem, opanował sztukę gotowania. Ponieważ państwo mieli kamiennicę w Warszawie i tam więcej mieszkali niż w majątku, Jan postanowił zabrać do Warszawy najmłodszego swojego brata Pawła, oddał go na naukę do szewca, a wieczorami Paweł chodził do szkoły. Kiedy Paweł miał 17 lat został czeladnikiem, a mając 20 lat majstrem. Średni brat Ignacy został oddany do Kielc na naukę do stolarza. Historia braci potoczyła się różnie. Państwo mieli także dom w Odessie i tam wyjeżdżali zabierając Jana. Gdy wybuchła I Wojna Światowa państwo opuścili Odessę zostawiając kilka osób ze służby do pilnowania domu. Jan też pozostał, ale już na zawsze, założył restaurację - w okresie międzywojennym napisał kilka listów. Ten w Kielcach mieszkał cały czas, dowiedzieliśmy się troszkę o jego życiu. Wnuk jego Emil Wojtaszek był ambasadorem Polski w Paryżu, a potem ministrem spraw zagranicznych. Z jego wywiadu wynikało, że jesteśmy krewniakami. Siostra Genia napisała do niego list, odpisał i potwierdził nasze przypuszczenia, że jest wnukiem Ignacego Wojtaszka, pozdrowił wszystkich krewniaków. Bracia Wojtaszkowie mieli siostrę Antoninę o której nic niestety nie wiemy.

    Dziadek Paweł kiedy został majstrem postanowił otworzyć swój warsztat. Nie bardzo wiem jak to się stało, ale mając 25 lat miał warsztat i 20 uczniów i czeladników, zawiązał współpracę z firmą Bata, jeździł do Czech i Austri, wykonywał safianowe, atlasowe pantofelki w białych rękawiczkach. Było to w Warszawie na ul. Freta. Niedaleko pracowni dziadka, na ul. Freta był sklep opałowy, w którym dziadek zamawiał opał dla zakładu. W sklepie tym stała za kontuarem szczupła, drobna młoda dziewczyna, z włosami rudo-blond, lekko kręconymi - nazywała się Józefa Godlewska zwana Józią, przybyła do Warszawy z zaścianka szlacheckiego Bieńki, parafii Rosochackiej. Babcia była szlachcianką, zubożałą co prawda ale szlachcianką. Jakj babcia znalazła się w Warszawie opiszę przy historii jej rodziny. Paweł i Józefa pobrali się w 1898r. Rok później urodził się stryj Wincenty. Jak już pisałam dziadek dużo podróżował i nie tylko w sprawach handlowych. Dziadek był aktywnym działaczem Cechu i członkiem PPS (Polskiej Partii Socjalistycznej). Znał ważniejszych działaczy z tej partii, w tym Kasprzaka i Okrzeję. Był świetnym mówcą, agigatorem. Był na spotkaniach z Piłsudskim (gdy ten zawarł przymierze z ziemiaństwem, następnie rozłam w partii, a Piłsudski w pojęciu dziadka był zdrajcą który zdradził interesy robotnicze). Dziadek chodził w trójkach, które miały za zadanie zdobywanie broni - przygotowywała się rewolucja. Babcia mówiła, że dziadek był człowiekiem rozrzutnym, grał w bilard. Kiedy się rodził Wincenty dziadek miał być, ale go nie było, dziecko odbierała położna i brat babci Jan, który był wikariuszem w kościele na Starym Mieście.

    Działalność polityczna dziadka skończyła się tragicznie. Został aresztowany i osadzony w Cytadeli w więzieniu, w którym osadzano buntowników i w którym powieszono na stokach Cytadeli ostatniego przywódce Powstani Styczniowego Romualda Traugutta. Dziadek był bardzo bity pejczem zakończonym łańcuchami i blaszkami. Miał całe plecy w bliznach, odbito mu płuca, uszkodzono nerki. Babcia opuściła Warszawę i zamieszkała na stacji Czyżew. Ponieważ aresztowanym politycznym rekwirowano majątki, babcia przepisała warsztat na Franciszka, bratanka dziadka. Po półrocznym śledztwie zwolniono dziadka, ale miał zakaz mieszkania w Warszawie. Kiedy dziadek był w więzieniu, na stacji Czyżew urodził się mój tatuś. Babcia tam zamieszkała, bo bała się mieszkać w Warszawie. Z Czyżewa łatwo było dojechać do stolicy i blisko było do Bieńk czyli rodziny. Przez tą działalność polityczną dziadek złamał nie tylko swoje ułożone i dostatnie życie ale i przyszłość swojej rodziny. W tym czasie dziadek stracił swojego ojca, owdowiała matka napisała aby wrócił do domu. Cała rodzina znalazła się w Szańcu. Dziadek który uzyskał nieco kapitału z likwidacji zakładu postanowił zmodernizować dom i tam osiąść. Niestety dziadek był porywczy a jego matka zmienna w obietnicach. Tam urodził się stryj Teodor. Był rok 1905, w Warszawie i innych miastach wybuchła rewolucja, którą dziadek przygotowywał. Powstała nadzieja powrotu do Warszawy. A kiedy wojska carskie stłumiły rewolucję w Rosji a potem w Polsce i nastąpiły represje, nadzieja na powrót zanikła. Babcia wzięła sprawy w swoje ręce. Wróciła do Bieńk, dogadała się z mieszkańcami Krzeczkowa-Milanowskiego którzy dali plac pod budowę domu i zaprosili dziadka bo taki rzemieślnik był im potrzebny. A wioska leżała na głównym szlaku komunikacyjnym z gminy Czyżew, do powiatu w Wysokim Mazowieckim. Była dużą zamożną wsią a te atuty były ważne. I tak rodzina Wojtaszków znalazła swój azyl. Dziadek zawarł umowy ze sklepami (przeważnie żydowskimi) w Czyżewie na sprzedaż butów a także robił i naprawiał obuwie mieszkanców wiosek. O ile babcia starała się pogodzić z nową sytuacją, o tyle dziadek ile razy brał do ręki pobrudzone chłopskie buty narzekał na swoją dolę. Dokuczało mu także zdrowie. W Krzeczkowie urodziło się jeszcze troje dzieci: Czesław, Jadwiga i Wacław, który urodził się po wybuchu I Wojny Światowej w 1919 r. Dziadek pilnował aby dzieci chodziły do szkoły w Rosochatym do której chodziła rodzina babci z Bieńk i do której ona chodziła. Starszych chłopców już po ukończeniu 10 lat sadzał na szewskim stołku i uczył zawodu. Chłopcy dorastali, zakładaliu rodziny. Wincenty po ożenku zamieszkał w Rosochatem. Dziadek coraz więcej czasu spędzał nad Brokiem z wędką, więc tatuś zarządzał warsztatem i młodszymi braćmi. W roku 1923 tatuś został powołany do wojska, służbę odbywał na Bemowie w Warszawie, często bywał u swojej cioci Konstancji na Freta. Potem został skierowany na szkółkę wojskową, bo miał skończoną szkołę podstawową (co wtedy miało niewielu). Mógł zostać oficerem, za czym byli ciotka i matka. Niestety, tato dostał urlop i przyjechał do domu. Było lato, niedzielne popołudnie, przyszedł kolega i namówił na spacer nad Brok, gdzie była majówka. Muzykańci grali, młodzi tańczyli, tato przyglądał się i zauważył jakąś nieznajomą, drobną dziewczynę z czarnym, długim warkoczem przewiązanym czerowoną wstążką. Ta dziewczyna nazywała się Helena Kłopotowska. Przybyła do Krzeczkowa do swych krewnych po śmierci matki. No i tak się zaczęło. Nie było już mowy o pracy w wojsku, dziewczyna nie chciała mieszkać w Warszawie. Po wyjściu z wojska Helena Kłopotowska i Eugeniusz Wojtaszek pobrali się w Rosochackim Kościele. Najpierw zamieszkali w wynajętym mieszkaniu w Krzeczkowie i zaczeli budowę domu w Rosochatem, w którym zamieszkali w 1931 r. To byli moi rodzice.

    Poznali się we wsi Krzeczkowo Mianowskie. W 1926 r. pobrali się i zamieszkali w tej miejscowości, w wynajętym mieszkaniu. Rodzina mamy mieszkała w Długoborzu I ( k. Zambrowa ). Rodzina taty w Krzeczkowie. Tatuś był rzemieślnikiem – szewcem. Zawodu nauczył go jego ojciec Paweł – warszawski mistrz szewski. Po ożenku tatuś założył swój warsztat a mama zajmowała się domem. Krzeczkowo było tymczasowym miejscem zamieszkania. Tatuś poszukiwał swojego miejsca. Koledzy z Rosochatego zaproponowali mu plac pod budowę domu, chcieli go mieć u siebie, jako dobrego rzemieślnika. W Krzeczkowie mieszkaliśmy 5 lat. Przyszły na świat trzy córki Jadwiga Marianna, Regina i Eugenia. W 1931 r. dom został wybudowany i zamieszkaliśmy w Rosochatem Kościelnym na Poświątnem. Była to najstarsza dzielnica Rosochatego skupiona wokół Kościoła zbudowanego przed 1546 r. ( zabytek klasy 0 ) i szkoły – najstarszy dokument o jej założeniu pochodzi z okresu Księstwa Warszawskiego ( 1807 r. ). Wieś rozciąga się po obu brzegach rzeki Brok, połączone mostem. Część wsi położonej za rzeką nazywano Zawodziem a część leżącą za kościołem Zakościele. Na Poświątnem oprócz kościoła i szkoły był dom ludowy, plebania, remiza strażacka, mleczarnia, trzy sklepy i cmentarz. Na Poświątnem skupiało się życie wsi. Codziennie dzieciarnia wypełniała gwarem szkołę i plac przykościelny, w każdą niedzielę wierni z całej parafii ciągnęli drogami i ścieżkami do kościoła. Często oglądaliśmy żałobne pochody na cmentarz. W okresie zimy przedstawienia i potańcówki odbywały się w domu ludowym a w okresie lata majówki przy remizie. Wtedy bawiło się całe Rosochate. Przez pierwsze lata rodzice dużo pracy włożyli w wykańczanie domu, studni, budynku gospodarczego, ubikacji – której czystość była przykładem dla całej wsi. Zakładali sad, ogród warzywny i kwiatowy – mama była miłośniczką kwiatów, więc nie tylko w ogrodzie, ale i w domu było ich pełno. To wszystko wymagało nie tylko pracy, ale i nakładów finansowych. Tatuś poszerzał zakres działalności warsztatu, przyjmował uczniów po 2, 3 i uczył ich rzemiosła. Robił obuwie na zamówienie sklepów i czynił usługi mieszkańcom całej parafii. Był człowiekiem pracowitym, solidnym, dobrym rzemieślnikiem, więc był lubiany i ceniony przez społeczność. Co szczególnie odczuliśmy podczas wojny. Dla nas dzieci był wspaniałym ojcem, cierpliwym i wyrozumiałym. Był inteligentnym, uzdolnionym manualnie, oprócz butów, potrafił robić jeszcze wiele innych rzeczy, jak drobne sprzęty domowe. Zajmował się sadem a potem pasieką. To do taty biegliśmy we wszystkich trudnych sprawach. Był chyba jedynym ojcem w Rosochatem, który nie bił swoich dzieci. Po tak trudnym dzieciństwie jakie przeżył, na skutek politycznej działalności swego ojca, kiedy rodzina utraciła nie tylko podstawy bytu, ale i bezpieczeństwa, dążył do zapewnienia nam możliwie dobrego dzieciństwa. Mama wychowana w innym świecie, gdzie rodzice żyli z wyprzedaży odziedziczonego majątku, jeżdżąca powozem do kościoła ( kiedy byłam w 1939 r. w Długoborzu na wakacjach, jakaś starsza pani, sąsiadka Kłopotowskich, powiedziała mnie, że pamięta moją babcię, jak w niedzielę jechała do kościoła w Zambrowie powozem zaprzężonym w piękne konie z córkami wystrojonymi – tak to była prawdziwa pani – rzekła sąsiadka ). To życie po pańsku miało wpływ na wychowanie dzieci. Żadne z nich nie miało żadnego zawodu. Po śmierci matki w 1919 r. życie rodziny było tragiczne. Troje dzieci musiało opuścić dom znajdując opiekę u dalekich krewnych. Reszcie pozostało kilka hektarów ziemi, powóz, konie, dom i zabudowania. Mama rosła w tej atmosferze pozornego dobrobytu. Chociaż borykając się z problemami życia sama od 15 roku, do 21, kiedy wyszła za mąż, wiele przeżyła i się nauczyła, to nie była łatwym partnerem życiowym. Była osobą kapryśną, upartą, dominującą, porywczą i kłótliwą. Ale umiała być miła, serdeczna i współczująca. Umiała zdobywać sympatię ludzi. Była pedantką, osobą do przesady czystą, wszystko myła, szorowała, nawet buty poddawane były praniu. Nasze obejście było tak sterylnie czyste, że nawet kury chodziły w butach. Może dzięki temu przeżyliśmy wojnę bez tyfusu i świerzbu, na które zapadało wiele osób. Mama była elegantką, znała się na rzeczy, dlatego sobie kupowała czy szyła ładne sukienki, piękne pantofle – te szczególnie musiały być piękne ( tę słabość mam po niej ), nas też ubierała pięknie. Naturalnie nie stać nas było na wiele rzeczy, ale to co mieliśmy było dobre i ładne. Mama nie była osobą zdyscyplinowaną – nawet jeśli wieczorem planowała pracę na następny dzień to nigdy nie było pewne, że to zrobi, a raczej, że zrobi coś zupełnie innego. Szczególnie my dzieci odczuwaliśmy zawód jeśli chodzi o jedzenie. Np. były jagody – na jutro miały być pierogi jagodowe – śniły nam się w nocy, że je pałaszujemy. Rano po śniadaniu biegniemy nad Brok marząc o pierogach. Niestety na obiad zastajemy zupę szczawiową, a jagody jemy z cukrem na deser – bo mama ugrzęzła w ogródku lub zagadała się z sąsiadką. Mama nie lubiła wyraźnie przygotowywać potraw wymagających dłuższych zabiegów a jeśli je robiła jak baby, pyzy, kiszki, to tato wykonywał część najtrudniejszą, obróbkę ziemniaków. Natomiast muszę przyznać, że gotowała smacznie, zdrowo używając dużo przypraw z jarzyn lub takich jak: pieprz, ziele, listek, mięta, kminek, cebula, pietruszka, koperek. Nikt chyba nie potrafił udusić tak mięsa z sosem jak ona. A jeśli była to jeszcze cielęcina – to palce lizać. Mama była osobą ambitną. Jej zawdzięczam, że jestem tym, kim jestem, to ona naturalnie przy pomocy ojca, przez wiele lat pracowała na piątkę dzieci uczących się daleko od domu. To ona wojskowymi ciężarówkami, towarowymi wagonami, obładowana tobołami jedzenia i czystej pościeli i ubrań jeździła przez kilka lat do Białegostoku wspierając trzy uczące się córki, a potem synów. Wracam do Rosochatego. Zaczynamy chodzić do szkoły. Jestem uczennicą wzorową, zdaję z nagrodami. Deklamuję wiersze, na Pierwszej Komunii czytam przed ołtarzem. Należymy z siostrą do chóru szkolnego, biorę udział w przedstawieniach a za inscenizację Ułana i panny – odegranej ze Staśkiem Szulborskim dostajemy nagrodę. Mama jest dumna. Już chyba w całej parafii mówią o mnie, to ta Wojtaszkówna co się dobrze uczy. Dzieciństwo upływa nam spokojnie – nauka a latem zabawy z piłką, łąki i kąpiel w Broku. Angażuję się bardzo w naukę, nie tylko pomagam młodszej siostrze Reni ale mam wyznaczone koleżanki słabo uczące się. Już wiem, że będę nauczycielką, lubię uczyć innych. Nauka jest dla mnie przyjemnością, mam wspaniałą pamięć, lubię mówić i opowiadać, nie mam żadnych problemów z występowaniem przed audytorium. W 1937r. nasza rodzina powiększa się . Rodzi się nasz braciszek, Wiesiek. Tato ma syna, którego tak bardzo pragnął, a który w przyszłości stanie się jego wielkim utrapieniem. Nie przypominam sobie, aby jego urodziny wywołały jakieś większe zmiany w życiu rodziny. W międzyczasie rodzice nabyli kawałek ziemi 0,5 h na polu pod lasem – rosły tam ziemniaki. Co roku na Pańskie Przemienienie odbywały się wielkie odpusty w naszym kościele – zjeżdżali się ’’tasy’’ handlarze objezdni ze swymi straganami – cały plac wokół kościoła zapchany był straganami, były koraliki, pierścionki, grzebyki, spinki, zabawki, cukierki, obwarzanki i pyszne lody. Już od dłuższego czasu składało się grosiki, aby wydać na odpuście, no i żebracy – od bramy do drzwi kościoła siadali prosząc o jałmużnę. Zjeżdżała się cała parafia, przyjeżdżali krewni w gościnę – wpadali bracia taty, ciocia z W-wy, rodzina z Długoborza. Takie odpusty długo się pamiętało. Inną letnią atrakcją były tabory cygańskie, które przejeżdżały przez Rosochate, niektóre były ubogie, pełne dzieci, psów, cyganek noszących dzieci w chustach przy sobie. Rozbijali obóz pod lasem na Błotach – chodzili po chatach prosząc o jedzenie, wróżąc. Gospodynie bardzo się pilnowały, aby im nic nie ukradły. Mężczyźni sprzedawali patelnie, handlowali końmi. Dla nas dzieci to była atrakcja. Niektóre tabory były bogate, kolorowe, domki na kołach z czystymi pierzynami w środku i firankami w oknach. Taki tabor widzieliśmy z mężem przejeżdżający przez Brok w Rosochatem w 1951 r. W jednym z wozów siedział piękny młody Cygan, zatrzymał się i powiedział: ’’Wsiadaj do wozu piękna blondynko, jestem sam, a mój wóz jest pusty’’. Wtedy mój biedny mąż powiedział, nie dam Ci jej, bo to moja żona, a Cygan wyjął piękną nową patelnię mówiąc: ’’Daję Wam tę patelnię, abyście wspominali Cygana. Patelnia służyła nam przez wiele lat, dopiero niedawno Marek ją wyrzucił. Mieszkaliśmy na wsi, ale nasz tryb życia był inny niż naszych sąsiadów. Tato wstawał rano szczególnie od wiosny i zawsze miał jakieś prace w ogrodzie, potem szedł do warsztatu. My wstawaliśmy tak, aby zdążyć do szkoły, która była kilkadziesiąt metrów od domu. Latem spaliśmy dłużej. Nie musieliśmy pasać ani gęsi, ani krów, nie pomagaliśmy w polu. Z koleżankami spotykałam się w południe nad Brokiem lub wieczorem na ganku, któregoś z domów. Nasz był obwinięty dzikim winem a w klatce śpiewały dwa kanarki – nie rosły jaśminy, które uwielbiałam, lub kaliny, ani bzy, bo za bardzo śmieciły, za to były u koleżanek. W ogrodzie nie rosły u nas maki, słoneczniki, dynie, które tak bardzo lubiłam w wiejskich ogrodach, ani malwy, które uwielbiałam ja – nie mama. Rosły u nas narcyzy, żonkile, dalie, peonie, goździki, lilie. W naszej zagrodzie nie było zwierząt – psów, kotów, kur, gęsi, bo one brudziły. Zresztą żywność kupowaliśmy. Kurczaki, jajka, mleko, sery u sąsiadów a pieczywo i inne produkty w sklepie spożywczym, masło i maślankę w mleczarni. Mama miała ogród warzywny, ale teraz, kiedy o tym myślę, to nie był należycie z pożytkiem dla domu wykorzystany, bo często biegałyśmy do sąsiadek po takie lub inne warzywo. Widocznie warzywa nie były ulubionymi roślinami mamy. Kiedy zamieszkałam w internacie i często dawano nam czarną fasolę na gęsto z jakimś sosem z darów UNR-y , nie mogłam jej jeść, bo ja nigdy nie jadłam fasoli – mama jej nie lubiła. Podobnie było z czosnkiem. Pojawił się kiedy mama robiła wiejską białą kiełbasę, ale nigdy jako dodatek do potraw. Mamy trzustka nie znosiła go – podobnie jak moja, tylko że ja go stosuję. Jeszcze wrócę do zwierząt – mieliśmy jednego pieska, pamiętam go jak przez mgłę, był mały, czarny, kudłaty i nazywał się muszka. Kiedy mama rozkładała nam kocyk pod jabłonką i nas sadzała, piesek siadał przy nas i szczekaniem oznajmiał grożące nam niebezpieczeństwo. Kiedyś ktoś nie zamknął furtki i muszka wpadła wprost pod końskie kopyta. Nasza rozpacz była ogromna. A mama już nigdy po tym nie zgodziła się na żadnego zwierzaka. W roku 1938 Rosochate przeżyło ogromną, radosną uroczystość – 1- go września otwarto nowy budynek szkolny. Zbiórka na niego trwała kilka lat, uczestniczyło w niej kilkanaście wsi z których dzieci chodziły do siedmioklasowej Szkoły Powszechnej w Rosochatem. Do kl. I – IV chodziły dzieci tylko z kilku wsi a do starszych prawie z całej parafii – niektórzy mieli po 6-7 km. ( Teraz myślę sobie, jak oni to pokonywali, zwłaszcza zimą ). Chociaż przed wojną I – IV kl. kończyło więcej dzieci a VII to naprawdę niewielu, nawet z Rosochatego nie wszyscy. Dlatego po wojnie tak dużo młodych ludzi było analfabetami, a ja na wieczorowych kursach ich douczałam, kiedy szkoła podstawowa stała się obowiązkowa. Nowa szkoła pobudowana była na Zawodziu na wzgórzu – wprost na most i kościół – piętrowa z boiskiem i ogródkiem. Było pięć dużych sal lekcyjnych. W piwnicach dwie pracownie dziewcząt i chłopców, cztery sale na dole – pośrodku duży hol, zakończony sceną. Na górze jedna sala, pokój nauczycielski i pomieszczenie na pomoce naukowe. Pamiętam jak młodzież wspólnie z rodzicami porządkowała teren, boisko, potem pomagaliśmy przy ogrodzeniu, zakładaniu ogródka. Ta szkoła to było wspólne dzieło nauczycieli, kierownika Antoniego Dmochowskiego, nauczycieli Pauliny, Franciszka Krassowskich, Marii Kaczyńskiej, Jadwigi Stachury później Tymińskiej. Miałam bardzo dobrych nauczycieli – zwłaszcza małżeństwo Krassowskich – nauczyciele z wizją i pasją. Prowadzili chór, organizowali zabawy, uroczystości, przedstawienia, pracownie. Wciągali w to rodziców. Realizowali wspaniałe przedstawienia z młodzieżą dorosłą. Może nic dziwnego, że mając takie wzorce postanowiłam być nauczycielką, chociaż wtedy miałam możliwość wybrać bardziej opłacalny zawód. Moja następna pasja to słowo pisane. Czytałam zapamiętale, od czasu jak próbowałam odczytać pierwsze zdania na piśmie Gospodyni Wiejskiej, które czytała mama, czy o Rycerzu Niepokalanej, u babci Dąbrowskiej. Książki stały się częścią nieodzowną mojego życia. Następnie historia. Moja ciekawość tego co było, rozbudzona opowieściami wieczornymi u taty, wspomnieniami mamy – jej pięknymi pieśniami o kibitkach, Okrzei, pięknej pieśni – Oto dziś dzień krwi i chwały. Opowieści babci Kamińskiej, która z mężem i synem jako bieżeńcy, znalazła się na terenach Rosji w samym środku bolszewickiej rewolucji i widziała popalone dwory, ich rabunek i jak ruscy chłopi używali dworskie nocniki jako naczynia kuchenne. Ja wnuczka socjalisty, członka SPP, więźnia Cytadeli, zodiakalny Rak musiałam zająć się historią. Jak już wspomniałam chowałyśmy się bez babć i dziadków – bardzo tego koleżankom zazdrościłam. Kochałam babcie z Poświętnego, biegałam do nich w wolnych chwilach, towarzyszyłam im przy pracy na ogrodach a zimą jak na kółkach przędły len. Są częścią naszego życia na Poświętnem. Odwiedzam ich groby, jak jestem w Rosochatem. Nasze życie w Rosochatem płynęło dość spokojnie. Zimy były bardzo mroźne i śnieżne. Lubiłyśmy Boże Narodzenie, kiedy przez okna widać było rozświetlone, ubrane choinki a na pasterkę wśród śnieżnych zasp drogami ciągnęły sanie, brzęczały dzwonki u szyi koni a w kościele dużym, zimnym, wypełnionym po brzegi – rozbrzmiewała pieśń ’’Bóg się rodzi’’. W takie chwile wydawało się, że tak będzie trwało zawsze. Z nami nasz tato, mama. Wiosny były wspaniałe, wszędzie było zielono – biało i żółto, a potem – łęgi nad Brokiem mieniły się barwami tęczy. Wyprawiałyśmy się po szczaw na wzniesienia nad Brokiem aż pod Zalesie. Na Zielone Świątki chodziłyśmy na Błota po tatarak, aby umaić nasze ganki i obejścia. Na Boże Ciało na Czerwone Góry, za młynem, po rozchodnik i macierzankę na wianki, których się plotło nie do pary, dodając kwiaty koniczyny i inne i święciło. Lata były upalne, piękne z szumem zbóż, chabrami, makami, kąkolami, nad Brokiem kwitły niezapominajki. Noce czasami były groźne, z przechodzącymi strasznymi burzami. Tylko tatuś zachowywał wtedy spokój. Latem lubiłam patrzeć jak żeńcy wychodzą rano w pole – potem dochodziły z pól śpiewy, pokrzykiwania, brzęk kos. Ale najpiękniejsza była jesień. Nasz młody sad już owocował, dojrzewały słoneczniki, melony, na zagonach złoto – żółte dynie, ogromne głowy kapusty. Na polach snuło się babie lato a drzewa nad Brokiem stawały się wielobarwne. Czas dojrzewania owoców i śliwek – które najbardziej lubiłam. Czas grzybobrania, wykopów. Las w Rosochatem nazywał się Choiny, ale ja go nie znałam, do wojny przeszłam tylko jego skrawkiem, kiedy moja koleżanka – serdeczne przyjaciółka, Ania Stpiczyńska postanowiła zabrać mnie do swojego domu, na kilka dni, a mieszkała w Herbasach a droga z Rosochatego do Herbas prowadziła przez las. Dzieci z Poświętnego chodziły do Choin, ale nam mama nie pozwalała. Często w tą sielankową przyrodę, w ten krajobraz wkraczała rzeczywistość, która nie była sielankowa. Często dom nawiedzali żebracy, dostawali jeść. Sołtys wyznaczał im miejsce noclegu u któregoś z gospodarzy. U nas najczęściej prosili i jedzenie i jakieś stare buty. Wędrowali także bezrobotni, czasami młodzi i wykształceni, jak ten który przez kilka dni rąbał u nas drzewo, a mówił że jest po studiach, a idzie piechotą do Wilna, w poszukiwaniu pracy. Nauczył nas piosenki, Wyklęty powstań ludu z ziemi, co z siostrą zaprezentowaliśmy policjantowi z Czyżewa, na szczęście był to kolega tatusia. Po drogach chodzili także ludzie chorzy psychicznie, jak dwie siostry z Grzymał, pochodzące z dużej gospodarki, Andzia i Kasia. Andzia miała swój rejon łącznie z Rosochatem a Kasia gdzieś za Czyżewem. Andzia wiedziała, że na zimę może liczyć u tatusia na buty. Rok 1939 zaczął się od przekazywania niepokojących wieści, ktoś dostał list z W-wy, ktoś słuchał radia. W Rosochatem duże radio głośnikowe było w szkole, we młynie i miał ksiądz. W kilku domach były radia na słuchawki. Ale ważne wydarzenia działy się poza Rosochatem. Rok szkolny zakończył się dla mnie bardzo dobrze. Siostra Renia, która miała pewne trudności też zdała, Genia zdała bardzo dobrze. Ja w nagrodę za bardzo dobre świadectwo miałam spędzić część wakacji w Długoborzu u rodziny mamy. Bardzo się tym cieszyłam, bo z wielu tam krewnych znałam tylko kilka osób. Dziadka nawet nie pamiętałam. Miałam pojechać po odpuście. Ktoś z Długoborza miał przyjechać na odpust i mnie zabrać. ( Podobnych wakacji doświadczyły Hela i Czesia, kiedy były w Rosochatem, podczas odpustu zabierano je do Długoborza, Wanda nie chciała tam jechać). Nie pamiętam jak spędziłam lipiec, jaki był odpust i kto mnie zabrał z Rosochatego. Pamiętam Długobórz jaki zobaczyłam, niewielki zaścianek szlachecki – 1 km od Zambrowa. Dom rodzinny mamy a w nim dziadka Aleksandra, wysokiego, szczupłego, około siedemdziesiątki, ciocię Bolcię starą pannę, wuja Henia wtedy 25 lat, ciocię Stefę wdowę 28 lat, jej córkę Basię 5 lat. Wuja Józefa chyba nie widziałam. Rodzinę Jabłeckich, czyli ciocię Olesię z mężem Janem i ich 6- stkę dzieci starszych i młodszych ode mnie. Było mnie tam dobrze, ale było lato, a tam tylko laski i piaski, no i koszary, śliczne na koniach wojsko. Pod Długoborzem w lesie poligon i strzelnica. 24. sierpnia dość rano zjawiła się mama, po mnie, niestety ze smutną nowiną, że tatuś został powołany do wojska i pojechał do swojej jednostki do Grodna. Wracałyśmy z mamą przez Mroczki, bo mama chciała zobaczyć się z ciocią Janią, ja ją widziałam chyba po raz pierwszy. Pamiętam, że dała nam chyba pół brytfanki ciasta. Nie pamiętam jak dotarliśmy do domu, pamiętam, że to był straszny powrót. Warsztat tatusia stał pusty, najgorsze wrażenie sprawiali klienci, którzy nie widząc przychodzili. Może dwa dni później dostaliśmy wiadomość, że wuj Józef i Henryk też zostali powołani. Zobaczyłam jeszcze tatusia, bo chyba w środę raniutko przyszedł do domu, jechali transportem z Grodna na front gdzieś za Piotrków, ale w Warszawie mieli się przeładowywać, to tatuś wyskoczył, żeby nas chociaż trochę przygotować do tego co może się wydarzyć. Kazał mamie zrobić zapasy mąki, kaszy i innych produktów, przygotował listę dłużników, gotowe wyroby kazał zatrzymać i materiały też. Przy ogromnym płaczu pożegnał się z nami, a mama, polnymi drogami odprowadziła go na stację w Czyżewie. Zapamiętałam go szczupłego, w tym wojskowym mundurze wyglądał bardzo młodo, miał 37 lat ten mój tato. Jak bardzo za nim tęskniliśmy. Wojna zaczęła się 1go września, jeszcze nikt o tym nie wiedział, mama wyszła raniutko, aby zrobić ostatnie zakupy we młynie. Ja miałam zaopiekować się siostrami i bratem. Przygotowane ubrania na rozpoczęcie roku szkolnego wisiały na poręczach krzeseł. Wyszłam na ganek, był piękny słoneczny poranek. Na polu Kamińskich na wzniesieniu, pod dziką gruszą stał stary Kamiński. Obok pasły się jego krowy, było kilka minut po 6 tej – już miałam wejść do domu, gdy usłyszałam warkot samolotu, na horyzoncie nad polem ukazały się trzy samoloty a potem trzy ogromne wybuchy, zrobiło się ciemno, w powietrzu zaczęły latać kawałki ziemi, darni, zginął mnie z oczu Kamiński z krowami, a samoloty z ogromnym warkotem przeleciały nad końcem naszego ogrodu. Ogarnął mnie paniczny strach. Pobudziłam siostry, brat zaczął płakać, z Poświętnego zaczęli wybiegać ludzie i biec w kierunku pola, wtedy usłyszeliśmy gdzieś nowe detonacje, później dowiedzieliśmy się, że zbombardowane zostały koszary w Zambrowie. Kiedy opadł kurz i rozjaśniło się, zobaczyliśmy obsypanego ziemią Kamińskiego i jego krowy, a ze szkoły podano wiadomość, że zaczęła się wojna i rozpoczęcia nowego roku szkolnego nie będzie. Przerażona mama przybiegła w obawie, że nam się coś stało. Tak więc 1-go września 1939 r. pogrzebano moje dzieciństwo. Musiałam stanąć obok mamy i troszczyć się o byt i bezpieczeństwo naszej rodziny. Działania wojenne były krótkie, przez kilka dni bombardowano stację Czyżew, miasto Czyżew, koszary w Zambrowie, przemykały jakieś resztki taborów wojska, któregoś ranka rozległa się strzelanina. Kule świstały, kiedy zobaczono niemieckie czołgi na drodze do Bieńk, skryliśmy się do piwnicy Dąbrowskich. Potem kościelny powiedział, że za murowanym ogrodzeniem kościoła, odpoczywało kilkunastu kawalerzystów i to oni ostrzeliwali te czołgi, czołgi zawróciły i zapanowała cisza. Za kilka dni, nie pamiętam za ile zobaczyliśmy niemieckie motocykle, osobowe samochody i maszerujący oddział w szarych mundurach stukali tak o bruk, że u nas szyby drżały. Maszerowało to wśród strasznej ciszy, jakby wieś wymarła, nawet psy się pochowały. Na końcu przyjechały samochody ciężarowe. Potem znów była cisza, aż chyba koło 20 września rankiem zobaczyliśmy jakichś dziwnych żołnierzy z karabinami na ramionach, spytali mamę w jakimś dziwnym języku, a mama im odpowiedziała. Potem mama nam powiedziała, że przyszli Ruskie, skąd się wzięli Rosjanie – nikt przecież nie słyszał o planie Ribentrop - Mołotow. Ruskie przyszli i zostali. Na Bugu powstała granica. Znów Polska została podzielona między Ruskimi a Niemcami. Zostaliśmy nazwani Zapadną Białorusią. Otworzyli szkoły przysyłając swojego nauczyciela Wiaczesława Wańczukiewicza z Mińska. Zaczęliśmy poznawać bukwy i historię Wielkiego Związku Radzieckiego, w Rosochatem powołano Sielsowiet i zamiast sklepu – kooperatywa. W szkole był sztandar z sierpem i młotem i portrety Marksa, Lenina i Stalina. Umieliśmy dwie zwrotki hymnu radzieckiego, znaliśmy wszystkie republiki, morza, jeziora, rzeki, wyspy, półwyspy, góry, znaliśmy wielkich wodzów i to było to minimum, które miało nas uratować z opresji w razie wizytacji władz. Radziecki nauczyciel okazał się sympatycznym człowiekiem, zamieszkał u naszych sąsiadów Dąbrowskich Adolciów. Znaleźliśmy się niedaleko tzw. zielonej granicy, często w nocy pukali do drzwi Polacy, którzy uciekali z tak zwanych Kresów, bo miejscowa ludność ukraińska czy białoruska dokonywała zemsty. Uciekali do Warszawy. Z naszych mieszkańców też wielu znalazło tam azyl. Nasiliło się to zwłaszcza po pierwszej wywózce na Sybir. Z naszej miejscowości wywieziono cztery rodziny. Niestety nie wszyscy wrócili. Podczas działań wojennych Niemcy zbombardowali Długobórz paląc całą wieś. Zginął mąż cioci Oksi – Jan. Rodzina mamy została bez dachu nad głową, zamieszkała we wsi Tarnowo, starym domu Godlewskich, u których była ciocia Jania. Wieś ta leży w parafii Rosochate oddalona 7 km, więc w czasie wojny z Renią do nich chodziliśmy. Mieszkańcy Długoborza zamieszkali w ziemiankach. Kilku mężczyzn z Rosochatego wziętych na wojnę już we wrześniu z niej wróciło. Jedna żona została powiadomiona, że jej mąż zginął, inny już napisał, że jest w niewoli. Zbliżało się Boże Narodzenie, oczekiwaliśmy z drżeniem serc na jakąś wieść i przed samymi świętami dostaliśmy kartkę, że tato żyje, jest zdrów, w Stalagu VIII za Berlinem. Należało być cierpliwym, czekać i przetrwać. Co wcale nie było łatwe. Nie brakowało chleba, mleka, ziemniaków, ale brakowało nafty, cukru, soli, obuwia, odzieży, środków czystości. Zaczęto produkcję domową mydła, w ruch poszły krosna – modny stał się samodział, na nogach pojawiły się drewniaki, ruskie walonki, wróciły do mody kożuchy, kożuszki, pięknie zdobione. Zamiast lamp naftowych – karbidówki, zamiast cukru – sacharyna. Na głowach puszyste czapki i berety angorowe. Zaczęto masową produkcję wyrobów szydełkowych i na drutach. Moja mama miała druty i szydełka, więc nas nauczyła robić skarpety i rękawiczki, czapki. Potem nauczyłam się robić bluzki, swetry, spódnice – ponieważ moje siostry nie wykazywały większych w tym kierunku zdolności, więc ubierałam całą rodzinę. Przez dwa lata sowieckiej władzy chodziliśmy do szkoły, a ponieważ uczyli nas ci sami nauczyciele co przed wojną, to poziom był dość wysoki, pomimo ciągłych braków podręczników i materiałów piśmiennych. Także kiedy 21 czerwca 1941 r. Niemcy przekroczyli granicę na Bugu zaczynając wojnę ze Związkiem Radzieckim, miałam skończoną szkołę podstawową. Wojna zaczęła się z zaskoczenia, tak jak z Polską, więc już chyba następnego dnia, po chaotycznej ucieczce niedobitków wojsk radzieckich, drogą przez Rosochate przejechał zwiad a potem kolumna wypucowanych, płowych Niemców o stalowych oczach, spoglądających spod hełmów – marsz zwycięzców. Zaczęła się okupacja niemiecka. Nasz obszar włączono do III Rzeszy, wprowadzono godzinę policyjną, zamknięto wszystkie szkoły. Na wioski nałożono ogromne kontyngenty. Polakom nie wolno było jeść masła, mięsa, te produkty trzeba było oddać a nieposłusznych karano bardzo surowo. Polacy starali się te nakazy obejść – więc szczególnie wieś nie cierpiała głodu. Zorganizowano naukę na tajnych kompletach, których było kilka, na różnym poziomie. Ja uczyłam się na poziomie I gimnazjum, siostra Genia uzupełniała podstawówkę, a Renia nie chciała chodzić. Komplety obejmowały naukę tylko nieliczną grupę młodzieży, reszta nie uczyła się. Na tych tajnych kompletach skończyłam 3 klasy gimnazjum, siostra Genia 6stą klasę podstawówki. Okupacja niemiecka była dramatycznym przeżyciem dla wszystkich, ale najbardziej dla dzieci i młodzieży. W Rosochatem i okolicach zamieszkało trochę ludzi, nawet rodzin z Generalnej Guberni a właściwie z Warszawy. Niektórzy włączyli się w działalność AK a inni okazali się niemieckimi szpiegami. Po osaczeniu przez Niemców partyzanta AK – Franka Zaręby i jego zabiciu, stało się jasne, że szpiedzy są wśród nas. Egzekucję wykonano na dwóch rodzinach, podających się za Warszawiaków a trudniących się drobnym handlem. Rodzina taty przeżyła cała bombardowanie Warszawy i często nas odwiedzali, przewożąc różne towary za żywność, której w Warszawie brakowało. Najodważniejszą okazała się babcia Konstancja, z którą nawet ciocia Jadzia czuła się pewniej. Stryj Teodor opuścił Warszawę i zamieszkał w swoim domu w Dąbrowie. Mając trójkę małych dzieci trudno mu było tam wyżyć. Stryjowie Czesław i Teodor pomagali nam podczas okupacji, pomagała nam rodzina Sienickich, sąsiedzi, tatusia klienci. Naokoło działy się rzeczy straszne i okrutne. Zaczęłam zachłannie czytać – pożyczałam książki od nauczycieli, księży, siadałam na ganku – nauczyłam się czytać przy księżycu i do późna czytałam. Kartki od tatusia przychodziły dość regularnie. Czasami były większe przerwy, które budziły w nas niepokój. Potem dowiedzieliśmy się, że te przerwy spowodowane były taty ucieczkami, których było dwie, z których druga skończyła się przy próbie przepłynięcia Warty koło Poznania. Zbliżał się rok 1942. Ostatnia kartka przyszła z obozu gdzieś w Prusach. Minęły święta, był późny wieczór sylwestrowy, gdy ktoś zapukał do drzwi, to był tatuś. Nasza radość nie miała granic. Ogromną radość z jego obecności przyćmiewała świadomość, że musi się ukrywać i co będzie jak się nie uda. Któż wtedy mógł przewidzieć, kiedy i jak ta okupacja się skończy. Radość z odzyskania tatusia trwała dwa miesiące. Kiedy nic się nie działo wydawało się, że może się uda. Na początku marca zima jakby powróciła, było mroźno, zadyma i zawieja śnieżna. Wieczorem tatuś przyszedł zobaczyć się z nami i zmienić bieliznę i zdecydował pozostać do rana, gdyż jak stwierdził w taką pogodę nawet pies siedzi w budzie. Widocznie tatuś lepiej znał zwyczaje polskich psów niż niemieckich żandarmów. Niestety o 3:00 nad ranem przyjechali i tatusia zabrali wyzywając go i popychając wśród naszych krzyków i rozpaczy. Jeden z nich zwany przez Polaków Juliuszem kazał mamie jutro przyjść na żandarmerię. Tam mama dowiedziała się, że tatuś będzie siedział w areszcie tak długo, aż przyjedzie po niego strażnik obozowy. Po dwóch tygodniach dostaliśmy pozwolenie odwiedzenia tatusia. Wyglądał okropnie, ale powiedział nam, że jeden z więźniów zachorował na tyfus ( a Niemcy się tyfusu okropnie bali ), tak mu powiedział ten żandarm Juliusz, który był Austriakiem i żeby mama załatwiła z lekarzem – podał nazwisko lekarza, aby uznał, że tatuś też jest chory. Mama z wałówką udała się do lekarza, ten uznał tatusia chorym i kazano go zabrać. Dano dwa tygodnie na leczenie, potem przedłużono jeszcze o dwa. Tatuś wracał do sił, a właściwie spieniężył jeszcze trochę towaru jaki się uchował. Porozumiał się z braćmi, aby nam więcej pomagali i zdecydował się pojechać do obozu, aby nas nie narażać na niebezpieczeństwo. Żandarmi przyjechali, ale nie do nas, tylko do księdza, Stasia, księdza gospodyni przyszła i powiedziała, że chcą się z tatusiem widzieć. Tatuś poszedł i powiedzieli mu, że za dwa dni ma się stawić. Kiedy tatuś wychodził wyszedł za nim Juliusz i się spytał co tatuś ma zamiar robić. Tatuś odpowiedział, że jedzie, wtedy Juliusz powiedział, że robi źle. Tam czeka go karny obóz i kto wie co się może zdarzyć, wojna się szybciej skończy niż wszyscy myślą i że powinien zostać wśród swoich, tylko musi być ostrożniejszy. Tatuś jeszcze porozmawiał z księdzem i został – tylko myśmy nic o tym nie wiedzieli, to znaczy my – dzieci. Kiedy tatuś się pakował i odprowadzany przez mamę odchodził, płakaliśmy okropnie. Po dwóch tygodniach mieliśmy wizytę żandarmów, mamy wtedy nie było, poszperali w domu na strychu, pytali się gdzie ojciec – pojechał – mówiliśmy. Ale ja zaczęłam podejrzewać, że chyba nie – bo kombinowałam, żeby pojechał to by go nie szukali, przyjechali jeszcze raz, ale nigdy nie przyjechał Juliusz – Austriak. No i mama nie oczekiwała na żadną wiadomość. Dopiero we wrześniu dowiedziałam się, że tatuś jest, kiedy codziennie nosiłam mu obiad do lasu, gdzie przygotowywał nam drzewo na opał. Ukrywał się w domach partyzantów, na koloniach w Herbasach i tam o mało nie wpadł, kiedy większość młodych ludzi aresztowano i wywieziono do obozów w tym moją przyjaciółkę Anię Stpiczyńską z siostrami. W 1943 r. urodził się mój brat Ryszard, armia wojsk niemieckich pod wodzą Paulusa poszła do niewoli, ocalał Stalingrad w właściwie obronił się, pod Kurskiem żołnierze radzieccy rozgromili wojska pancerne Niemiec. Front wschodni, już na jesieni zbliżał się do dawnych granic Polski. Niemcy byli wciąż w odwrocie. Nie pamiętam wydarzeń zimowych 1943/44 r., ale na wiosnę ofensywa wojsk radzieckich przyśpieszyła. Wśród Niemców przebywających na naszych terenach dał się wyczuwać niepokój. Żandarmów już nie było widać. W roku 1943 zmarł nasz ksiądz proboszcz, Julian Modzelewski, człowiek pochodzący ze dworu, wykształcony, myślę, że przez utrzymywanie kontaktu z Niemcami, ocalił nie jedno życie ludzkie. Ksiądz utrzymujący ożywione kontakty z dworem w Gromadzynie i dworem rodziców Wojciecha Jaruzelskiego w Trzecinach. Ksiądz, który podczas wojny sprowadził na plebanię swoją córkę Monikę, dlatego moja siostra Genia przebywała więcej czasu na plebanii niż w domu – były w tym samym wieku. Matką Moniki była gospodyni księdza – Stasia. Co dziwne w Rosochatem chyba wszyscy o tym wiedzieli, ale nikt tego tematu nie poruszał. Na kompletach ksiądz uczył nas łaciny i niemieckiego, wynagrodzenia za to nie brał. Działał czynnie w AK. W czerwcu 1944 r. skończyliśmy na kompletach kl. III gimnazjum – front zbliżał się, był gdzieś między Grodnem a Białymstokiem. Przez Rosochate przepędzano stada bydła ze wschodu, jechały jakieś dziwne wozy w postaci kosza, zaprzężone w jednego konika, siedziały w nich wśród tobołów, wymalowane jakieś kokoty a dziwnie ubrani żołnierze, byli za furmanów. Niemiec, który nadzorował z pejczem budowę szosy Czyżew – Mazowieck, a mieszkał w Krzeczkowie ze swoją polską kochanką – wyjechał w nieznane. Któregoś dnia rano wjechał na nasze podwórko – ogromny czołg niemiecki i wyskoczyło z niego 9-ciu czołgistów w szarych mundurach z trupimi czaszkami, jednostka SS. Zajęli nasz pokój i dwa tygodnie odpoczywali, było ich pełno w Rosochatem. W szkole było dowództwo i kuchnia. Była to jednostka pancerna, która na bagnach pod Bobruńskiem została otoczona, zdziesiątkowana i dostała od swojego wodza, Hitlera dwa tygodnie odpoczynku. Opowiadali tatusiowi, który już pracował w domu o tamtych przeżyciach. To nie byli ci Niemcy, którzy szli na wschód i stukali buciorami o rosochacki bruk, to byli Niemcy po ciężkich przejściach, świadomi bliskiego hańbiącego końca. Na ich niemieckie domy spadały bomby, a ich czekał front na Łomży, gdzie mieli być przerzuceni. Przyspieszając bieg wydarzeń zapomniałam napisać, że zmarł nasz dziadek, Aleksander Kłopotowski a rodzina mamy już mieszkała w Długoborzu w odbudowanym domostwie. Niemcy wyjeżdżając uprzedzili nas, że po nich przejdą oddziały Własowców – Ukraińców, którzy będą podpalać i gwałcić kobiety. Tymczasem front był już tak blisko, że nocą widać było łuny na niebie i słychać wybuchy ciężkich dział. Na Poświątnem ludzie pochowali co lepsze rzeczy w dołach, kilku mężczyzn zostało na straży z okupem, a my uciekliśmy kryjąc się po brzezinkach pod Bieńkami. Ludzie, bydło, konie. Dowiedzieliśmy się, że Własowcy już poszli, ale że za Brokiem, pod lasem, ciągnie się linia frontu od Kaczyna aż po Czyżew. Ale najgorsze stało się i to na oczach wszystkich. Niemcy wysadzili kościół, zabytek klasy 0. Rozległ się straszny huk, środek kościoła wypiętrzył się do góry – wyrzucają kawałki ławek, ołtarzy, dachu, potem zapadł się, a kościół ogarnęły płomienie. Ludzi ogarnęła rozpacz. Wieczorem między dziesiątkami niezwiezionego zboża, przy niebie rozświetlonym rakietami i ostrzałem snajperów wróciliśmy na Poświątne, aby skryć się w piwnicy Dąbrowskich. Podciągnęli żołnierze radzieccy, za cmentarzem ulokowali katiusze i zaczęło się frontowe piekło. Niemcy systematycznie podpalali budynki – zapalającą amunicją – Rosochate płonęło. Po dwóch dniach żołnierze radzieccy, nocą wyprowadzili nas poza linię frontu, do wsi Wybytki – 6 km. Kiedy wróciliśmy po dwóch tygodniach zastaliśmy zgliszcza, popalone domy, budynki gospodarcze, zwierzęta domowe. Mało budynków ocalało, nasz dom ocalał, ale krowa, która została w sadzie była strasznie ranna. Ludzie zamieszkali w piwnicach ( wiele gospodarstw je miało ) lub w zadaszonych ziemiankach. Dowiedziałam się, że w Białymstoku czynne są już szkoły. 15 października 1944 r. opuściłam dom rodzinny ruską ciężarówką za pół litra bimbru rozpoczęłam nowy etap życia w Białymstoku. W Rosochatem została reszta rodziny. Tatuś zaczął pracować, Genia chodzić do Gimnazjum w Dąbrowie, Wiesiek do podstawówki, Renia na naukę do krawcowej a Rysio był maleńki. Rodzina tatusia przeżyła powstanie, tylko wuj Stach został zabity. Utracili jednak wszystko. Ciocia Jadwiga założyła nową rodzinę i zamieszkała w Białymstoku. Za nią przybył stryj Teodor z rodziną. Tatuś pracował – najpierw miał swój warsztat, potem musiał dojeżdżać do Mazowiecka do pracy w Spółdzielni Rzemieślniczej, gdyż prywatność była niemile widziana. Ponieważ zaistniała możliwość kształcenia, bo nauka stała się bezpłatna, internaty bezpłatne, dostawało się stypendia, wysiłek rodziców mógł się skupić na ukończeniu przez nas odpowiednich szkół. A to wiązało się z opuszczeniem rodzinnego domu. Wyjechałam ja, a potem Renia – uczyła się prywatnie u krawcowej. Kiedy ja skończyłam gimnazjum zaczęłam naukę w Liceum Pedagogicznym. Mieszkałam na ul. Orzeszkowej. Ostatni rok zamieszkałam w internacie. Kiedy ja skończyłam naukę, przyjechała Genia. Uczyła się w Liceum Administracyjnym. Wtedy rodzice odkupili mieszkanie od znajomej na ul. Warszawskiej. Po ukończeniu liceum w 1947 r. wybrałam swoje miejsce pracy Ełk – miasto na Mazurach. Jednak pierwszy rok pracowałam w Kalinowie, a w Kielach ( 8 km od Kalinowa) pracowała moja koleżanka Irena Iwanówna. W 1948 r. wyszłam za mąż, za Czesława Tarazewicza, pracownika Inspektoratu Szkolnego. Zamieszkałam w Ełku i podjęłam pracę w Szkole Nr 1. W roku 1949 wychodzi za mąż siostra Regina. Jej mężem zostaje Leopold ( zwany Leonem ) Kosiński z zawodu krawiec. Mieszkają na ul. Warszawskiej. W roku 1950 Genia kończy liceum i dostaje pracę w Woj. Komitecie Odbudowy Warszawy. W roku 1951 wyjeżdża skierowana służbowo do Zielonej Góry. Tam pracuje przy organizacji Komitetu, poznaje Mikołaja Sweryda – Poznaniaka i w 1952 r. wychodzi za niego za mąż. W Rosochatem, w domu rodzinnym pozostali rodzice i Wiesio z Rysiem. Duża odległość zamieszkania powoduje, że kontakty osobiste są sporadyczne. Siostry po wyjściu za mąż i urodzeniu dzieci nie pracują. Mikołaj kończy studia i awansuje bardzo szybko, aż do Wojewódzkiego Komendanta Milicji. Mają piękne mieszkanie w willi na ul. Klonowej. Leon kończy wieczorową szkołę handlową i zostaje kierownikiem sklepu z ubraniami – na ul. Sienkiewicza – dostają nowe mieszkanie na Podleśnej. Rodzą się wnuki. W Ełku Andrzej, Wanda, w Białymstoku Witold, Waldemar, w Zielonej Górze Jarosław, Karol. Jeśli chodzi o wnuki to od 1949 r. kiedy urodził się Andrzej aż do urodzin Ilony córki Rysia było ich piętnaścioro. Andrzej, Wanda, Hela, Czesia, Marek, Witold, Waldemar, Jolanta, Jarosław, Karol, Wiktor, Halina, Alina, Artur, Ilona. Nie pamiętam w którym roku zjechało się nas chyba z piętnaście osób. Troska rodziców o nas towarzyszyła im przez całe życie, przyjmowali wnuki na wakacje, co Leonek potrafił wykorzystać maksymalnie, wspierali nas jak mogli. My też śpieszyliśmy im z pomocą. Ja zabrałam Wieśka do Ełku, kiedy po skończeniu szkoły zawodowej szukał pracy. Daliśmy mu mieszkanie, wikt i opierunek, Czesiek załatwił mu pracę. Genia zabrała Rysia do Zielonej Góry, tam skończył Technikum Budowlane, znalazł pracę i zamieszkał. Obaj założyli rodziny. Czesiek załatwił cegłę w cegielni w Pisanicy i w 1958 r. tatuś pobudował budynek gospodarczy. Posłał dwa ule, dając początek małej pasiece jaka powstała, a mała Wanda siedząc na ławce przed domem stwierdziła ’’że u dziadka dużo osów’’. Ostatni zjazd rodzinny miał miejsce 1976 r. w 50tą rocznicę ślubu rodziców. Z tego zjazdu zostało dużo zdjęć. Niestety nie wszystkie dzieci w nim uczestniczyły.

    Te pierwsze lata powojenne nie były łatwe. Kraj był zrujnowany, większe miasta i przemysł w gruzach. Dopiero na wiosnę 1945 r. mogłam przyjechać do domu towarowym pociągiem, mając za siedzenie dwie cegły z ruin dworca w Białymstoku. Nawet gdy ruszyły pociągi osobowe, to podróż była niebezpieczna, bo mógł ją przerwać napad jakiejś bandy uzbrojonej, podszywającej się pod AK. Działalność tych band powodowała, że młodzież z kompletów, nauczyciele opuszczali Rosochate, aby rozpocząć nowe życie i coś osiągnąć. Z przeludnionych wsi wyjeżdżali młodzi ludzie szukając pracy i lepszego losu. Młodzi nie wykształceni chłopcy, synowie poprzez Hufce Pracy uczyli się zawodu, mogli kończyć szkoły. Przed wojną młodzież wiejska takich szans nie miała. Nauka w gimnazjum kosztowała miesięcznie 20 zł a utrzymanie drugie 20 zł = 40 zł miesięcznie, tyle kosztował tzw. tucznik. Więc ile tuczników chłop musiał sprzedać, aby opłacić rok nauki. Moi rodzice też pewnie nie daliby rady kształcić pięcioro dzieci poza domem. Po naszym odejściu z domu rodzice mieli lżej, co nie znaczy, że nasze domy omijały problemy, jak choroby, śmierć. W roku 1960 zmarł mój mąż Czesiek. Zmarł prawie nagle, na pęknięty wrzód żołądka, podczas operacji, miał 33 lata. Rodzice pośpieszyli mnie z pomocą, przyjmując na wakacje moje dzieci, co pozwoliło mnie skończyć studia. Najmłodszy syn Marek przebywał u nich do 7-go roku życia, a więc przez trzy lata. Chyba w 1967 r. tatuś przeszedł na emeryturę, pracując na pół etatu – już w domu, nie musiał dojeżdżać do pracy. Sytuacja materialna rodziców polepszyła się. Wnuki zaczęły dorastać i korzystać z różnych form spędzania wakacji, jak obozy, kolonie, wczasy z rodzicami. Każde złe wydarzenie w rodzinie miało wpływ na jej członków. Coraz częściej zdarzały się pogrzeby. W naszej rodzinie zmarła ciocia Jania, Bolcia, wuj Heniek z rodziny tatusia, zmarła babcia Józia w 1953 r., ciocia Jadwiga w 1957 r., stryj Teodor nie pamiętam w którym roku i stryj Czesław, który zginął w wypadku drogowym pod Mazowieckiem. Mama ciągle utyskiwała na serce i z sąsiadkami z Poświątnego odwiedzała różnych lekarzy. Tatuś nie skarżył się, ale wyglądał nieszczególnie. 2. 08. 1978 r. wyjechaliśmy w długą podróż po Polsce i NRD. Zajechaliśmy po drodze do Rosochatego. W notatniku zanotowałam. Od godz. 7:00 do 12:00 Rosochate, w domu był Rysiek z Iloną. Tatuś czuje się źle – wyjeżdżam zgnębiona, zaczyna się leczenie. W Mazowiecku rozpoznają chorobę nerek – leczenie nic nie daje. Lekarz w Białymstoku rozpoznaje guz prostaty – złe leczenie spowodowało, że to już nowotwór. Tatuś znajduje się w szpitalu na Ogrodowej. Chyba po trzy – czy czteromiesięcznym leczeniu hormonami pewne objawy zanikają – tatuś czuje się na tyle dobrze, że jest w domu, a nawet zaczyna pracować. Taki stan trwa do października 1980 r. Stan się pogarsza i tatuś wraca do szpitala. Zaraz po Bożym Narodzeniu dowiaduję się, że stan tatusia jest krytyczny. W połowie stycznia chcą go odesłać do domu. Załatwiam mu szpital w Ełku. Zostaje przewieziony karetką. Umiera 04.03.1981 r. Jest pochowany w Ełku. Mama zostaje sama w Rosochatem. Wiesiek, który jest na rencie pomaga jej. Na zimę mama wyjeżdża do Ełku do mnie lub do Białegostoku. W 1983 r. umiera Krystyna, żona Wieśka. Ten coraz bardziej zaczyna obciążać mamę swoimi problemami i kłopotami z dziećmi. Rosochate staje się dla niego azylem do łatwego życia. Mama narzeka, ale przywiązana do Rosochatego, nie chce zmienić tej sytuacji. Zimą 1995 r. mama przebywa u nas w Ełku, obchodzimy 90te urodziny. Jak zwykle kupuje nasiona, planuje remont. Przed Świętami Wielkanocnymi wyjeżdża z Wieśkiem. Drugiego dnia świąt odwiedzamy ją w szpitalu w Mazowiecku, jest po wylewie, ma paraliż lewej nogi. Po szpitalu przebywa w domu, opiekuje się nią Wiesiek, odwiedzamy ją często. Na zimę chcę ją zabrać do siebie, nie chce. W listopadzie Wiesiek przewozi ją do swojego mieszkania w Ełku. Po dwóch tygodniach okazuje się, że musi iść do szpitala na operację trzustki. Andrzej ją przewozi owiniętą w koc przestraszony sytuacją. Szykuję pościel, łóżko. Wzywam lekarza, który bada mamę. Okazuje się, że mama ma cukrzycę. Dostaje leki. Boże Narodzenie spędzamy spokojnie, stan mamy stabilny. 5 stycznia mija 91 rocznica urodzin. Niedługo po niej następuje drugi wylew i 28 stycznia 1996 r. mama umiera. Pochowana jest w Ełku na cmentarzu. Jeszcze przed śmiercią mama dowiedziała się o śmierci Haliny swojej wnuczki z Zielonej Góry, miała 38 lat. Po śmierci mamy Wiesiek objął Rosochate w swoje posiadanie, posprzedawał wszystko co było do sprzedania. Przeprowadzona operacja na trzustce potwierdziła u niego nowotwór. Po krótkim pobycie w szpitalu w Ełku, zmarł 17 listopada 1996 r. w niecały rok po mamie. Rosochate postanowiliśmy zostawić jako pamiątkę po rodzicach a Rysiek spędza tam ciepłe miesiące, remontując i doglądając spuścizny. Opisując wydarzenia w pierwszych miesiącach po wybuchu wojny i nasze oczekiwania na wiadomość od tatusia nie wspomniałam o pewnej dziwnej sprawie. Mama dowiedziała się, że w Bieńkach mieszka kobieta ( chyba panna ), która wróży i jej przepowiednie się sprawdzają. Chyba w listopadzie poszłam z mamą do Bieńk do tej kobiety. Pamiętam jej dom i duże drzewo przy domu. Kobieta była w wieku 50 – 60 lat. Mama podała jej fotografię taty, ona popatrzyła i powiedziała, że tato żyje, ale jest daleko i że wiadomość od niego niedługo otrzymamy. Przyszła w grudniu. Zaszłyśmy z mamą do Godlewskich rodziny, babci Józi i Konstancji. Pierwszy raz byłam w domu rodzinnym babci. Poznałam Piotra, jej brata i Teklę, bratową oraz ich syna Mariana. Drugi ich syn Stanisław mieszkał oddzielnie, ale jego nie odwiedziliśmy. Po wojnie kiedy bandy udawały partyzantów i w nocy rabowali konie, krowy, a ludzi bili, zgłosił się do wróżki gospodarz, któremu ukradziono dwa konie. Wróżka określiła, że konie są w opuszczonej stodole pod lasem i gospodarz je odnalazł. Niestety za te przepowiednie zapłaciła życiem. Przyszli nocą, wyciągnęli ją z domu i powiesili na drzewie, które zapamiętałam. Dowiedziałam się o tym będąc w Białymstoku. Ona pomogła wielu skrzywdzonym ludziom i dlatego ją bandziory zamordowali.

  • Rodzina
    Tarasewiczów

  • Rodzina Tarasewiczów

    Nazwisko Tarasewicz na Tarazewicz zmienił jakiś urzędnik carski

    Szymon Tarazewicz i Monika (nazwisko nieznane)

    ich dzieci: Aleksander, Władysław (1894-?), Władysława (1889-?), Honorata, Wacław, Aldona

    Tarasewicze pochodzili z lubelskiego. Babka Honorata mówiła, że jak miała 8 lat to jeździła z rodzicami do jakiejś wsi pod Lublinem, gdzie mieszkała rodzina jej ojca. W takim razie dlaczego znaleźli się w Ulniszczu koło Słobody i jeśli tam byli zamożnymi gospodarzami, to co spowodowało, że zostali biedakami. Otóż chyba dziadek Honoraty brał udział w Powstaniu Styczniowym, za udział został skazany na Sybir a jego gospodarstwo, zarekwirowano. Nie wiem ile lat tam przebywał, ale istnieje prawdopodobieństwo, że ożenił się tam z Sybiraczką, bo jego potomkowie mają śniadą cerę, ciemne włosy, lekko kręcone i ciemne oczy. W końcu car ogłosił amnestię i pozwolił mu opuścić Syberię, ale nie pozwolił wrócić w rodzinne strony, ale wyznaczył jako miejsce osiedlenia dużą polanę zwaną Ulniszcze, położoną w środku dużych lasów, które car porekwirował dworom i uznał za swoje. Kiedy szliśmy ze Słobody w 1956 r. przez te lasy do Ulniszcza, jakieś 3 kilometry, pomyślałam, że ja takich lasów nie widziałam. Wtedy, gdy tam byliśmy osadę stanowiło cztery zabudowania, dwa bardzo stare i dwa nowsze. Dom, w którym mieszkała rodzina Aleksandra Tarazewicza, żona Marcjanna i ich córka z mężem i synem, był bardzo stary. Kryty strzechą, zbudowany z grubych bali posiadał jakieś pomieszczenie, sień, kuchnię z ogromnym piecem, w którym się gotowało, a zimą spało na nim i izbę – ze starymi deskami na podłodze, stołem, dwoma łóżkami przykrytymi kapami robionymi na krosnach, z poduchami ozdobionymi koronkami ręcznej roboty. Ściany wewnątrz były pobielone a szpary wypchane mchem. W nocy nie mogliśmy zasnąć pod zgrzebną pościelą, która nas drapała. W ścianach coś cykało, ćwierkało, a po podłodze biegało, stukało. Ciocia Marcjanna była wspaniałą kobietą, nakarmiła mnie mlekiem. Poszłyśmy na jagody, na taką dużą polanę, jeszcze nigdy w życiu nie widziałam tak dużo i takich dużych jagód – było od nich niebiesko. Ciocia opiekowała się wnuczkiem, gdy jej córka i zięć pracowali na polach kołchozu, którego nazwa ”Krasnaja Zwiezda’’ wypisana była na bramie podwórza, zagrody mojego męża. W tej to chacie, którą opisałam zamieszkała rodzina Tarasewicza zesłańca. Rodzice mojej teściowej Szymon i Monika w 1908 r. zmarli na tyfus oboje w ciągu dwóch tygodni. Aleksander miał wtedy 20 lat a Honorata 9. Wtedy Aleksander ożenił się z Marcjanną z zawodu krawcową pochodzącą z Wołkołaty, wsi zamieszkałej przez polską szlachtę w 1956 r. Jak tam byliśmy wszyscy mówili ślicznie po polsku i osada zachowała charakter polski. Biedna liczna rodzina szukała sposobu na życie. Władysław i Władysława wyjechali do Stanów, tam założyli rodziny i wrócili z dolarami kupując nawet piękne, upadające dwory. Władysława już Bołt mieszkała w dość dużym majątku a Władysław z żoną Zofią i córką Olimpią w dworku. Kiedy tam byliśmy w tym dworku był szpital. Rodzinę Bołtów, jako bogaczy wywieziono na Sybir, tam Bołt ojciec zmarł a Władysława z dziećmi po powrocie z Syberii osiadła w Kwidzyniu. Władysława Tarazewicza podczas okupacji niemieckiej zabili Białorusini, którzy u niego pracowali na polu. Jego żona Zofia z córką Olimpią ( Olimką ) zamieszkała w Giżycku a potem w Olsztynie. Olimka jest chrzestną matką Marka, pracowała jako pielęgniarka w szpitalu wojskowym. Honorata wyszła za mąż za Mieczysława Tarazewicza a najmłodsza Aldona za Kościewicza, ekonoma we dworze. Mieli syna Kazika. Kiedy Kazik miał 4 lata jego matka zmarła, wychowywała go babka. Drugi raz Kościewicz ożenił się z Białorusinką. Należał do AK – więc udało mu się załapać do Wojska Polskiego. Potem dostał gospodarstwo nad Odrą – ostatecznie wylądował u nas a Czesiek załatwił mu gospodarstwo w Mrozach, ściągnął rodzinę, byliśmy tam u niego kilka razy, bo przez jakiś czas stała tam nasza łódka. Gdy byliśmy tam w Słobodzie, w 1956 r. jego syn Kazik był w wojsku, ale udało mu się przyjechać do Polski. Czesiek załatwił mu pracę i mieszkanie w Ełku. Chodził do wieczorowego liceum. Potem wyjechał do Olsztyna, gdzie do dzisiaj mieszka. Dużą rolę w życiu rodziny mojej teściowej odegrała siostra jej matki, ciocia Raginiowa. Była ona starsza od mojej teściowej tylko kilka lat. Jako młoda dziewczyna wyjechała do Stanów i to ona przysłała Szyfkarty i dolary na podróż rodzeństwa teściowej. Tam wyszła za mąż za Raginię, wróciła do Słobody, kupiła z mężem dużo ziemi od upadającego dworu, pobudowali nowy dom i zabudowania gospodarcze. Będąc w Słobodzie chodziliśmy koło tego domu często. I w ten sposób byli chyba najbogatszymi gospodarzami Słobody. Najstarszy syn Zygfryd miał być dziedzicem, Lonia została lekarką, Maryla wyszła za Szylkę gospodarza, Rudolf i Artur uczyli sie w gimnazjum. W 1939 r. władza radziecka uznała ich za kułaków, gnębicieli ludu i wywiozła na daleką Syberię. Tam przy wyrębie drzewa w tajdze zginął - utopił się w rzece ich ojciec. Potem dwóch starszych synów Zygfryd i Rudolf poszli do Armii Andersa, szlak bojowy zakończyli we Włoszech. Zygfryd wrócił po zakończeniu wojny do kraju a Rudolf został we Włoszech, tam skończył medycynę a potem, jako już lekarz, wrócił do kraju. Artur dostał się do Armii Berlinga, bił się nad Odrą, znał bardzo dobrze Wojciecha Jaruzelskiego. Kiedy nas odwiedzał, był w stopniu kapitana w Olsztynie, opowiadałam mu o Trzecinach majątku Jaruzelskich, który dobrze znam, bo w czasie okupacji dwa razy byłam w ich lesie na jagodach – w linii prostej to 4 km od Rosochatego. Z Olsztyna wysłano go do Moskwy do słynnej szkoły sztabu. Kiedy przyjechali do nas z Rudolfem pokłócili się, o to które wojsko ważniejsze. Kiedy wrócił do kraju szybko awansował. Dostał willę we Wrocławiu z wartownikiem u bramy. Kiedy babka z Andrzejem wybrała się w odwiedziny, po rodzinie do J. Góry na wieś pod J. Górę, potem do Wrocławia, to Rudolf wziął urlop i ich woził. Obaj bracia razem mieszkali. Nie pamiętam w którym roku Artur zginął na polowaniu w lasach pod Wrocławiem, był już w stopniu generała. Dochodzenie trwało długo, ale Rudolf, który nas jeszcze odwiedzał, a było to już po śmierci mojego męża, powiedział, że niby nie udało się ustalić, czy było to zabójstwo czy przypadek. Rudolf mieszkał sam w tej willi i chciał koniecznie zabrać swoją ciocię Honoratę i Andrzeja do siebie. Ale ani babka, ani Andrzej nie chcieli jechać. Rudolf ostatni raz był w Ełku chyba pod koniec lat 70-dziesiątych. Mówił, że ma odejść na emeryturę i chciałby kupić domek w jakiejś miejscowości, nad jeziorem niedaleko nas. Jeździł nawet z Andrzejem po terenie, ale nic z tego nie wyszło. Babka Honorata zmarła w 1981 r. pochowana na cmentarzu w Ełku. Historię rodziny Jadwigi Wojtaszek i Czesława Tarazewicza jeszcze napiszę.

    Pominęłam zupełnie losy Aleksandra i Wacława, dwóch braci Honoraty. Obaj sie pożenili i mieszkali w Ulniszczu. O Marcelinie żonie Aleksandra pisałam, żonę Wacława poznałam w 1956 r. Będąc w Słobodzie mieszkaliśmy u jej córki Sabiny i jej męża Stanisława Tarazewiczów. Aleksander Tarazewicz miał córkę Genię, syna Albina i Lonię, w czasie okupacji syn Albin był w AK. Wacław Tarazewicz miał syna Edwarda i córkę Sabinę. Edward należał do AK. Kiedy przyszli Sowieci po wypędzeniu Niemców aresztowali Aleksandra z Albinem i Wacława z Edwardem. Wywieźli ich do łagrów, daleko na Syberię aż nad rzekę Lenę. Strasznych warunków jakie tam panowały, choroby, głód, mróz i brud nie przeżył Wacław i Albin. Aleksandra w strasznym stanie wypuszczono w 1953 r. Jako Polaka przysłano go do Polski, zamieszkał w Giżycku z zięciem Antonim Skaczko. Po śmierci Stalina Edwardowi zmieniono wyrok łagry na przymusowe roboty w cementowni w Celinogradzie. Tam ożenił się z Rosjanką Nadzieją i miał syna Aleksandra. W 1957 r. pozwolono mu wyjechać. Przyjechał do nas, w tym czasie Czesiek przygotował mu na Gdańskiej ze strychu mieszkanie, znalazł pracę. Edward już nie żyje. Jego syn Aleksander ożenił się i mieszka w Ełku. Marcelina i Aleksander do śmierci mieszkali oddzielnie, on w Giżycku, ona w Ulniszczu – oboje już dawno nie żyją.

  • Rodzina
    Tarazewiczów

  • Rodzina Tarazewiczów

    Stanisław Tarazewicz i Katarzyna Szycik

    ich dzieci: Mieczysław, Urszula, Helena

    Mieczysław Tarazewicz i Honorata Tarazewicz

    ich dzieci: Czesław

    Czesław Tarazewicz (1927 - 1960) i Jadwiga Wojtaszkówna

    ich dzieci: Andrzej, Wanda, Krystyna Helena, Czesława

    O rodzinie Tarazewiczów nie zdążyłam się wiele dowiedzieć. Nigdy nie dowiedziałam się kiedy znaleźli się na Wileńszczyźnie i Słobodzie. W 1956 r. byłam z Cześkiem na Wileńszczyźnie. W samej Słobodzie zostało 6 rodzin Tarazewiczów, wszyscy spokrewnieni, do Polski wyjechało 7 rodzin Tarazewiczów – wszyscy krewni. Mieszkają rozrzuceni po całej Polsce. Stanisław i Katarzyna Tarazewicz mieli troje dzieci – Mieczysława, Urszulę, Helenę. Urszula wyszła za mąż za Jana Syropiatko, który był organistą w kościele przy Ostrej Bramie. Potem zamieszkali w Mickunach koło Wilna, pobudowali dom. Jan był organistą, Urszula miała sklep. Po repatriacji zamieszkali w Elblągu. Mieli troje dzieci: Władysławę, Mariana i Benignę. Władysława była dentystką, Marian (już nie żyje) podoficerem a Benia pielęgniarką. Nie żyje także Urszula i Jan. Helena wyszła za mąż za Warszawiaka i tam zamieszkała, nazywała się Stępińska, mieli jednego syna Czesława. Helena zmarła w czasie wojny, Czesław Stępiński odwiedził nas z żoną chyba w 1959 roku. Mieczysław Tarazewicz, wasz pradziadek, urodził się 1898 r. Według dokumentu wynika, że w 1930 r. ojciec Stanisław przekazał mu gospodarstwo. Po odejściu sióstr został z rodzicami na gospodarstwie. Rodzina Tarazewiczów była katolikami, wszyscy mówili czystą polszczyzną. Pech chciał, że Mieczysław zakochał się w pięknej Ninie, córce popa. Wieś Słoboda składa się z dwóch części – polskiej i białoruskiej, przedziela je dość bystro płynąca struga. Białoruskie domy ustawione są szczytem do ulicy – przy domu są budynki gospodarcze. W środku Cerkiew. Polskie domy też zbudowane są z bali, ale kryte przeważnie gontami, nie strzechą, zwrócone są frontem do ulicy z gankiem i drugim wejściem od podwórza. Budynki gospodarcze takie jak stodoła, chlew, obora oddalone są od domu. W środku podwórza ’’Świren’’ czyli śpichrz, u Tarazewiczów prawie taki jak dom w Rosochatem, no i bania – czyli łaźnia. Mieczysław Tarazewicz chciał ożenić się z Niną, ale mu nie pozwolono. Więc postanowił się nie żenić. Stało się jednak nieszczęście. Matka, Kasia wchodziła po drabinie na strych spichlerza, spadła i złamała kręgosłup. Ojciec i syn znaleźli się w trudnej sytuacji. Do pomocy w gospodarstwie zatrudniono Honoratę Tarazewicz z Ulniszcza, którą już wynajmowano do pracy w polu. Kiedy lekarze stwierdzili, że matka już nie wstanie z łóżka sprawa ożenku stanęła znowu. Zaproponowano Honoratę – zwaną Renia, która była pracowita i już się matką opiekowała. Mieczysław powiedział, że jest mu wszystko jedno, skoro nie może być z Niną i tak Honorata została żoną Mieczysława i z wyrobnicy stała się gospodynią na hektarach. Z tego związku urodził się Czesław Tarazewicz, mój mąż. Tarazewicze posiadali ładny dom z gankiem (przed wojną w drugiej połowie domu mieszkała rodzina nauczycielska pp. Czalejowie), duże budynki gospodarcze, Świren, banie. W 1937 r. na swojej posesji wybudowali drugi dom piętrowy (na dole 4 pomieszczenia, na górze 2 i kuchnia). W tym domu mieścił się posterunek policji, a na górze mieszkał z rodziną komendant posterunku - Kulaszewicz. Kiedy w 1956 r. byliśmy tam, ten dom przeniesiono do Miadzioła - powiatu, mieścił się w nim ’’Finansowy Oddział’’. W czasie niemieckiej okupacji dużo młodzieży polskiej należało do AK. Należeli także mężczyźni z rodziny Honoraty. Często wpadali do rodziców Cześka (a potem okazało się, że Honorata przechowywała ich dokumenty, ulotki, pewnie nie zdając sobie sprawy co robi. Ponieważ już przed wojną między Polakami i Białorusinami były różne zatargi, często Białorusini donosili na Polaków. Tak się wydarzyło. Niemcy otoczyli polską część Słobody, zrobili rewizję. Sąsiad nam opowiadał, że Mieczysław był wtedy na polu i sąsiad mu powiedział, żeby nie szedł do domu, ale on powiedział, że nie ma nic do ukrycia, no niestety jak się potem okazało miał. Aresztowano jego i Honoratę – rodzina robiła starania i wypuszczono ją za złoto - a jego mieli wypuścić, trzeba tylko było jeszcze dać trochę złota. Tak opowiadał nam stryjeczny brat Mieczysława, gdy tam byliśmy. Ale Honorata złota nie dała, twierdząc, że jeśli ją wypuścili, bo jest niewinna, to i jego wypuszczą. Tak się jednak nie stało. Z więzienia w Miadziole przewieziono go do Wilejki a potem wywieziono. Z relacji świadka Białorusina wynika, że wywieziono ich do Oświęcimia a po kilku dniach pobytu tam, podczas apelu (wtedy uciekło kilku więźniów) wskazano na kilkunastu więźniów, załadowano na ciężarówki i wywieziono. Opowiadał, że Mieczysław stał w rozpiętej koszuli, nakryty marynarką, obok księdza z Wilejki. Wszelkie poszukiwania jakichś śladów nie przyniosły rezultatów. W efekcie tych wydarzeń Czesław Tarazewicz, który uczył się w Seminarium Nauczycielskim ( na Wileńszczyźnie szkoły były czynne) uciekł do partyzantki AK, a potem na fałszywych papierach, pierwszym transportem repatriacyjnym, z rodziną ciotki Loni, przekroczył granicę Polski i zatrzymał się na punkcie repatriacyjnym w Białymstoku, gdzie czekał na dalsze rodziny znajomych. I tak w miesiącu styczniu, Ja Jadwiga Wojtaszek, uczennica Gimnazjum Żeńskiego im. Anny z Sapiechów Jabłonowskiej, zamieszkała w willi na ul. Orzeszkowej u p. Wasilewskiej spotkałam po raz pierwszy swojego przyszłego męża. Któregoś styczniowego dnia, rano, moja gospodyni powiedziała, że jak wrócę ze szkoły to przyjdzie dwóch chłopców repatriantów, narąbać drzewa. No i przyszło dwóch chłopaków ubranych w samodziałowe spodnie, kurtki i buty do kolan. Przyglądali się mnie ciekawie, dałam im klucze do szopy, narąbali drzewa, ja ich nakarmiłam, dałam kanapki, zapłatę. Jednym z tych chłopców był Czesław Tarazewicz. Jak już potem rozmawialiśmy – przy swoim nazwisku w księdze repatriantów znalazł notatkę Czesiu! Pracuję w Grajewie w Inspektoracie Oświaty – w lutym mam dostać nominację na inspektora oświaty w Ełku – przyjeżdżaj – Franciszek Maciejowski – inspektor szkolny w Głębokim na Wileńszczyźnie, profesor j. polskiego w seminarium nauczycielskim nauczyciel Cześka. I tak w miesiącu marcu 1945 r. Czesław Tarazewicz został obywatelem Ełku. Stanisław Tarazewicz, który po aresztowaniu syna i śmierci żony (Katarzyna zmarła chyba w 1936 r., syna aresztowano latem 1943 r.) bardzo upadł na zdrowiu. Kiedy Czesiek wyjechał bardzo za nim tęsknił i jak mówili nam sąsiedzi, siedział na ławeczce przed domem i mówił, że czeka na spotkanie z wnukiem. Niestety zmarł w 1946 r. na dwa miesiące przed repatriacją. Nie zobaczył wnuka. Honorata Tarazewicz przybyła transportem repatriacyjnym w 1946 r. wraz z rodziną krewnych. Osiedlono ich w Komarnie p. Jelenią Górą. Do Ełku przybyła w 1947 r. kiedy Czesiek dostał mieszkanie na ul. Wojska Polskiego.

    Spokrewnieni z Mieczysławem Tarazewiczem:
    Syropiatkowie w Elblągu
    Tarazewicz Ksawery w pow. Gubin
    Tarazewicz Anna i jej córka Irena – Legnica
    Stępińscy w Warszawie
    Tarazewicz Wacław – Skwierzyna
    Gintowt – Józefa, Franciszek – Gdańsk
    Tarazewicze- Łódź
    Tarazewicz Franciszek – Skartowo, pow. Morąg
    Werpachowicze Bolesław i Jan – żołnierze Armii Andersa – Etton, Anglia

    Spokrewnieni z Honoratą:
    Rudolf Raginia – Wrocław
    Szylko Maria – Komarno koło J. Góry
    Bychowiec Eleonora – Jelenia Góra
    Rodzina Bołtów – Kwidzyń

    Jadwiga Wojtaszkówna i Czesław Tarazewicz

    Gdyby nie wojna i jej konsekwencje nasze drogi życiowe nigdy by się nie przecięły. Nasze dorosłe życie zaczęło się w dalekich od siebie miejscowościach. Moje 15. 10. 1944 r. od wyjazdu z Rosochatego do Białegostoku do gimnazjum a on, na fałszywych papierach, zagrożony aresztowaniem, opuszczał rodzinną Słobodę na Wileńszczyźnie, aby pierwszym repatrianckim transportem opuścić ziemię polską włączoną do Rosji, na mocy Traktatu Poczdamskiego. Pierwszym jego miejscem pobytu był punkt repatriacyjny w Białymstoku. Tam miał oczekiwać na rodzinę, znajomych. Był to styczeń 1945 r. W styczniu 1945 r. spotkaliśmy się. Ja zapamiętałam to tak. Dwóch młodych repatriantów zgłosiło się do rąbania drzewa, miałam im wskazać, co mają porąbać, nakarmić i zapłacić – tak też uczyniłam. On zapamiętał to tak – szukał z kolegą umówionego domu na ul. Orzeszkowej. Zapamiętał młodą dziewczynę w czarnym fartuszku i białym kołnierzyku, która ich zachęcała do jedzenia. Pomyślał trochę z zazdrością – tej to dobrze. Z Białegostoku udał się do Grajewa – gdzie jego nauczyciel – polonista z seminarium nauczycielskiego, został inspektorem i chciał, aby z nim pracował. Po wyzwoleniu Ełku Franciszek Maciejowski zostaje mianowany inspektorem oświaty w tym mieście. Obaj przenoszą się do Ełku i rozpoczynają organizację inspektoratu i szkolnictwa w Ełku i powiecie ełckim – jest luty 1945 r. Czesław Tarazewicz zostaje obywatelem Ełku. Miejsce zamieszkania, to willa po biskupie niemieckim, przy ul. Armii Czerwonej ( obecnie Krajowej ) wtedy Nr 62. Moja droga do Ełku była bardziej skomplikowana. Po ukończeniu gimnazjum 1945 r., chciałam się uczyć w liceum humanistycznym, sytuacja materialna w domu zmusiła mnie do szybkiego usamodzielnienia się, dlatego zdecydowałam się na Liceum Pedagogiczne. Miałam zostać nauczycielką, a gdzie nie myślałam wcale. Wydawało się raczej oczywiste, że będzie to Białystok, tym bardziej, że w niedługim czasie miała przybyć Renia, a potem Genia, moje siostry. W Białymstoku w gimnazjum, a potem w liceum czułam się dobrze, miałam dużo znajomych, przyjaciół, ale miasto mnie rozczarowało. Zrujnowane niewielkie centrum i te rozrzucone osiedla, pełne chałupek, wszędzie daleko, brak komunikacji, wody. Jedyny miły akcent to planty, na które mogłam dowoli patrzeć, przez okna mojej klasy. W domach brak gazu, centralnego – w większości wychodki na podwórku. I nie wiem gdzie bym w końcu wylądowała, gdyby nie pewna wycieczka. A miała ona miejsce chyba w czerwcu 1946 r. Pojechaliśmy z programem artystycznym, zaproszeni przez Olsztyn – na święto ludowe. Chyba dwa dni byliśmy w Olsztynie a potem pociągiem przez Warmię i Mazury. Pociąg wlókł się wśród lasów, jezior, pól, przy torach żółte i niebieskie łubiny – mijamy miasto Łuczany ( Giżycko ) i wysiadamy w Ełku. Zamieszkujemy w internacie ogólniaka, obiady jemy w stołówce Prezydium Pow. Rady Narodowej. Rano biegniemy z ręcznikami myć się w jeziorze i kąpać. Ełk wydaje nam się miastem jak z bajki. W środku park, fontanna, naprzeciw wspaniała cukierenka ( zwana Słodka Dziurka ) a przed nią wózek zaprzężony w małego konika. Robimy sobie zdjęcia. Jedziemy do PGR – w Stradunach, gdzie na prowizorycznej scenie dajemy występ – żołnierzom rezerwistom, którzy zagospodarowali tu pola. Jesteśmy Ełkiem urzeczeni. Taki bezmiar wody jaki zobaczyłam, po naszym Broku, ciągnął jak magnes, mnie urodzonego Raka. Decyzja była trudna i podejmowałam ją długo. W drugiej klasie liceum ze względów finansowych opuściłam mieszkanie u pani profesor Marii Blicharskiej, osoby bardzo ważnej w moim życiu. Mieszkałam u niej ze swoją przyjaciółką Anią Stpiczyńską, którą po powrocie z obozu w Prusach ściągnęłam do Białegostoku. Zamieszkałam w internacie, było to dla mnie posunięcie trudne, ale przed maturą miało znaczenie – wspólne korzystanie z podręczników, których brakowało, notatek. Nauka, mieszkanie i wikt bezpłatny, dostawałam jeszcze stypendium. Nauka Reni u prywatnej krawcowej z mieszkaniem i dopłatą za wikt była dość droga. Niestety z pobytem Reni wiązały się liczne kłopoty – krawcowa – pani Kazia, skarżyła się, że jest leniwa, niestaranna, że znika z domu, mówiąc, że wychodzi na chwilę. Stwierdziłam, że ma jakiegoś chłopaka i popala papierosy. Kiedy oględnie powiedziałam mamie o tych problemach, stwierdziła, że niedostatecznie się nią opiekuję. Kiedy dowiedziałam się, że mama przymierza się do odkupienia od znajomej mieszkania, abyśmy mogły po przyjeździe Geni razem zamieszkać, uświadomiłam sobie, że w Białymstoku nie zostanę i nie będę matkować siostrom – coś mnie się od życia jeszcze należało. I tak stopniowo dojrzewała we mnie decyzja o opuszczeniu Białegostoku, a kiedy dowiedziałam się, że aż 10 osób z naszego rocznika wybiera Ełk, w tym moja serdeczna przyjaciółka, klamka zapadła. Potem okaże się, że wszyscy podjęliśmy decyzję trochę pochopnie, nie mając żadnego rozeznania w sytuacji. Marzył nam się Ełk, zwłaszcza niektórym, a dostaliśmy teren, bo tam samotni nauczyciele byli najbardziej potrzebni. Zanim do tego doszło trzeba było zdać maturę. Pisemny zdawaliśmy z języka polskiego, pamiętam, że opisywałam okres Młodej Polski. Drugi pisemny egzamin był z przedmiotów pedagogicznych. Ustnie obowiązkowo zdawało się język polski, psychologię, pedagogikę, wychowanie i nauczanie. Jeden przedmiot był do wyboru. Ja zdawałam geografię. Nie mogłam wziąć historii, ponieważ nie było podręcznika do historii, a naświetlanie wielu faktów historycznych zmieniało się, więc łatwo można było się potknąć. Po maturze trochę pobyłam w domu, potem dwa tygodnie w Sokołach u Krysi Bogaczewicz, której ojciec był kierownikiem szkoły. Sierpień spędziłam w Augustowie na obozie wychowania fizycznego. Był to wspaniały obóz ulokowany w gmachu dawnego Liceum Pedagogicznego. Z naszego liceum była chyba 15sto osobowa grupa, w tym z mojej klasy 9 osób. Jadąc do Augustowa, wtedy trzeba było przez Ełk, odwiedziliśmy Inspektorat dowiadując się o miejscu pracy. Nasze rozczarowanie było ogromne. Rozrzucono nas prawie po całym powiecie. Inspektor nam oświadczył, że w tym roku klamka zapadła. Będąc w Augustowie odwiedziłam z koleżanką Kalinowo. Dojazd z Ełku dobry – wąskotorówką, którą jechałyśmy pierwszy raz w życiu, miejscowość gminna, kościół, szkoła siedmioklasowa. Nauczycieli dwóch: 24-letni Jerzy Prokopczyk, kierownik i nauczycielka w wieku mamy – Maria Kopiczko, oboje niewykwalifikowani, oboje repatrianci. Szkoła umieszczona była w dworze niemieckiego bauera, budynek szkolny był zniszczony. Miałam mieć pokój na piętrze. Nie wiedziałam co robić? Atmosfera na kursie była wspaniała, nauczyciele młodzi z dwóch województw: białostockiego i olsztyńskiego. Całe dnie do obiadu na jeziorach pływanie, kajaki, żaglówki, popołudniami gry w siatkówkę, wycieczki, ćwiczenia gimnastyczne. Tam poznałam Kazika Ruczyńskiego, studenta III roku handlu zagranicznego, mieszkańca Olsztyna, którego ojciec był zastępcą kuratora olsztyńskiego i pisarzem – w Augustowie był na wypoczynku z kolegą. Znajomość z Kazikiem przerodziła się w sympatię i trochę trwała. Po kursie wracam do Białegostoku, w Inspektoracie w Białymstoku rotacja nauczycieli została już zamknięta, ale dowiaduję się, że Irena Iwanówna, koleżanka z kl. B chce się ze mną spotkać w Ełku, bo ma pracować niedaleko mnie. To już jakaś pociecha. Jadę do domu, a tam czeka na mnie telegram, że już 27 sierpnia powinnam zgłosić się do pracy u kierownika szkoły, jeśli się nie zgłoszę czekają mnie konsekwencje służbowe i finansowe. Zebrałam manele i wyruszyłam do Ełku. Przybyłam chyba po południu. Na dworcu czekała na mnie Irena. Uczyła się ona w kl. B nazywanej przez nas starszakami, ponieważ większość z nich kończyła gimnazjum przed wojną. Były tam chyba dwie mężatki. Różnica wieku wynosiła od 4, 6, a nawet 10 lat. Ostatni rok mieszkałyśmy obie w internacie, ale nie mogłam zaliczyć ją do grona przyjaciółek. A teraz zostałyśmy skazane przez los na wieczną przyjaźń i wzajemną pomoc. Moja serdeczna przyjaciółka Alina Biegańska dostała pracę kilometry od nas, we wsi Dąbrowskie, gdzieś z 5 km od Prostek. Wąskotorówką przybyliśmy do Kalinowa. Irena miała pracować w szkole czteroklasowej w Kielach jako jedyny nauczyciel. W Kalinowie nie zastaliśmy nikogo, była to niedziela, więc elita była gdzieś na wyjeździe. Noclegu użyczył nam bardzo przystojny ksiądz Tomaszewski. Pierwszą noc w Kalinowie spędziłyśmy w księżowskim łożu, pod ogromnym krzyżem, zawieszonym na tle ślicznej samodziałowej tkaniny – dywanu z Suchowoli. W poniedziałek rano przyszedł po nas kierownik i zabrał do szkoły. Pokój mój był umeblowany: łóżko, stół, szafa, dwa krzesła, dwie ławki i szafka na żywność. Po krótkiej naradzie, powitaliśmy nowy rok szkolny a po południu wąskotorówką udaliśmy się do Turowa – Kiel, gdzie miała pracować Irena. Czekali na nią zebrani w szkole rodzice, którzy pod kierunkiem naszego kierownika przygotowywali budynek na otwarcie. Pokój w którym zamieszkała znajdował się u gospodarzy. Połączenie Turowa z Kalinowem było dobre, więc Irena kończyła pracę w sobotę i przyjeżdżała do mnie, odjeżdżała w niedzielę lub w poniedziałek rano. Tak było prawie przez cały rok. Czasami w sobotę jechałyśmy do Ełku do kina lub na zabawę, wtedy nocowałyśmy u Janki Grygorowicz ( Habrowa ), która była znajomą Ireny z Głębokiego, kiedy Irena przebywała u swojej babki. Praca w Kalinowie była ciężka, byłam wychowawczynią kl. III i IV, ponad 40 słabo przygotowanych dzieci, uczonych w klasach łączonych. Uczyłam także języka polskiego i historii w kl. starszych, a także miałam WF z dziewczętami klas starszych. Wieczorami prowadziliśmy zajęcia z młodzieżą przerośniętą, niektórzy byli w moim wieku. Oboje koledzy stopniowo przyzwyczajali się do mnie, kierownik ustalił z rodziną woźnych, którzy obok mieszkali, gotowanie śniadania czy kolacji, palenie w piecu w moim pokoju i raz w tygodniu sprzątanie. Obiady jadłam u gospodarzy mieszkających przy gminie, stołowało się ze mną jeszcze dwóch kawalerów, pracowników gminy. Dokarmiała mnie często pani Maria, która mieszkała z rodziną w domku obok szkoły, zapraszając na kolację lub przynosząc coś na śniadanie. Pobory nauczycielskie były niskie, początkującego nauczyciela 680 zł, więc panował zwyczaj, że mieszkańcy przynosili mleko, jajka, śmietanę, ser, masło, świeżynę – mięso z ubitego świniaka. Byłam tym zaskoczona, myślę jednak, że to był wtedy w tych trudnych czasach piękny gest. Niedawno usłyszałam w telewizji jak redaktorka oświadczyła, że w PRLu był głód. Biedactwo - nawet nie wyobraża sobie, co wtedy za potrawy jadłam w Kalinowie, kartacze, sękacze, ryby przyrządzone na różny sposób, pieczone prosiaki. I mogę oświadczyć, że nie widziałam przez całe życie w PRLu ani głodnych ludzi, ani głodnych dzieci. Często odwiedzaliśmy plebanię. Ksiądz inicjował brydża, pani Maria szła z mężem, Jurek – kierownik szkoły, ja z Ireną jako kibice i jeszcze Janka, siostrzenica księdza, a często Heniek ( uczył się w Olsztynie ), bratanek księdza. Było wesoło i wspaniała kolacja. Raz w miesiącu odwiedzał mnie Kazik. Przywoził ciasto, ciastka pieczone przez mamę i butelkę wina domowej roboty. Brak częstych kontaktów powodował, że każde spotkanie podszyte było pewnym onieśmieleniem. Kazik pisał bardzo piękne listy, które mogły wywołać wielkie zamieszanie w głowie młodej dziewczyny ( Irena piała z zachwytu ), ale ja byłam niepewna swoich uczuć, bo Kazik nie był w moim typie – średniego wzrostu, brunet. Tym bardziej, że w W-wie był Bolek – kolega z kompletów, wybrany przez mamę na mojego męża, pisał do mnie, że mnie kocha, przynosił mojej mamie kwiaty i całe Rosochate uważało nas za parę. Placówka w Kalinowie nie była szczytem moich marzeń, ale moi koledzy siedzieli w zapyziałych wsiach, Alina w Dąbrowskich, 6 km od Prostek, Irena w Kielach, Józek w Mołdziach, tylko Marian w Prostkach. Reszta też trafiła marnie. Czasami zastanawiałyśmy się z Ireną, jakimi kryteriami kierował się inspektor przydzielając właśnie tak etaty. No i jeszcze nie bardzo wiedziałyśmy dlaczego ja pierwsze pobory dostałam za dwa miesiące wakacji, a oni za jeden. Muszę przyznać, że w Kalinowie nie było aż tak źle i mogłam tam zostać. Naokoło w szkołach pracowało wielu fajnych, przystojnych chłopaków, niedaleko w leśniczówce mieszkał z matką przystojny leśniczy – było do wyboru do koloru. Ale ja nie chciałam zagrzebać się na wsi. Na Boże Narodzenie pojechałam do domu. Spotkałam się z kolegami z kompletów i innymi. Na Sylwestra koledzy z Rosochatego przygotowali potańcówkę. Spędziłam trochę czasu z Bolkiem i stwierdziłam, że ja i on to nie my, za daleko już odeszłam od Rosochatego i Bolka. Zostałam zaproszona przez rodziców Kazika w odwiedziny w czasie ferii. Powiedziałam Kazikowi, że odwiedzę ich, ale z Ireną – zgodził się. Mama Ireny pracowała jako nauczycielka na wsi koło Mrągowa, gdzie zostali przesiedleni Ukraińcy. Irena czekała na mnie na stacji w Mrągowie. Kazik spędzał ferie u rodziców w pięknej willi przy Al. Przyjaciół. Przywitanie było serdeczne, rodzice wtajemniczeni w nasze sprawy, proponują przeniesienie do Olsztyna, etat w szkole, możliwość studiów. Było grzecznie, miło, wyartykuowano moje dobro, tylko plan ułożono beze mnie. I to mnie wkurzyło. Nie po to wyzwoliłam się z jednej zależności, aby popaść w drugą. Chociaż jeszcze wtedy nie wiedziałam, że wpakuję się w zupełną zależność, jaką jest małżeństwo. Kazik przyjechał jeszcze w lutym i kiedy mu wyłożyłam całą sprawę, nie mógł zrozumieć, że tak to przyjęłam i chyba wtedy trochę się posprzeczaliśmy. Potem pewne sprawy tylko nabrały tempa, a właściwie były one już wcześniej. Moje spotkania z Czesławem Tarazewiczem odbywały się na terenie inspektoratu i były często służbowe. Zauważyłam, że jest miły, grzeczny, przystojny i w moim typie. Irena jako kierowniczka szkoły składała te wizyty często, po których jej zachwyty nad Cześkiem wzrastały. Nie wiedziała tylko jak mu dać do zrozumienia, żeby zwrócił na nią uwagę. Kiedy wracaliśmy z Olsztyna czekając w poczekalni na wąskotorówkę, w pewnej chwili Irena stuknęła mnie w bok i powiedziała, patrz Czesiek. Od kasy w stronę tunelu szedł szczupły, wysoki chłopak w brązowym kapeluszu, jesionce raportówką przez ramię. Spojrzałam i pomyślałam, że to ładny chłopak i gustownie ubrany. Zbliżył się do nas, przywitał a Irena zaczęła świergolić. W pewnym momencie zwrócił się do mnie, zapytał czy jestem tak bardzo zmęczona, że się nie odzywam, przeprosił, że odchodzi – jechał służbowo do Kuratorium w Białymstoku. Zaraz po feriach w mojej szkole miała się odbyć konferencja nauczycieli gminy Kalinowo. Ja miałam przeprowadzić dwie lekcje z języka polskiego i historii. Lekcja języka polskiego oparta była na ’’Placówce’’ B. Prusa, a lekcja historii o twórczość pisarzy i poetów Ziemi Warmińskiej i Mazurskiej. Zaczęłam od wierszy T. Ruczyńskiego i Kajki, które dostarczył mnie Kazik. O ojczysta nasza mowo, coś kwiknęła nam przed laty. Referat wygłosił Jurek – kierownik, a ucztę przygotowała pani Maria z matkami uczniów. Przedstawiciele inspektoratu Czesław Tarazewicz i wizytatorka pani Maria Kurzynowska. Lekcję historii poprowadziłam na kursie wieczorowym dla młodzieży przerośniętej, na prośbę pani wizytator. Oficjalną część konferencji oceniono bardzo dobrze. Na części nieoficjalnej bawiono się do późnej nocy. Czesiek już przy stole zaczął mnie adorować, prosił mnie do tańca, niestety tancerzem był słabym, kołysał mnie w ramionach depcząc po palcach, więc ciągle mnie przepraszał. Nie wiedziałam co o tym sądzić. Chciał się ze mną umówić na spotkanie w Ełku, przyrzekłam, że się odezwę. Zachowywał się jak ktoś nieśmiały, niepewny. Później jak już byliśmy małżeństwem, przyznał się, że o tym, że będę jego żoną zdecydował w lipcu, jak przeglądał dokumenty jakie przyszły z liceum. A miał co przeglądać: zdjęcia, podanie, życiorys, opinia, świadectwo dojrzałości. Moje dokumenty odłożył i powiedział do kolegów, ta dziewczyna będzie moją żoną. Nie zaczynał starań od początku roku, czekał na własne mieszkanie. Przed Bożym Narodzeniem je dostał, matkę sprowadził z J. Góry, gdzie mieszkała, aby mu pomogła je urządzić. Meble dostał z mieszkania w inspektoracie. Nasilił starania o mnie, kiedy usłyszał od Jurka, że pewnie nie zostanę w Kalinowie. Kiedy Jurek zorientował się, chyba Czesiek mu powiedział, że będzie o mnie zabiegał, powiedział mnie, żebym dała sobie spokój, bo w tym facecie kochają się wszystkie panny, nauczycielki w powiecie. Niedługo po konferencji wpadł do Kalinowa i przyszedł razem z Jurkiem w odwiedziny, było bardzo miło, zaprosił nas z Ireną do Ełku na zabawę zorganizowaną przez Zw. Młodzieży Socjal. w budynku dzisiejszej cerkwi. Był z kolegą, zabawa była fajna, odprowadzili nas do Grygorowiczów na Orzeszkową, tam nocowałyśmy. Prosił mnie bym została na Wielkanoc, przyjechała jego matka i chciał mnie pokazać i żebym z nim spędziła święta. Nie byłam na to gotowa, ale powiedziałam, kiedy będę wracać. Spotkał mnie na dworcu, prosił o przyjazd w najbliższą niedzielę i miałam być sama. Z tego spotkania zostało zdjęcie zrobione na tarasie Jacht Klubu. Pytał o moje plany i czy prawda, że wyjadę z Kalinowa. Powiedział, że załatwi mnie przeniesienie do Ełku i abym nie wyjeżdżała. Kiedy byłam w domu opowiedziałam o wizycie w Olsztynie i o planach w stosunku do mojej osoby. Chociaż mama jeszcze gderała, że zerwałam z Bolkiem, to Kazik ( chociaż go nie widziała ), ale pewnie bardziej jego nauczycielska rodzina, przypadły mamie do gustu. Kiedy powiedziałam, że nie wiem czy się na ich plany zgodzę, była oburzona. Był to okres dla mnie trudny. Kazik milczał a ja nie robiłam nic, aby ten kontakt nawiązać. Prawie zawsze towarzyszyła nam przy spotkaniach Irena, często jego kolega, teraz byliśmy sami. Zaprowadził mnie do domu, ul. Wojska Polskiego 25, zapoznał z mamą, która witając się ze mną rzekła coś w niezrozumiałym dla mnie języku. Obiad był smaczny, a deser wspaniały, przepyszne owoce z weków, kompoty, okazało się robione przez Cześka, pod nadzorem inspektora. Teściowa wydała mnie się drobną kobietą o ciemnej karnacji, ubrana na czarno. Od święta nosiła żałobę po swoim mężu, prawdopodobnie zamordowanym w Oświęcimiu. Dowiedziałam się tego od Cześka, gdy teściowa wyszła do kościoła. Mieszkanie w którym byliśmy było dwupokojowe, ze sraczykiem w korytarzu, na piętrze ( a właściwie półpiętrze ) domu. Urządzone było gustownie, łóżko, kanapa, stół, etażerka, stolik, radio, krzesła. Łóżko i kanapa nakryte pięknymi tkackimi kapami. Trochę ładnych bibelotów, jakieś obrazki na ścianach. Można było przypuszczać, że mężczyzna, który to urządzał miał gust. Jeszcze wrócę do weków. Ten sposób przechowywania owoców towarzyszył nam przez długie lata a dzieci całą zimę piły zdrowe kompoty i desery owocowe bez konserwantów. Gdzieś na początku maja, kiedy z Ireną zaplanowałyśmy wyjazd do Ełku dopadła mnie angina. Irena pojechała sama, miała powiedzieć Czesiowi dlaczego nie przyjechałam i kupić trochę lekarstw. Popołudniową ’’ciuchcią’’ przyjechał Czesiek z lekami, które zaordynował najsłynniejszy ełcki aptekarz p. Worotyński. Dzisiaj nie ma takich aptekarzy. Została tylko apteka na Armii Krajowej, ale to już nie ta apteka. Czesiek przywiózł swoje kompoty, ciasteczka, ciasto, słodycze. Noc przespał u kierownika ( wtedy to było nie do pomyślenia, aby został u mnie na noc ), opiekował się mną całą niedzielę, wieczorem odjechał powierzając opiekę pani Marii. Angina była moją zmorą przez kilka ładnych lat. O moim przeniesieniu do Ełku Czesiek musiał porozmawiać ze starym ( tak go nazywał ). Rozmowa ta spowodowała niezaplanowaną wizytację w naszej szkole. Czesiek w kalendarzu inspektora zauważył wpisane Kalinowo, więc zorientował się, że stary zechce mnie zobaczyć i ocenić jako przyszłą jego żonę. Powiadomił nas o tym, abym była poważna i przygotowała się. Kierownik był wściekły, że ściągnęłam szkole kłopot na głowę. Uzupełniłam dziennik, nie wpisywanie tego co robię było moją słabością. Pani Maria przygotowała poczęstunek. Okazało się, że wizytacja dotyczyła mnie a nie szkoły. Inspektor był u mnie na dwóch lekcjach, lekcje podobały mu się. Zwrócił mnie tylko uwagę, że za dużo się poruszam, co może dzieci rozpraszać. Czas do odjazdu kolejki spędził ze mną, w moim pokoju. Wypił herbatę, troszkę zjadł. Starał się być delikatny, pytał o dalsze plany, powiedziałam, że chcę skończyć studia, a tutaj trudny dojazd, brak biblioteki, więc chcę przenieść się do miasta i to jest mój plan na najbliższe lata. Nie zahaczał ani o Cześka, ani o małżeństwie. Czesiek czekał pełen niepokoju z przygotowaną kolacją, po długiej chwili milczenia stary powiedział, byłem w Kalinowie. I ty naprawdę chcesz się z nią ożenić? Tak, odpowiedział Czesiek – jest dziecinna i nie ma w planie żadnego małżeństwa, tylko studia – odpowiedział stary. Kiedy Czesiek przyjechał do mnie, spytał – coś ty mu do diabła nagadała. Nie musi się wtrącać w nasze osobiste sprawy – powiedziałam, to nie fer. Wiesz, on się o mnie martwi, to ożeń się z tą, którą ci wyszuka i która jemu się spodoba – odparłam, byłam zła. Czesiek starał się mnie udobruchać i jakoś mnie przeszło – potem okazało się, że ten pan mnie polubił a ja jego, za jego wielką kulturę, takt, sposób bycia i ogromną wiedzę – to był prawdziwy działacz oświatowy, człowiek powołania, dziś takich już nie ma. Wszyscy następni inspektorzy nie sięgali mu do pięt, takim był Franciszek Maciejowski, inspektor oświaty w Ełku, to wielki zaszczyt dla mnie, że go znałam. W związku z tą wizytą wróciłam do mojego planu, że ma załatwić moje przeniesienie do Ełku, znaleźć mnie jakiś kąt do zamieszkania, odłożymy ślub za rok, lepiej się poznamy, stary zdąży mnie polubić, moi rodzice też się oswoją z tą sytuacją. Ale Czesiek miał obawy co do odwlekania ślubu. Po co mam płacić za mieszkanie, skoro on je ma. Nie wie czy uzyska zgodę na przeniesienie bez naszego małżeństwa, a kto to wie, może za rok wyjdę za innego. Jaką on ma pewność? Ostatnie jego słowo, przeniesienie będzie jak weźmiemy ślub. No i co miałam robić, podobał mnie się ten chłopiec, zakochana byłam w Ełku i zgodziłam się na ślub, do którego się nie paliłam. Ślub to sprawa poważna, należało złożyć wizytę rodzicom i pokazać przyszłego zięcia. Zaplanowaliśmy wyjazd na Zielone Świątki – dziś zapomniane święto. Zaplanowałam wysiąść w Kitach, bo to bliżej o 2 km, a piechotą wolałam iść gościńcem niż szosą. Rodzice byli powiadomieni o naszej wizycie, mama solidnie przemaglowała swego przyszłego zięcia, skąd pochodzi, czy katolik, gdzie pracuje, jaką ma rodzinę, mieszkanie. Było mnie niezmiernie za nią wstyd, bo ja nie miałam nic, trochę swoich ciuchów. Wyjaśniła, że ma wobec mnie inne plany, nie muszę się tłuc po cudzych kątach, w Białymstoku jest mieszkanie w którym powinnam z siostrami zamieszkać i zacząć studia, bo ona cały czas na to liczyła. Wysłuchaliśmy cierpliwie co mama miała do powiedzenia i wróciliśmy do Ełku. Wizyta w domu w zasadzie nie spowodowała zmiany planów, a Czesiek jeszcze z większą determinacją przystąpił do ich realizacji. W dzień zakończenia roku szkolnego przyjechał po mnie, daliśmy na zapowiedzi w kościele w Kalinowie i Ełku, zorganizowaliśmy małe pożegnanie. Spakował mnie i zabrał do swojego mieszkania. Powiadomiłam rodziców, że jestem w Ełku. Przez cztery niedziele lipca szły nasze zapowiedzi, w sierpniu, na początku miał być ślub. Czesiek powiadomił kilka osób z rodziny, ciocię Urszulę z Elbląga, Lonię lekarkę z Jeleniej Góry, p. Czalejową nauczycielkę, która z mężem uczyła w Słobodzie, a mieszkała w ich domu i innych. W połowie lipca pojechałam do domu, wysłuchując codziennie tej samej litanii. Chyba tydzień po mnie przyjechał Czesiek i wtedy mama rozegrała szekspirowską scenę. Wesela nie będzie, na wesele nic nie da, nikt na to wesele nie przyjedzie. Więc Czesiek wyjechał z niczym. Myślałam, że jak zostanę sama to prędzej coś załatwię. Napisałam do Cześka, że jak się sytuacja trochę uspokoi, spróbuję coś załatwić. W tym czasie odbywał się zlot młodzieży we Wrocławiu, namioty rozstawione na Psim Polu, Czesiek jechał z delegacją z Ełku. Chciał bardzo, abym z nim pojechała, nie pojechałam, ale byłam na stacji w Czyżewie i się z nim widziałam. Chciał przyjechać, ale wiedziałam, że jeszcze pogorszy sytuację, jedyne wyjście możliwe było takie, do pracy muszę się zgłosić w Ełku przy końcu sierpnia. Ślub weźmiemy w sobotę 04.09.1948 r. i to w Kalinowie, tam byłam jeszcze zameldowana tymczasowo i tam wyszły nasze zapowiedzi. Czesiek pojechał do Kalinowa i załatwił ślub z ks. Tomaszewskim. Ja przyjechałam już w niedzielę, bo 01. był w środę. Spowiedź przedślubną odbyliśmy u ks.Kąckiego, kolegi Cześka w kościele. Ciocia Urszula przyjechała wcześniej, aby przygotować przyjęcie, pomagała jej p. Czalejowa. Na ślub przyjechał tatuś i siostra Renia – mama nie przyjechała. Był pan Maciejowski, który przygotował mnie taki śliczny bukiet ślubny, że ks. Tomaszewski powiedział, że takiego pięknego jeszcze nie widział. No niestety przez te mamy manipulacje kilka osób z Cześka rodziny i koledzy nie byli. Pani Maria z moimi uczennicami przystroiła kościół zielenią i kwiatami, przyszło trochę uczniów i znajomych z Kalinowa złożyć nam życzenia. Jeszcze muszę wspomnieć o jednym wydarzeniu, jakie miało miejsce jeszcze w Rosochatem. Któregoś dnia siedziałam na ganku i pisałam list do Cześka, kiedy zbliżyła się jakaś kobieta, z wyglądu z miasta, z dość duża torbą. Spytała o mamę, a kiedy usłyszała, że zaraz przyjdzie, przysiadła na schodku i na mnie patrzyła. Mama niedługo przyszła, zaczęły rozmawiać, wyjęła z torby jakieś nici, igły, agrafki i inne rzeczy, mama niektóre z nich kupiła, wyniosła na talerzu miód i bułkę częstując kobietę. Ta w pewnej chwili powiedziała, że chce mnie powróżyć, nie chciałam, ale ona zaczęła mówić, pisze pani list do chłopca, jest blondynem, ma niebieskie oczy, ale nie jest pani pewna czy go wybrać, bo jest drugi. Ten jest ciemny, ma ciemne oczy, pani wie, że obaj panią kochają. Niech mi pani poda rękę, dalej – się opierałam, no podaj pani – powiedziała mama. Podałam, ona popatrzyła na moją dłoń i rzekła – będzie pani długo żyła, a co do chłopców to jeśli pani wyjdzie za blondyna, to będzie pani miała pięcioro dzieci i młodo zostanie pani wdową, jeśli wyjdzie pani za tego bruneta, to pojedzie pani za ocean i zamieszka w obcym kraju. Nie przejęłam się tą wróżbą, chociaż mama wmawiała mnie, abym jej nie lekceważyła, była ona wtedy tak nieprawdopodobna, ale na moje nieszczęście się spełniła, nawet to, że będę długo żyła. Wtedy też pomyślałam, że ona nie pierwszy raz odwiedza nasz dom, mama jej pewnie opowiadała o chłopcach moich i o kłopotach jakie jej sprawiam, więc z wyglądu mogła ich znać, ale dlaczego sprawdziła się co do joty ta druga część, tego mama nie mogła wymyślić. Do dzisiaj jest to zagadka. Tak więc 04.09.1948 r. nasze drogi zeszły się. Byliśmy małżeństwem – on chłopak z gospodarki ze Słobody na Wileńszczyźnie i ja dziewczyna, córka szewca z Rosochatego Kościelnego, leżącego na skraju Podlasia. A spotkały się w Ełku, w mieście, które on wybrał, bo okolica przypominała mu Wileńszczyznę, a ja, bo kocham wodę, rzeki i jeziora. Chociaż babcia Kostusia mnie pouczyła, pamiętaj, nie wychodź za małego, mały chłop jest pełen kompleksów, nie wychodź za chłopskiego syna, taki żony nie uszanuje. Czesiek nie był mały, był przystojny i nie przypominał ’’wsioka’’, był zdolny, inteligentny i powiedział, że miał zamiar zostać nauczycielem, a nie gospodarzem, chociaż był jedynakiem. Właśnie bycie jedynakiem, chyba najbardziej wpłynęło na jego charakter. Na początku naszego małżeństwa wszelkie plany zaczynały się od ’’ja’’. A teraz boli mnie serce, że dwoje moich dzieci opuściło Ełk, a wnuki oprócz Agaty uciekną wszystkie. Już nie pamiętam jak to się stało, że pierwszy rok pracy chociaż miałam etat w szkole, przepracowałam w Inspektoracie Oświaty. Na początku złościło mnie to bardzo, bo nie znoszę takiej siedzącej pracy, ale kiedy okazało się, że jestem w ciąży uznałam, że to nawet lepiej. Praca była nudna, spokojna. Poznałam prawie wszystkich nauczycieli z Ełku i powiatu. Irena przeniosła się do Wiśniowa Ełckiego i nie pojawiała się w Ełku. Dowiedziałam się o niej dopiero na wiosnę, że wyszła za mąż za Edka Karczmarczyka, konduktora na wąskotorówce, który z kolegą sprawdzał nam bilety i do nas się zalecali. Trochę mnie to zdziwiło, bo Edek był od nas ładnych kilka lat starszy a Irena na te jego umizgi prychała ze złością. Edek wydawał się sympatycznym, drobnym blondynkiem, zwłaszcza gdy wchodził do wagonu w kolejarskim mundurze i białych pepegach (latem). A wracając do Ireny to jeszcze w ramach naszej przyjaźni umówiłyśmy się, że pierwszego mojego dziecka chrzestną matką będzie Irena a je jej. W naszym życiu już w grudniu nastąpiła zmiana. Gdy tylko pobraliśmy się, Czesiek rozglądał się za większym dla nas mieszkaniem. Wyszukał na ul. Gdańskiej, później Dzierżyńskiego, a później znów Gdańskiej pod nr 4. Mieszkanie, które trzeba było wyremontować, gdyż podczas frontu trzecie piętro zostało uszkodzone. Fundusze dał Inspektorat Oświaty. Mieszkanie było trzypokojowe z dużym balkonem, ze sraczykiem na klatce. No i ul. Gdańska jedna w piękniejszych wtedy w Ełku. Inspiracją twórczą Cześka stał się balkon i jego ukwiecenie. Ciąża przebiegała prawidłowo. Przy badaniu i zmierzeniu mojej wąskiej miednicy lekarz powiedział mojemu mężowi, że poród może być ciężki i nakazał dużo ruchu. Więc mąż pod różnymi pozorami wyciągał mnie z domu na długie spacery. Nieświadoma tego co mnie czeka, stawiałam opór, bo paradowanie z wypiętym brzuchem nie było wtedy modne, a ja miałam 21 lat. Mój mąż jedynak planował dużą rodzinę, po długich pertraktacjach miała być trójka dzieci. Zaczęliśmy się interesować pielęgnacją niemowlaków, a ponieważ lektury na ten temat było mało, poszerzaliśmy naszą wiedzę poprzez rozmowy z osobami doświadczonymi. Przygotowanie wyprawki też nie było łatwą sprawą. Kupowałam cienką tkaninę na pieluchy i flanelę na kołderki. Wyciągnęłam szydełko i druty – jak dobrze, że umiałam się nimi posługiwać. Mama odwiedziła nas chyba w kwietniu, ale jak doszło do tych odwiedzin nie pamiętam. Wiem, że przywiozła swojemu wnukowi śliczny becik z poszewkami, ozdobionymi koronką. Kontakty moje z dawnymi przyjaciółkami ustały. Alina opuściła szkołę w Dąbrowskich, za to ciągle miałam do czynienia z ’’kumplami’’ mojego męża, a także zjawiali się co jakiś czas kuzyni mojego męża. Zapomniałam jeszcze napisać o pewnym wydarzeniu, które miało miejsce 15.10.1948 r. Był to dzień moich imienin. Mój małżonek musiał pojechać służbowo do Białegostoku, odebrałam życzenia od współpracowników, woźny Popko poszedł na pocztę – kiedy przyszedł położył korespondencję na Cześka biurku, a mnie wręczył paczkę i list. Nie pamiętam już jak się wtedy czułam i co miałam robić. Przesyłka skierowana była na Kalinowo, ktoś przeadresował. W paczce w ładnym opakowaniu były słodycze, ciastka i pięknie wydany tomik wierszy z dedykacją Teofila Ruczyńskiego, ojca Kazika. Czy dobrze postąpiłam, do dzisiaj mam wątpliwości. Napisałam kartkę z podziękowaniem za życzenia i pamięć, prezentów nie mogę przyjąć, bo jestem już mężatką, zaznaczyłam. Paczkę przepakowałam i p. Popko nadał ją na poczcie, powiedziałam mu, że to była pomyłka. Czesiek o tym się nie dowiedział, a o Kaziku kilka lat później. Z otoczenia mojego męża znałam kumpli, emigrantów, kilka rodzin emigrantów, p. Czalejową z synem Bogdanem, ciocię Urszulę, niedługo miałam poznać braci Skaczków mieszkających w Sulimach koło Giżycka. Skaczkowie podczas okupacji działali w AK na Wileńszczyźnie, aby uniknąć aresztowania wskoczyli do Armii Berlinga. Jan był przedwojennym podoficerem a Antek był mężem Geni, córki Aleksandra, brata teściowej. Kiedy ich poznałam – jeździliśmy do nich kilka razy, mieszkali w dużym domu po bauerze, mieli piękną bryczkę, dwa konie, gospodarstwo domowe prowadziła im Mazurka, a oni używali życia. Jan i Antek już nie żyją, w książce telefonicznej Giżycka figuruje jeszcze najmłodszy Skaczko – Franek. Nie pamiętam, kiedy pojawili się bracia Raginiowie Artur i Rudolf. Pokrewieństwo ich z Cześkiem było takie, że moja teściowa nazywała ich matkę ciocią. Mieli dość duży majątek, mieszkali w Słobodzie, więc ich związki rodzinne były dość silne. Sowieci wywieźli ich rodzinę na Sybir. Ojciec utopił się w rzece, przy wyrębie drzewa w tajdze. Rudolf jako starszy dostał się do Armii Andersa, doszedł do Włoch, tam skończył medycynę i wrócił do Polski, zamieszkał we Wrocławiu. Artur z Armią Berlinga przeszedł front. W stopniu kapitana służył w Olsztynie. Potem został wysłany do Moskwy na studia. Po powrocie awansował on do stopnia generała. Dostał willę we Wrocławiu z wartownikiem u bramy. Mieszkali w niej obaj z Rudolfem. Nie pamiętam w którym roku został zabity na polowaniu w lasach koło Wrocławia, znał Jaruzelskiego ( nie ustalono czy był to przypadek czy zabójstwo ). Mieli dwie siostry zamężne, Lonię lekarkę w Jeleniej Górze (Bychowiec) i Marylę, z męża Szylko mieszkającą na wsi koło Jeleniej Góry. Matka ich mieszkała z córką Leonią. Poznaliśmy Olimkę Tarazewicz i jej matkę Zofię. Mieszkały w Giżycku, Olimka była pielęgniarką, potem przeniosła się do Olsztyna, pracowała w Poliklinice, Olimka była córką Władysława, brata teściowej. Poznałam Władka Bołta z Kwidzynia. Był synem Władysławy, siostry teściowej. Potem poznam całą rodzinę Bołtów. W pierwszym roku naszego małżeństwa pierwszym wydarzeniem była zmiana mieszkania a drugim narodziny Andrzeja. Poród trwał długo – urodziłam go przez masaż – tak to się nazywało, a było to wyciśnięcie go. Całe szczęście, że chłopiec był silny, ważył 3,5 kg i to wytrzymał, ja to odczułam gorzej, wyszłam z tego z pęknięciem szyjki i tyłozgięciem. Przez dwa lata borykałam się z tymi problemami. Według orzeczenia prof. Dzierzki z B-stoku miałam jedną szansę na sto, że zajdę jeszcze w ciążę. Tak bardzo było bolesne to dla mnie przeżycie, że następne dzieci rodziłam w domu ( ale wtedy jakie wspaniałe były położne, jak pani Hulowa, która przyjęła czwórkę moich dzieci, bez komplikacji. Przez okres ciąży zbieraliśmy pieniądze na wózek, który nie był ani tani, ani łatwy do zdobycia, trzeba go było przy pomocy znajomych sprowadzić ze Śląska. Podczas mojego pobytu w szpitalu Czesiek nabył za te pieniądze łódź, tłumacząc, że to była super okazja. Zrobiłam straszną awanturę. Druga sprawa to imię synka lub córki. Zastanawialiśmy się nieraz nad tym, ale nie dochodziło do porozumienia. Kiedy jeszcze leżałam w szpitalu Czesiek napisał, że nasz synek będzie nazywał się Andrzej – Andruszka, bo jego serdeczny kolega miał takie imię. Nie bardzo mnie ono pasowało, ale z czasem spodobało się, było dość męskie. Andrzej był zdrowym i pogodnym dzieckiem, ale ja miałam kłopoty ze zdrowiem i piersiami, miałam bardzo małe brodawki, więc popękały, krwawiły, w piersi wystąpiło zapalenie, bardzo cierpiałam. Andrzej popłakiwał głodny i wtedy przyjechała mama z pościelą do łóżeczka, oceniła sytuację, kazała kupić butelkę, smoczek, mleko od krowy braliśmy – odpowiednio je przygotowała. Pamiętam, że Andrzej wypił całą ćwiartkę i zasnął jak suseł. Początkowo usiłowałam go karmić i piersią i butelką, ale chyba gdzieś po czterech miesiącach przeszedł na butelkę. W 1949 r. Czesiek zaczął naukę w wieczorowym liceum, bo okazało się, że ma tylko małą maturę. 05.09.1949 r. wzięliśmy ślub cywilny, kiedy okazało się przy rejestracji syna, że śluby kościelne i akta chrztu kościelnego są nieważne. Takie zaczęło obowiązywać prawo. Jeśli chodzi o chrzest Andrzeja, to sprawa też była burzliwa. Jeszcze w Kalinowie obiecywałyśmy sobie z Ireną, że nasze pierwsze dzieci będziemy trzymać do chrztu, moje ona a ja jej. Kiedy nadszedł ten moment, mój mąż przedstawił swojego kandydata, Jurka Siemiatkowskiego, a ja Irkę. Wtedy mój mąż oświadczył, że Irka w żadnym wypadku. Nie wiedziałam o co chodzi, więc postawiłam sprawę jasno, albo wyjaśni o co chodzi albo będzie Irka. Wtedy mój biedny mąż wyjaśnił mnie, że Irka nie jest wcale taką moją wierną przyjaciółką, bo wtedy jak byłam chora na anginę i do Ełku nie pojechałam, wykorzystała okazję, aby mu odradzić małżeństwo ze mną, ponieważ nie traktuję go poważnie, mając bliskie kontakty z innymi panami i tu padły nazwiska. Byłam tym tak zaskoczona, że nie mogłam uwierzyć. Czesiek mnie zapewnił, że jej nie uwierzył, ponieważ już dawno zauważył, że ona na niego leci, a on dawał jej do zrozumienia, że nie jest nią zainteresowany. Chrzestną matką naszego syna została moja siostra Genia. W 1949 r. zaczęłam pracę w Szkole Nr 1. Budynek szkoły znajdował się nad rzeką Ełk na terenie koszar. Trzypiętrowy, z jasnymi salami, wysokim podpiwniczeniem, dużym boiskiem od frontu i ogrodem od rzeki. Za Niemców mieściła się tu szkoła ’’Hitlerjungen’’. W budynku mieściły się dwie szkoły, parter i I piętro zajmowała Szkoła Nr 1 a drugie i trzecie piętro Szkoła Nr 2. Kierownikiem naszej szkoły była Helena Zosimowicz – później Piotrowska, repatriantka, przedwojenna nauczycielka, tak jak większość z nich – Roman Zofia, Stadnicka Leokadia, Romanowska Janina, Januszewska Joanna, Pierożyńska Helena, Szymonis Helena – moja przyjaciółka 1915 r. i troje młodych nauczycieli: Jadwiga Tarazewicz, Edward Marczak, Kazimierz Mroczkowski, już absolwenci ełckiego liceum. Po Kalinowskiej szkole, ta wydawała mnie się prawdziwie miejska. Pokój nauczycielski, sekretariat, świetlica. Przedmioty dostałam nie te, które lubiłam, jak chemia, biologia i geografia, polski – ten lubiłam. No, ale wtedy nauczyciel był specjalistą od wszystkich przedmiotów, a że uczył też tych, które nie lubił, to specjalnie nikogo nie martwiło. Chemii pozbyłam się już w następnym roku, ale biologia prześladowała mnie dłużej, bo okazało się, że mam osiągnięcia w tym przedmiocie, a do swojej ulubionej historii doszłam po skończeniu Studium Nauczycielskiego. Po trzech latach pracy zostałam zwolniona ze zdawania egzaminu praktycznego i zostałam nauczycielem mianowanym. Szkoła swym zasięgiem obejmowała całe miasto z Zydlungiem i Sybą (Szyba) a młodsze prawie całe miasto, oprócz Kajki, W. Wasilewskiej, końca Woj. Polskiego – przy Lic. Pedagogicznym była ćwiczeniówka i Sybą – szkoła I – IV. Do szkoły Nr 1 należały numery domów nieparzyste, a do Nr 2 parzyste. Każdy do szkoły miał kawałek drogi, ale położenie szkoły było piękne, rzeka za nią, tereny zadrzewione, ale niezamieszkane, niedaleko boisko sportowe. Atmosfera pracy dobra, ale praca ciężka, młodzież z różnych stron Polski. Najwięcej było dzieci emigrantów tzw. Zabużan, Wileńszczyzna, okolice Grodna, Pińska, Lwowiaków było niewielu, no i przybysze z okolic Augustowa, Grajewa, Wąsosza, przybysze z Kurpi, ludność z terenów biednych, przygranicznych. Np. z Rosochatego wyjechały tylko dwie rodziny. Np. Kalinowo zasiedlili ludzie z jednej dworskiej wsi i wyrobnicy dworscy ze wsi koło Bargłowa. Więc nie łatwo było uczyć takie dzieci, w dodatku miejskie, wiejskie. W roku 1949 Renia wyszła za mąż za Leopolda Rosińskiego, zwanego Leonem. Poznali się w miejscu pracy. Zamieszkali na Warszawskiej, mieszkała tam jeszcze siostra Genia, która skończyła Liceum Administracyjne i zaczęła pracę w Urzędzie Wojewódzkim jako sekretarka szefa Wojewódzkiego Funduszu Odbudowy Stolicy na który wpłacali wszyscy pracujący w Polsce ( potrącano z poborów ). W roku 1951 Genia została oddelegowana służbowo do Zielonej Góry, tam poznała Mikołaja Sweryda ( Poznaniaka ) porucznika milicji. W roku 1952 pobrali się, zamieszkali w willi na ul. Klonowej. Po wydaniu trzech córek za mąż w domu pozostali rodzice, Wiesiek i Rysiek. Malutki Rysio nie sprawiał żadnych problemów, ale Wiesiek miał trudny charakter i w starszych klasach podstawówki sprawiał kłopoty. W kl. VI dostał promocję warunkowo i była obawa, że siódmej klasy nie skończy. Zabrałam go do Ełku, po ukończeniu kl. VII Genia zabrała go do Zielonej Góry, gdzie skończył szkołę zawodową jako tokarz, a skierowanie do pracy dostał do Bytomia do Huty Zygmunt. W tym czasie, gdy był Wiesiek mieszkał u nas szwagier p. Czalejowy, Władek Czalej, brat jej męża ( który zginął w Katyniu ). Czesiek załatwił mu pracę i chodził do wieczorowej szkoły. Zapomniałam jeszcze wspomnieć o naszym piesku, Ciupie, miała to być maleńka psinka, jak jej matka, czarna, puszysta, a wyrósł na rude złośliwe psisko. Ukwiecenie balkonu było męża honorem, założenie ogromnego akwarium, pasję fotograficzną, wędkowanie, konserwowanie łódki ( chociaż nie było czasu, aby z niej korzystać ). Wolna była tylko niedziela. Czesiek realizował te swoje pasje z prawdziwą determinacją i uporem. A przecież większość jego pracy polegała na wyjazdach na konferencje, szkolenia, wizytacje placówek w terenie. Na jego głowie były przedszkola, dom dziecka, półkolonie, kolonie, stołówki szkolne, szkolenie nauczycieli w tym zakresie. Wtedy zrodził się pomysł kupienia motoru. Nie pamiętam jak długo na niego czekał, ale mu dano przydział i kupił. Od dawna chodziły pogłoski, że wojsko chce zabrać nam budynek, ale stało się. Rok szkolny 1950/51 zaczęliśmy na ul. Kościuszki w niewielkiej kamienicy, po internacie handlówki. Czekały nas niezmiernie trudne lata. Ciasnota ogromna, na przerwach, cała klatka schodowa od parteru po III piętro, zapełniona młodzieżą. Trudno było się przepchnąć. Przybyło dużo nowych nauczycieli, a wśród nich Janina Roszko, później Gordziewicz i Genio Biedrzycki, mieszkający na Gdańskiej. Z Niusią zawarłyśmy wspaniałą przyjaźń. Miasto na nowy budynek szkolny przeznaczyło ogromny gmach przy ul. Małeckich, ale zniszczony i trzeba go było nie tylko odremontować, ale i dostosować do potrzeb szkoły. Dopiero rok szkolny 1953/54 zaczęliśmy w nowej szkole. Rok 1952 był dla naszej rodziny pomyślny, byłam w ciąży. Tak bardzo chciałam mieć córeczkę. Czesiek pomógł Irenie w przeniesieniu do Ełku. Miała już córeczkę Marysię, kilka miesięcy młodszą od Andrzeja, a teraz oczekiwała razem ze mną na drugie dziecko. Urodziła trzy tygodnie wcześniej córeczkę Ewę, a ja niedługo potem córeczkę – byłam szczęśliwa. Druga ciąża była bardzo trudna, bolał mnie bardzo kręgosłup, miałam niskie ciśnienie, nie znosiłam ostrych zapachów, więc kilka razy zemdlałam. W dodatku mój małżonek robił roczny kurs pedagogiczny w zakresie opieki nad dzieckiem i to musiał mieć zajęcia stacjonarne aż w Bydgoszczy. Zachowała się z tego okresu nasza korespondencja. Poród odbył się w domu, był w normie, jak powiedziała położna. Dziecko ważyło 3,200. Wyglądało na drobne, w nocy popłakiwało, było wrażliwe. Chciałam, aby nazywało się Danuta, jak moja serdeczna przyjaciółka Danka Kalinowska z gimnazjum, ale mama zawetowała z powodu krowy Józefata z Rosochatem, na którą wołali Danka. Mama zaproponowała imię Wanda ( mama nam śpiewała o niej piękną piosenkę ), ty jesteś Jadwiga, a ona będzie Wanda, dwie wspaniałe Polki. Rodzicami chrzestnymi Wandy była siostra stryjeczna Cześka Irena Tarazewicz z Legnicy, a ojcem chrzestnym Jurek Mackiewicz. W latach 1950-52 wydarzyło się dużo. Mój teść Mieczysław Tarazewicz został aresztowany razem z teściową przez Niemców za współpracę z AK i osadzeni w więzieniu w Miadziole, a potem w Wilejce. Czesiek skrył się w oddziale AK na fałszywych papierach, a rodzina zaczęła starania o ich uwolnienie. Przekazano pewną ilość złota i teściowa została uwolniona, a za uwolnienie teścia żądano dopłaty, ale teściowa odmówiła twierdząc, że jeśli ją uznano za niewinną to jej męża też. Niestety teścia wywieziono – ślady wiodły do Oświęcimia. Dotychczasowe poszukiwania przez Czerwony Krzyż nie przyniosły efektów, więc wybraliśmy się do Oświęcimia. To było przeżycie makabryczne. Nic jednak nie dowiedzieliśmy się, z powodu niepełnej dokumentacji jaką wtedy posiadano. Czesiek wypełnił tylko szczegółową ankietę wpisując dane, które znał. Z Oświęcimia pojechaliśmy do Karpacza, a właściwie to do Jeleniej Góry w odwiedziny do ciotki Bychowiec. Przy okazji zwiedziliśmy Karpacz i wspięliśmy się na Śnieżkę. W roku 1951 odbyliśmy podróż statkiem z Giżycka do Węgorzewa – odwiedzając krewnego cukiernika z Wilna, który miał cukiernię w Węgorzewie. U niego w domu jadłam po raz pierwszy sękacz, a w jego piekarni widziałam jak go się piecze. Powrotna podróż okazała się dość groźna. Kiedy stateczek wpływał z jeziora w wąski kanał, nadeszła burza, wichura. Stateczkiem zaczęło miotać od ściany do ściany kanału. Pasażerowie skupieni w kabinie mieli porządnego stracha. Wtedy mój biedny mąż tuląc do siebie Andrzejka odezwał się do mnie wściekły ’’jeśli mojemu synkowi coś się stanie, to cię zabiję’’. Synek to także mój i nic mu się nie stanie, odrzekłam. Czesiek mnie później przeprosił, bo był na mnie zły, że go na ten statek namówiłam. W lipcu na tydzień wyskoczyliśmy do Elbląga do ciotki Urszuli i wuja Jana. Ich dzieci Marian i Benia byli w domu, najstarsza Władzia była poza domem. Była natomiast u nich ciotka Anna z Legnicy ( stryjeczna siostra Urszuli ), którą ja poznałam, a Czesiek zobaczył po raz pierwszy po wojnie. Od niej Czesiek się dowiedział, że jej brat Sawery ( a jego stryjek ) mieszka w gospodarstwie nad Odrą w Strzegowie p. Gubin. Podczas pobytu w Bydgoszczy Czesio go odwiedził, a ten przez kilka lat przesyłał nam worek ( chyba z 10 kg ) orzechów włoskich, drzewa te rosły u niego w ogrodzie. Pobyt u Syropiatków w Elblągu był bardzo udany. Oboje wujostwo byli ludźmi światłymi i serdecznymi. W sierpniu 1951 r. jesteśmy w Rosochatem. Przyjechała także Genia i Renia z synkiem Witkiem. Na zdjęciach jesteśmy w ogrodzie, my oboje z Andrzejem i Rysiem nad Brokiem i w Broku. Sad pełen owoców i była jeszcze krowa. Czesiek skończył liceum i otrzymał maturę. Jeśli chodzi o krowę, to wspomniałam ją, ponieważ wróciło wspomnienie przepysznych serów i twarogów robionych przez mamę, a na wspomnienie łazanek z twarogiem i śmietaną ślinka mnie cieknie. Sytuacja w pracy i u mnie i u męża pogarszała się. W kuratorium zaczęto wymianę kadr polegającą na usuwaniu Polaków a przyjmowaniu pracowników narodowości białoruskiej. W naszej szkole usunięto kier. Helenę Zosimowicz – Piotrowską. Na jej miejsce przyszedł Białorusin Aleksander Poczykowski pochodzący z Bielska Podlaskiego, człowiek bezkompromisowy, wielbiciel sowieckiego porządku. Szkoła pod jego rządami zamieniała się w instytucję karno – dyscyplinarną. Na radach pedagogicznych nie można było swobodnie wypowiedzieć się, mieć swoje zdanie. Toczyła się sprawa usunięcia religii ze szkół. Kiedy do tego doszło, biegał po salach i sam zdejmował krzyże, bo wiedział, że tego nikt nie zrobi i nie dlatego, że wszyscy byli za, tylko byli przeciwni w jaki sposób tę sprawę rozwiązano. Kiedy warunki lokalowe pracy poprawiły się, to atmosfera pracy gęstniała. W marcu 1953 roku zmarł Stalin, oficjalnie cały kraj miał być pogrążony w wielkiej żałobie, no i oficjalnie zrobiono co trzeba, ale nie przypominam sobie, aby w naszym najbliższym otoczeniu ktoś żałował tego ’’potwora’’, wręcz odwrotnie liczono, że skończył się kult jednostki, to może zmieni się na lepsze, co stało się dopiero w 1956 r. podczas XX zjazdu Partii Związku Radzieckiego, kiedy w słynnym referacie Nikita Chruszczow odkrył zbrodnie, jakich dopuścił się Stalin. U nas był wtedy Październik, referat Gomułki i odprężenie, pewien powiew swobody – niestety nie na długo, chociaż tamten zły okres się nie powtórzył. W 1953 roku urodziła się Hela, poród rozpoczął się w drodze do szkoły na ul. Orzeszkowej, w dniu zakończenia roku szkolnego. Urodziłam ją szybko, kiedy wbiegła położna jeszcze zdążyła ją przyjąć. Rodzicami chrzestnymi jej zostali p. Czalejowa i Antek Skaczko. Miało to być nasze ostatnie dziecko, więc o imię spieraliśmy się i dlatego w kościele ochrzczona została Helena – Krystyna, a w Urzędzie Stanu Cywilnego Czesiek wpisał Krystyna – Helena. Tak jak już wspomniałam wydarzenia polityczne miały odbicie w pracy instytucji państwowych. Inspektorat Oświaty przeniesiono do budynku Urzędu Powiatu – prawe skrzydło I piętro. Inspektorowi przydzielono za mieszkanie dwie małe klitki w budynku szkoły Nr 1, boczne wyjście na I piętrze. Mieliśmy już na utrzymaniu sporą rodzinę. Czesiek zaczął rozglądać się za lepiej płatną pracą. Otrzymał propozycję dyrektora Miejskiego Zarządu Budynków Mieszkalnych. Ponieważ kierowanie innymi było jego naturą, więc praca mu odpowiadała, no i zarobki były dużo wyższe. Na jego miejsce w Inspektoracie przyszedł Czesio Zawadzki, nauczyciel z jakiejś wioski w powiecie Giżycko. Wspomniałam o niektórych wydarzeniach, ale wtedy żyliśmy w wielkim strachu przed wybuchem nowej wojny światowej. Korea stanęła w ogniu wojny, w którą wplątane były USA, Rosja, Chiny. I właśnie wtedy osiągnięto porozumienie, którego skutki do dzisiaj obowiązują – podział Korei na Północną i Południową. W roku 1954 stanęły przed nami nowe wyzwania życiowe. Zaszłam czwarty raz w ciążę i zaistniała możliwość zmiany mieszkania. Trzecie piętro dawało nam się we znaki i chcieliśmy mieć jakiś skrawek zieleni dla dzieci. Udało się i w maju przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania ul. Gdańska 27/4 ( wtedy ul. Dzierżyńskiego ). Mieszkanie na I piętrze, duże pokoje, łazienka, centralne ogrzewanie, piękne podwórko i śliczny ogród, od Gdańskiej do Toruńskiej z altanką w części zadrzewionej. Raj dla dzieci. I wtedy mój małżonek miał pole do popisu. Odezwała się krew rolnika. Sadził, przesadzał, zakładał okna inspektowe, zmuszał nas do jedzenia szpinaku, fasoli szparagowej, a produkował tego za dużo, więc nie dało się wszystkiego skonsumować. Wraz z mieszkaniem dostaliśmy dwa małe stryszki, dwie piwnice i chlewik. W bloku w piwnicy była pralnia, duży kocioł do gotowania, wanna, krany z wodą i ściek, co ułatwiało pranie. Był także duży strych do suszenia bielizny. Wygodnie nam się tam mieszkało, to mieszkanie stało się dla moich dzieci miejscem bardzo rodzinnym. W związku z przyjściem na świat czwartego dziecka postanowiłam uczyć w klasach młodszych, więc mogłam z domu wychodzić o godz. 10:00, 11:00. W godzinach rannych teściowa robiła zakupy, a ja przygotowywałam śniadanie, przygotowywałam drugi posiłek, sprawdzałam jak mają być ubrane dzieci na podwórko. Zaprowadzałam jakiś ład w ich życiu. Wracałam w tym samym czasie co Czesiek, jedliśmy obiad. Tą moją pierwszą klasę zapamiętałam do dzisiaj. Odwiedzałam ich domy, znałam większość rodziców. Wielu z nich już odeszło od nas. Kiedy rodziłam Czesię, mój małżonek był w rezerwie w Ełku i pracował w WKR. Wpadł do domu po papierek, że urodziło się dziecko i spieszył się do urzędu, aby ją zameldować i dostać trzy dni urlopu, że nie ustaliliśmy jak ma się nazywać. Dopiero w urzędzie, kiedy urzędniczka spytała go – Imię, powiedział Czesław, a ona spytała czy to chłopiec, dziewczynka odpowiedział, a to Czesława – rzekła – nazwisko Tarazewicz, chwileczkę powiedział mój wystraszony mąż, ale ja nie spytałem żony jak jej damy na imię. Czesława to piękne imię i będzie je miała po tatusiu – no tak odpowiedział mój mąż. Kiedy wrócił do domu spytałam, chyba jej nie zapisałeś – zapisałem, a jak – Czesława, myślałam, że wyskoczę z łóżka, chciałam czymś w niego rzucić, ale nie miałam czym. Mój małżonek usiadł na fotelu i powiedział, nie wiem o co ta awantura, ja mam na imię Czesio i nikt mnie nigdy nie powiedział, że jest brzydkie, a wiesz dlaczego, bo jestem ładny, ty też mnie wzięłaś. Moja córka będzie taka ładna, że nikt jej nie powie, że ma brzydkie imię. No i prawda nasza córka wyrosła na piękną dziewczynę, wszystkie nasze dzieci były piękne. Kiedyś babcia Wojtaszkowa powiedziała, że wnuki z Ełku są najpiękniejsze z jej wnuków, nawet sąsiadki tak mówią. Jesienią 1954 r. mąż pod naciskiem moim i teściowej sprzedał motor. Obecna praca nie wymagała jego posiadania, a w latach kiedy nim jeździł nie raz szarpał nam nerwy, kiedy na umówiony czas nie wracał. Za sprzedany motor kupił dwa rowery niemieckie, męski i damkę, którymi mieliśmy przemierzać polne i leśne drogi z koszykami z naszymi dziećmi. Ponieważ na te spacery zawsze brakowało czasu, podobnie jak pływanie łódką, rowery zostały sprzedane. Łódka została, tylko zmieniała miejsce postoju – chyba w kwietniu 1955 roku zaczęło się nasze nieszczęście. Nasza córeczka Wanda dostała zatrucia pokarmowego, było na tyle silne, że dziecko znalazło się w szpitalu, kiedy stan już zaczął się poprawiać, dowiedzieliśmy się, że znów jest gorzej, bo dziecko dostało zapalenia płuc. Byliśmy przerażeni, przypomniałam sobie, że dr. Sienicki z Krzeczkowa, dobry znajomy taty i mamy jest dyrektorem Kliniki Dziecięcej na Kopernika w Warszawie. Odnaleźliśmy jego prywatny numer telefonu, przedstawiłam się kim jestem i jaki mam problem. Kazał dziecko przywieźć, jeśli lekarz uzna, że zniesie podróż. Wieczorem przy pomocy znajomej pielęgniarki wynieśliśmy ją ze szpitala. Dr. Szorc zbadał ją i kazał jechać. Na rano byliśmy w szpitalu. Zbadano ją dokładnie i tylko jedno padło pytanie, dlaczego tak późno zwracamy się o pomoc do lekarza? Kiedy powiedzieliśmy, że przywieźliśmy ją prosto ze szpitala w Ełku to nie mogli uwierzyć. Stwierdzili, że stan dziecka jest ciężki, ale nie beznadziejny. Ponieważ Czesiek musiał wracać do domu, załatwił mnie dwutygodniowy urlop bezpłatny. Zamieszkałam u babci Konstancji na ul. Solnej. W mieszkaniu, które zajmowała z synową i wnukami miała swój dość ładny pokój, korytarz z kuchenką i sraczykiem. Biegałam w pierwszych dniach kilka razy do szpitala z drżeniem w sercu, że usłyszę to najgorsze. Po kilku dniach usłyszałam, że życiu mojego dziecka już nic nie zagraża, wtedy zauważyłam, że jestem w Warszawie. Biegłam z Kopernika przez Krakowskie Przedmieście, Ogród Saski, Plac Bankowy na Elektoralną i Solną. W podzięce poszłyśmy z babcią do kościoła św. Anny i na pączki do Bliklego. Czesiek przyjeżdżał na każdą niedzielę, kupowaliśmy różne zabawki. Zobaczyliśmy ją dopiero po dwóch tygodniach przez oszklone drzwi, stała w łóżeczku ostrzyżona, chudziutka, wyciągała do nas rączki i płakała. Jeszcze minął miesiąc zanim mogliśmy ją zabrać. Po rozmowie z lekarzem postanowiliśmy, że pojadę z nią do Rosochatego. Przez dwa tygodnie wygrzewałyśmy się na słońcu, piła świeże mleko, jadła masełko i jajka. Była zagubiona, ciągle się do mnie przytulała, więc te dwa tygodnie bardzo dobrze wpłynęły na jej zdrowie, nabrała apetytu i kolorków. Lipiec spędziliśmy w domu, w ogrodzie, na łódce, która wtedy była na jeziorze w Mrozach pod opieką Kościewicza, szwagra mojej teściowej. Przywlókł on się do nas gdzieś znad Odrza, czekał na przyjazd rodziny z Rosji i szukał miejsca na osiedlenie. Pierwsza jego żona Aldona była siostrą teściowej, po porodzie chorowała i gdy Kazik, ich syn, miał cztery lata zmarła. Druga żona Białorusinka z trójką dzieci czekała na repatriację. We wspomnieniach teściowej ten facet jawił się jako pies na folwarczne dziewki, gdy jeszcze Aldona żyła ( był zarządcą w jakimś majątku ), a teraz gdy się zjawił teściowa okazywała mu wiele serdeczności i nie popędzała Cześka, aby załatwił mu w pobliżu Ełku jakieś gospodarstwo. Po wielkich trudach i kosztach ( naszych, bo facet nic nie miał ), dostał dom i gospodarstwo w Mrozach. Miał nam się wypłacać za to, do końca życia – tak mówił. Z tych obietnic został słoik miodu i chyba przez dwa lata pilnowanie łódki. Opisałam to tak dokładnie, bo nie mogłam się nadziwić mentalności tych ludzi, że zjawiali się bez zapowiedzi – jedli i spali po kilka miesięcy, liczyli na wszelką pomoc, uważając to za rzecz normalną i w dodatku byli to krewni ’’siódmej wody po kisielu’’. W sierpniu przyjechała do nas Olimka, zostawiliśmy dzieci pod jej i teściowej opieką i wyjechaliśmy w dawną obiecaną wizytę, do Gdańska do rodziny Gintowtów. Mieszkali na Orunii na osiedlu domków jednorodzinnych. Wspaniała rodzina, matka, dwie siostry i dwóch braci. Wszyscy muzykalni, akordeon, cymbały, skrzypce, gitara. Całe dnie zwiedzaliśmy Trójmiasto, a wieczorem rodzina się schodziła i na naszą cześć odbywały się koncerty. Po dramatycznych przeżyciach jakich doświadczyliśmy, ten urlop był wspaniałym prezentem. Dzwoniliśmy często do domu upewniając się, czy wszystko w porządku. Oboje byliśmy po raz pierwszy nad morzem. Byliśmy na plaży w Sopocie, Jelitkowie, to jednak chociaż morze zrobiło na nas wrażenie to całymi dniami zwiedzaliśmy Gdynię, Sopot, Oliwę, Wrzeszcz, Gdańsk. Wróciliśmy wypoczęci, obiecując, że oni odwiedzą nas, a my ich, do czego już nie doszło. Wspomniałam o częstych sublokatorach w naszym domu. Jednym z nich okazał się mój brat Wiesiek, a doszło do tego chyba jesienią 1954 r. Czesiek wyjeżdżał chyba na dwa tygodnie do jakiejś wypoczynkowej miejscowości na Śląsku, na szkolenie. Kiedy mama o tym się dowiedziała poprosiła go, aby odwiedził Wieśka, który pracował w Bytomiu w hucie Zygmunt a mieszkał w hotelu robotniczym. Mama zauważyła, że on przepuszcza zarobki, bo nic sobie nie kupuje, a do domu przyjeżdża w dziurawych skarpetach. Czesiek stwierdził, że w hotelu większość lokatorów to starsi robotnicy, którzy naciągają młodych na papierosy i picie i według relacji starego górnika na portierni nic dobrego z tego nie wyniknie. Czesio to mamie przekazał, a ta zobowiązała go do załatwienia tej sprawy. Więc załatwił mu pracę w Ełku, no i zamieszkał u nas. Mama była szczęśliwa, że kłopotu się pozbyła, a ja na kilka lat wplątałam się w sytuację bez wyjścia. W roku 1955 otworzyła się możliwość wyjazdu do Związku Radzieckiego, a właściwie na Wileńszczyznę. Czesiek złożył odpowiednie dokumenty i czekaliśmy na powiadomienie. Dopiero w roku 1956 uzyskaliśmy możliwość wyjazdu. Sytuacja się nam skomplikowała, bo byłam w ciąży. Wydawało się, że z wyjazdu będą nici. Jednak termin wyjazdu się przedłużał, a my wyjechaliśmy w sierpniu pierwszym pociągiem. ’’Inturyst’’ z Warszawy przez Terespol, Grodno, Baranowicze, Wilno. Nie łatwo było opuścić dom, Marek miał niecałe trzy miesiące, ale nie było wyjścia, nie wiadomo było czy jeszcze kiedyś pozwolą wyjechać. Zdarzyła się jeszcze przed wyjazdem miła sytuacja. Na początku lipca Czesiek był dwa tygodnie na jakimś kursie w W-wie i odszukał swojego kolegę ze Słobody Janka Kulaszewicza. Janek studiował muzykę. Rodzina Kulaszewiczów mieszkała w domu moich teściów – dom był wynajęty na posterunek Policji. Kulaszewiczów było trzech: Stasiek, Heniek i Janek. Stasiek był nauczycielem w B-stoku, Heniek w zakonie Franciszkanów w Krakowie, a Janek skończył Liceum Pedagogiczne – był moim kolegą a potem studiował muzykę, dyrygenturę. Wszyscy trzej mieli być na naszym weselu, które się nie odbyło. Ojciec ich zginął w Katyniu, był policjantem. Czesiek opowiadając o czasach w Słobodzie wspominał Kulaszewiczów, ale ja nie skojarzyłam, że to może być ten, co go znam. Kiedy Czesiek wrócił z W-wy rzucił mimochodem, że odnalazł kolegę i ten ma nas odwiedzić. Nie byłam zbyt zadowolona, bo szykowaliśmy się do wyjazdu do Rosji, a wymagało to wiele zachodu, biegania po sklepach, kupowania prezentów i trochę rzeczy na sprzedaż, aby przywieźć prezenty do domu, bo przewóz pieniędzy był zabroniony a wymiana dotyczyła 50 rubli na osobę. Na kilka dni przed wyjazdem dość rano doręczono telegram, Czesiu przyjeżdżam – podana data – Janek. Przeczytałam telegram i stwierdziłam, że ten gość przyjeżdża dzisiaj, zadzwoniłam do męża, gdy dzwoniłam rozległ się dzwonek do drzwi, otworzyłam i zobaczyłam wysokiego mężczyznę z walizką, który na mój widok powiedział przepraszam i zamknął drzwi. Pomyślałam, że chłop się pomylił. Za chwilę rozległ się znów dzwonek i ten sam mężczyzna powiedział, szukam Czesława Tarazewicza, czy to tutaj, tak proszę, powiedziałam, a kim pani jest – jego żoną i wtedy roześmialiśmy się, bo on poznał mnie a ja jego, że razem byliśmy w liceum. A to ci heca – powiedział. Kiedy Czesiek przyszedł siedzieliśmy pogrążeni we wspomnieniach ze szkoły, a mąż nieświadomy zauważył, że tak szybko dogadaliśmy się. Do Janka dojechała jego dziewczyna Maryna i pod ich opieką, babki i Wieśka zostawiliśmy nasze dzieci. Janek po skończeniu dyrygentury, dyrygował orkiestrą w Bydgoszczy. Ostatni raz dzwonił do mnie kilka lat po śmierci męża. ’’Inturyst’’ wyjechał z W-wy, w Terespolu przetaczano nas na szerokie tory, potem weszli ruscy pograniczniaki, w Grodnie pociąg się zatrzymał, poddano nas kontroli, była przerwa w podróży, więc udaliśmy się do miasta, mieliśmy 100 rubli. Niedaleko spotkaliśmy wystawę sklepową z pięknymi wyrobami wędliniarskimi, więc weszliśmy, jakie było nasze zdziwienie, kiedy na półkach było trochę puszek z konserwami, a wędlina na wystawie okazała się atrapą. Kupiliśmy jednak puszkę kawioru. Miasto wydało się smutne i biedne jak jego mieszkańcy, tylko dworzec błyszczał urodą. W Baranowiczach wysiedliśmy, czekając prawie całą noc na pociąg do Wilna, ten nasz leciał do Mińska. Wprowadzono nas do pięknej poczekalni na piętrze, odnowionego dworcowego budynku, z palmą i portretem Stalina na całą ścianę. Porządkowi biegali z miotełkami nie pozwalając podróżnym wyciągnąć się na ławce. Trzeba było siedzieć. Znudziło nam się to siedzenie, postanowiliśmy wyjść na świeże powietrze. Kiedy schodziliśmy schodami usłyszeliśmy jakiś gwar dochodzący gdzieś z boku. Otworzyliśmy drzwi, a tam była druga poczekalnia, kasy biletowe, a na ławach pod ścianami i podłodze skłębieni ludzie z tobołkami, siedzieli, leżeli. Czesiek podszedł do nich i zapytał co oni tu robią. Czekamy na pociąg powiedzieli, niektórzy czekali już dwa dni, bo okazało się, że u nich oprócz biletu trzeba było mieć miejscówkę, a na każdą stację obowiązywał limit. Dlaczego trzeba było mieć miejscówkę zrozumieliśmy potem. I zrozumieliśmy, że oni jeżdżą innymi pociągami niż my i czekają w innych poczekalniach. Nad ranem przybył ’’Inturyst’’ i wyjechaliśmy do Wilna. Zatrzymaliśmy się u brata naszego sąsiada Rutkowskiego. Czesiek zaplanował dłuższy pobyt w Wilnie podczas powrotu. Teraz chcieliśmy odnaleźć Cześka kolegę i złapać pociąg do Woropajewa. Pierwsze okazało się łatwe, to drugie nie bardzo. Okazało się, że pociąg do Woropajewa chodzi w dni parzyste, no więc dzisiaj, ale już odszedł, następny będzie, no prawie za dwa dni. Więc te dwa dni prawie biegiem zwiedzaliśmy. A więc kościół przy Ostrej Bramie, gdzie wujek Syropiatko był organistą. Ostrą Bramę, uliczki, zaułki, restaurację. Czesiek znał Wilno, ze swoich pobytów u Syropiatków. Później przenieśli się oni do Mickun, miasteczka pod Wilnem, pobudowali tam dom. No i jedziemy do Woropajewa, odszukaliśmy swój wagon i miejsca. Wagon jak tramwaj z ławami do siedzenia i spania. Siadamy na ławie, wkracza konduktorka, proponuje koc, poduszkę. Odmawiamy, na drugiej ławie siada dwóch robotników w gumowcach, fetor straszny, rozkładają górną ławę, jeden na dole, drugi na górze, zabierają się do spania. Pociąg się wlecze niesamowicie. Około 6:00 rano wysiadamy z walizami na peronie w Woropajewie. Okazało się, że wysiadło nas Polaków kilkanaście osób. W naszym kierunku na Duniłowicze jedzie jakiś pan i babcia z wnuczką. Zastanawiamy się jak dojechać. Od jakiegoś człowieka dowiadujemy się, że w mleczarni stoi ciężarówka, która przywiozła mleko stamtąd. Więc ruszamy. To była droga po kałużach, dziurach, wybojach, kierowca za dodatkową opłatą dowiózł nas do Wołkołaty. Nasi współtowarzysze wysiedli w Duniłowiczach. W Wołkołacie mieszkała Genia Skaczko z trójką dzieci, żona Antka i córka Aleksandra, brata teściowej. Stara pobielana chata, kuchnia z ogromnym piecem, w którym się gotuje i pokój, chlewik, stodółka, kilka krzaków koło domu i koza z koziołkiem uwiązana u śliwki. Wieś duża, polska; wszyscy mówią piękną polszczyzną. Duży kołchoz, idziemy miedzą wśród pięknego zboża, słyszymy gwar, śpiew i szereg pochylonych kobiet sierpami rżnących żyto, obrazek jak z filmu Wojna i Pokój – Bondarczuka. Naokoło bieda, wszystkiego brak. W sklepie, gdzie chciałam kupić męskie skarpetki, trzeba dać jajka, tak zwany ’’nakład’’. Z Wołkołaty jedziemy do Słobody, to tylko 8 km. Zatrzymujemy się u Staśka i Sabiny Tarazewiczów. Mają wolny pokój i łóżko, wynajmowane nauczycielce, która jest na urlopie. Chorej na raka, matce Sabiny przywozimy cukier, lekarstwa, dajemy prezenty. Jakoś ze sobą spokrewnione odwiedzamy cztery rodziny Tarazewiczów. Wieś Słoboda jest dwuczłonowa, polska i białoruska, przedziela ją struga. Przy ulicy białoruskiej domy stoją szczytem do drogi, z domem często połączony chlew i stodoła. Studnie na żurawie, w środku mała cerkiew. Po stronie polskiej domy stoją frontem do drogi, nowsze z gankami od frontu, podwójne, po jednej stronie kuchnia, pokój po drugiej, pokój lub dwa, pośrodku od podwórka sień. Starsze domy dwuizbowe z dużym piecem. W domach białoruskich wszędzie piece i to duże. Odwiedzamy popa i jego żonę. Idziemy w odwiedziny do jego córki Niny, ukochanej mojego teścia Mieczysława. Piękna kobieta z blond warkoczem, miły mąż, pyszny obiad z pieczoną dziką kaczką, śliczny dom i meble, mąż stolarz. Kiedy wyszliśmy powiedziałam do Czesia, dobry miał gust ten twój tata, tak powiedział, odziedziczyłem go po nim, tylko, że ja byłem konsekwentny. Teściowi rodzina nie pozwoliła ożenić się z prawosławną. Odwiedziliśmy szkołę, duży parterowy budynek. Wszędzie witano nas serdecznie, goszczono bimbrem, pędzono go z kołchozowego żyta, a na poczęstunek kiszone ogórki, czarny chleb jak kit i słonina wysolona, grzyby duszone, pierogi i placki z jakiejś szarej mąki. Dla mnie to było zwiedzanie, a dla mojego męża ogromne przeżycie. Weszliśmy na męża posesję, na bramie wjazdowej napis ’’Kołchoz Krasnaja Zwiezda’’, duże podwórze, po lewej stronie budynki gospodarcze, po prawej ogród ogrodzony, a w ogrodzie duży dom z gankiem. Na podwórzu w głębi, wśród krzaków bzu świren i wiata z jakimiś maszynami rolniczymi. Wszystkie budowle drewniane, pokryte gontem. W domu mieszkał kowal z rodziną, a resztę budynków zajmował kołchoz. Drugi dom, piętrowy, postawiony na siedlisku, wynajmowany na posterunek policji, przeniesiono do Miadzioła i tam go odnajdziemy. Wychodzimy z podwórza na polną drogę prowadzącą przez pole Tarazewiczów. Po obu stronach zboże, małe zachwaszczone. Czesiek szedł tą drogą, przez to swoje pole, spoglądał, wszedł w zagon, wyrwał dwa źdźbła i powiedział: u mojego ojca takie było zboże, że jak miałem 10 lat to się w nim chowałem, a to, co to za zboże. Byłam tak zdziwiona jego reakcją i pomyślałam, że ja ciekawa byłabym co w moim domu, on nawet do niego nie zaszedł, a zabolało go małe zboże na polu, jednak to chłopska a może gospodarska krew w nim płynęła. Przy końcu pola płynęła struga, nad nią po obu brzegach były łąki, dalej jakieś krzewy i las, jego las. Pokazywał drzewa, opowiadał ile mogą mieć lat, zbierał mnie jagody, nazbieraliśmy grzybów. Las był piękny, sosnowy. Całą jego piękność ujrzałam jak wybraliśmy się do Ulniszcza, trzy kilometry tym lasem. W Ulniszczu mieszkał Aleksander z żoną Marceliną i dziećmi. Teraz kiedy tam szliśmy mieszkała tam Marcelina z córką, zięciem i wnukiem, którym się opiekowała, gdy młodzi pracowali w kołchozie z Słobodzie. W osadzie stały cztery chaty, ale tylko dwie zamieszkałe. Chata Aleksandra była bardzo stara, składała się z sieni, pomieszczenia jakiegoś zagraconego, kuchni z ogromnym piecem i pokoju. Piec ogrzewał cały dom. Spaliśmy w łóżku na samodziałowym prześcieradle, samodziałowych poszewkach przykryci jakąś kolorową samodziałową kapą. Wszystko to drapało, gryzło, nie sposób było usnąć. W dodatku w szparach ścian wypchanych mchem coś ćwierkało, cykało, po podłodze biegały myszki. Rano pomyślałam o życiu, jakie wiedli mieszkańcy tego domu zagubionego w przepięknym lesie na Wileńszczyźnie i że ja nigdy nie widziałam takiego domu, takiego lasu i takich ludzi, z których większość chociaż Polacy mówiła w gwarze, dla mnie obcej a ich dzieci nie umiały po polsku. Marcelina mówiła pięknie po polsku, tą swoją piękną, śpiewną polszczyzną. Zaprowadziła mnie na piękną polanę, posadziła na zwalonym drzewie, a sama małymi takimi widełkami zbierała jagody. Kiedy się pochyliłam, to zobaczyłam, że cała polana jest granatowa. Namawiałam Marcelinę, że pomożemy jej załatwić papiery i niech przyjeżdża do swojego męża Aleksandra do Sulim. Ale ona odmawiała, nawet jak Aleksander tam pojechał, odmówiła. Często przechodziliśmy koło domostwa Raginiów, w ich domu urzędowało naczalstwo kołchozu. Odwiedziliśmy żonę Annę i syna Ksawerego, Wacława, w uniformie marynarza. Tam widzieliśmy dużo młodych ludzi w uniformach wojskowych, ponieważ po przejściu do rezerwy, oddawano im wojskowe umundurowanie. Odwiedziliśmy wieś, gdzie mieszkały rodziny Werpachowiczów, braci którzy byli u Andersa, a teraz w Anglii. Smutny to był widok, zobaczyć żony i dzieci, które wiedzą, że nigdy nie zobaczą swoich mężów i ojców. Bo ci na górze darli koty o władzę, a nie pomyśleli o losie takich rodzin. Brat Sabiny Edek był jeszcze na zesłaniu, a jej ojciec umarł w łagrze. Syn Marceliny Albin umarł w łagrze, a mąż wypuszczony z łagru, mieszkał w Polsce. Strasznych cierpień doświadczyła Ziemia Wileńska i to cośmy tam zobaczyli, tę biedę, szczególnie na wsi i na Białorusi, na Litwie w Wilnie nie odczuwało się takich braków. Wszystkie prezenty rozdaliśmy i większą część tego na sprzedaż, ja część swoich ubrań, mąż garnitur swojemu przyjacielowi. Odbyliśmy podróż do Mołodeczna, siedziby województwa, aby potwierdzić pobyt. Najgorzej odczuwaliśmy brak aparatu fotograficznego, ale nie wolno było go mieć, a nawet przewozić przez granicę zdjęć, gazet. Pocieszaliśmy się, że niedługo tu przyjedziemy. Pojechaliśmy także do Miadzioła – powiatu, zobaczyć nasz dom. W Słobodzie krewni powiedzieli nam na jakiej ulicy stoi. Nie pamiętam nazwy tej ulicy, ale dom nawet ja rozpoznałam, zachował się nawet ganek. Na froncie domu był napis ’’Finansowy Oddział’’. Poprosiliśmy kierownika, pozwolił nam obejrzeć wszystkie pomieszczenia, poczęstował nas herbatą i przeprosił za tą sytuację, że urzęduje w naszym domu. Przeżyłam jeszcze jedną przygodę, Czesiek przy pomocy Wacka rozpalili banię. Przygotowali gałązki brzozowe, aby mnie wychłostać, ale nie wytrzymałam długo, przy pierwszych potach zrobiło mnie się słabo i musiałam wyjść, więc oni chłostali się sami. Kupiliśmy bilety na autobus, który kursował z Głębokiego do Wilna i przepiękną trasą nad jeziorem Narocz przez Mickuny, w których mieszkała ciocia Urszula ( w Mickunach był postój, więc zobaczyliśmy ich dom ) podjechaliśmy pod Wilno. Ponieważ mąż wiedział, że z tej strony jest najpiękniejszy widok na Wilno, kierowca się zatrzymał i zobaczyliśmy Wilno, rozrzucone na wzgórzach z wieżą Gedymina wieżami licznych kościołów, rozświetlone w wieczornej poświacie – co to był za widok, taki, który się nie zapomina. Zatrzymaliśmy się u Czesia kolegi, kilka dni zwiedzaliśmy Wilno, ponieważ jego żona z dwójką dzieci przebywała na letnisku, poza Wilnem na sobotę i niedzielę popłynęliśmy tam statkiem po Wilii. Miejscowość letniskowa pięknie położona nad rzeką wśród lasu, piękne domki z ogródkami. Przyjemnie spędziliśmy dwa dni i trzeba było wracać. W Baranowiczach przy przysiadce spotkaliśmy dużo Polaków, którzy też wracali, a my wracaliśmy wspaniale, bo do naszego przedziału wsiadło dwóch oficerów rosyjskich, wracali z urlopu, a stacjonowali w NRD. Nikt więcej nie wsiadł do naszego przedziału, bo każdy coś tam przewoził, ale my mogliśmy przewieźć wszystko, bo nawet celnicy nas nie kontrolowali. Czesiek się nagadał z nimi po rosyjsku, a o mnie powiedzieli, że jestem podobna do Lubow Orłowej ( ich największa aktorka ). W domu zastaliśmy wszystko w porządku, swojego syneczka nie mogłam poznać, taki wydał mnie się duży, opalony. Podczas pobytu tam nie czuliśmy się zbyt bezpiecznie, szczególnie na Białorusi. Poszliśmy do domu Białorusina, który nam powiedział, że z Wilejki wywieziono ich, tzn. więźniów do Oświęcimia, po kilku dniach Niemcy zrobili apel i dwie ciężarówki mężczyzn podczas tego apelu wywieźli poza obóz. I dodał, widziałem pana ojca jak stał na ciężarówce w rozpiętej koszuli, nakryty marynarką, a obok niego stał ksiądz z Wilejki. Potem dowiedziałem się, że kilku więźniów uciekło i ten apel był karą. Tam w Słobodzie dowiedzieliśmy się jeszcze, że wydał teściów Białorusin i jeszcze o jednej sprawie niezbyt przyjemnej. Otóż kiedy teściów aresztowano, ojciec Mieczysława Stanisław, poruszył znajomych, żeby go uwolnić. Zgodzono się za złoto. Pewną ilość złota przekazano i teściowa została uwolniona, miano przekazać resztę umówionej sumy, ale teściowa stwierdziła, że ją uwolniono, bo jest niewinna, to uwolnią i jej męża, bo też jest niewinny, stało się jednak inaczej. Cześkowi było bardzo przykro słuchać tych opowieści i jeszcze tych o dziadku Stanisławie, jak siedział pod chatą i płakał za wnukiem Czesiem, bo synowa go źle traktuje. Podróż, która zakończyła się szczęśliwie, okazała się w następnych dniach brzemienna w skutki. Jak zwykle w ostatnich dniach sierpnia zapowiedziana była rada pedagogiczna. Po oficjalnych oświadczeniach, omówieniu rozpoczęcia roku szkolnego pan dyrektor zaczął opowiadać o wrażeniach jakie wywiózł ze Związku Radzieckiego, a kłamał jak najęty, wtedy nie wytrzymałam i powiedziałam, że łże, bo ja też byłam, widziałam, tylko zupełnie co innego. Oprócz tego, że bieda i nędza, to jeszcze wmawiają obywatelom, że ludzie radzieccy muszą cierpieć pewien niedostatek, bo trzeba wspierać biednych Polaków, słyszeliśmy te bzdury, nawet od ludzi wykształconych. Poparła mnie pani Zosimowicz, która też tam była, Szostkiewicz, Koszadowa i nie pamiętam kto jeszcze. W każdym razie nazajutrz rano dzwoni Czesiek z pracy i pyta mnie się co ja tam narozrabiałam, dzwonił kolega z Komitetu Partii, że dyrektor jedynki przyleciał spieniony z listą osób, z którymi nie chce pracować. No i znalazłam się na bruku. Za dwa dni początek roku szkolnego a ja bez pracy. Czesiek był zły, ale zadzwonił, że mam iść do czwórki w koszarach ( budynek oddało wojsko i powstały tam szkoły Nr 3, 4. Na szczęście kierownikiem szkoły został Cześka i mój kolega Tadek Masiewicz, nauczyciel z Pisanicy, gdy ja pracowałam w Kalinowie. Ze mną do czwórki przeszedł jeszcze Szostkiewicz. Inni co zarzucili mu kłamstwo znaleźli pracę w innych szkołach. Do Nr 4 miałam dwa razy tyle drogi, warunki też były gorsze. Za to atmosfera wspaniała. Spotkałam się tam ze swoją przyjaciółką Heleną Szymonis, która wróciła spowrotem do Ełku, po śmierci męża, z córką Ireną. Pracowało nam się bardzo dobrze. Atmosfera wręcz przyjacielska. Wzięłam drugą w swoim zawodzie pierwszą klasę i historię w starszych. ( Etat ciągle wynosił 36 godz. Tygodniowo. Wolna była tylko niedziela ). Czesio zaczął starać się o ekwiwalent za pozostawione mienie, proponowano nam różne domy, ale małe domki nie odpowiadały nam, a w większych byli lokatorzy. Zatorze odpadało chociażby ze względu na brak tam szkoły. Zydlung też miał do wszystkiego daleko, sklepu, szkoły. Praca męża, na stanowisku kierownika Zarządu Budynków Mieszkalnych. Okazała się dość trudna, administrowanie zasobami domów, garaży, chlewików i wszelkich budowli stwarzało wiele problemów. Remonty, naprawy elektryczne, gazowe, wodociągowe, zdobycie funduszy, przygotowanie ekip remontowych i odpowiednich materiałów, nie było sprawą łatwą. Do tego dochodziła nieuczciwość ludzka i łatwowierność mojego męża, które stwarzały sytuacje konfliktowe. Wiele problemów rozwiązywano przez tak zwane załatwienie. A załatwienie odbywało się przy stoliku i często z własnej kieszeni a czasami w naszym mieszkaniu. Budziło to mój ogromny sprzeciw. Wchodząc do elity kierowniczej, Czesiek uległ modzie i znalazł się jako członek kółka łowieckiego. Dostał jakąś strzelbę i udawał myśliwego. To była jego nowa pasja. W okresie polowania nasze okna obwieszone były zającami, które kruszały na pasztet – który wszyscy lubiliśmy i na comber z buraczkami, który był dla jego gości. Nie jadaliśmy także pieczonych dzikich kaczek. Pamiętam, że jeden raz upolowali sarnę i dzika ( skórę z dzika wyprawiono ) i przy pomocy teściowej robiono wędliny. Pamiętam, że były dość chude i suche. Mój najmłodszy synek chociaż urodził się 2,7 kg a był bardzo długi i chudziutki, wyglądał już pięknie, dużo lubił jeść i spać. Nie sprawiał swą osobą wiele kłopotu, miał jasną czuprynkę i ciemne brązowe oczy. Ale tuż po Bożym Narodzeniu chwycił jakąś infekcję i przez całą zimę pomimo starań lekarza i naszych, co jakiś czas choroba powracała, katarem, zapaleniem gardła, oskrzeli, a raz nawet płuc. W końcu lekarz uznał, że dziecko zostało przegrzane i trzeba wzmocnić odporność między innymi poprzez hartowanie i to dało efekty, chociaż potem przyczepiła się angina, a i do dzisiaj górne drogi oddechowe ma wrażliwe. Po XX Zjeździe KC Partii w Rosji nastąpiła odwilż i Polacy zamieszkali za linią tzw. Kurzona, mogli starać się o wyjazd do Polski. Pierwszy przybył Kazik Kościewicz ( kiedy byliśmy w ZSRR był w wojsku ) no i zatrzymał się u nas. Czesiek załatwił mu pracę, szkołę, a potem jakiś pokój. Długo nie był w Ełku, zabrała go Olimka do Olsztyna. On właśnie i Olimka byli rodzicami chrzestnymi Marka. Potem przyjechała rodzina Antka Skaczki, zamieszkali w ogrodnictwie w Giżycku, bo Skaczkowie tak balowali, że doprowadzili majątek w Sulimach do ruiny. Aleksander doczekał się córki i poczuł się pewniej. Odwiedzali nas często, a ja poznałam ich nowy zwyczaj. Ubierali się dużo wcześniej, siadali półkolem na krzesełkach w stołowym pokoju, kładli ręce na kolanach i tak z 15, 20 minut siedzieli milcząc. Gdy to pierwszy raz zobaczyłam myślałam, że to ma związek z religią, ale wytłumaczyli mnie, że u mnie taki zwyczaj. Chyba na jesieni 1957 r. Wiesiek poszedł do wojska aż do Jarosławia. Drugie smutne wydarzenie to śmierć cioci Jadwigi, siostry tatusia. Babcia Józia zmarła już 1954 r. mając 79 lat. Natomiast ciocia miała 47 lat, zostawiła troje dzieci, dorosłego już Wieśka, syna z pierwszego małżeństwa i 10 letniego Zbyszka i 6 letnią Grażynę, dzieci ze związku z Józefem Mahalem. Chyba w 1958 r. Czesiek pojechał z wycieczką do Czechosłowacji, przywiózł mnie piękne dwa sznury białych perełek, śliczną parasolkę, a sobie w ładnym pudełku wieczne pióro i długopis. Teściowej chustkę a dzieciakom jakieś drobiazgi i czeskie słodycze. W tymże roku babka z Andrzejem wyruszyła w odwiedziny do krewnych. Byli we Wrocławiu, Jeleniej Górze i u Szylków na wsi pod Jelenią Górą. Chyba jeszcze w roku 1957 dostaliśmy list z Rosji z Celinogradu na Syberii od Edwarda Tarazewicza, który na mocy amnestii został przeniesiony z łagru do Celinogradu na przymusowe roboty. On napisał, że istnieje szansa, że go zwolnią, ale on oświadczył, że jego ojciec zmarł w łagrze i że ma brata w Polsce i tam chce pojechać. Czesiek miał wysłać do niego list i oświadczenie, że brat ma do niego przyjechać. No i przyjechał, już nie pamiętam w jakim miesiącu 1958, ale nie sam, tylko z żoną Nadzieją i kilkumiesięcznym synem Olkiem. Cała rodzina była oburzona tą żoną Nadzieją. Chyba ponad pół roku mieszkali, jedli i spali u nas i znów Czesiek szukał Edkowi pracy. Remontował strych na Gdańskiej, na ich mieszkanie. Szukał mebli na jego zagospodarowanie. Miałam tego tak dość, że powiedziałam mu, że jeśli jeszcze chociaż jeden ich krewny zechce z nami zamieszkać to się wyprowadzę. Teraz jak to piszę to uświadomiłam sobie, że my nigdy nie żyliśmy we dwoje, a potem tylko z dziećmi. Bo zawsze była teściowa, potem Wiesiek, Czalej, Kazik, Skaczko, Kościewicz, Edek. Jak ja to wszystko zniosłam. On powinien ożenić się z moją siostrą Genią, to ona szybko by to towarzystwo rozpędziła, tak mu rzekłam. Jeśli weźmie się jeszcze pod uwagę, że to nie była najbliższa rodzina a cioteczne, stryjeczne, siódme wody po kisielu. Teściowa usługiwała im z wielką radością, zorientowałam się, że zachowywała się tak, bo to byli krewni z jej rodziny, niestety do krewnych męża nie miała tyle serca, a nawet jak opowiadała mnie Urszula, potrafiła się zachować bardzo brzydko. Nie były mnie obce uczucia pomocy innym. Aby ulżyć doli taty, wzięliśmy do siebie Wieśka, co okazało się dla nas dużym obciążeniem materialnym, bo chociaż pracował, to nie odczuwał potrzeby finansowania mojego utrzymania i nie odczuwał dyskomfortu z tej sytuacji. Dwa lata Wiesiek był w wojsku, ale chyba w 1959 r. wrócił. Jeszcze przed jego powrotem przedstawiłam rodzicom jego sprawę i problemy związane z nim. Tatuś uznał, że swoich spraw mam masę na głowie, więc niech on wróci do Rosochatego. Pracę znajdzie w Mazowiecku lub w POM w Rosochatem. Mama natomiast dostała histerii. Że będzie włóczył się z kumplami, popijał, że ośmieszy całą rodzinę. Wiedziałam jakie problemy tatę czekają, ponieważ już tyle przeżył, sprawę Wieśka wzięłam na siebie. Chociaż z jego powodu dochodziło do sporów między nami, a także między mną a teściową. W roku chyba 1958 Czesiek został skierowany na studia, kierunek Zarządzanie w W-wie. Pomagałam mu i Dołgoszejowi przygotować się do wstępnego egzaminu. Dołgoszej po skończeniu tych studiów awansował z kierownika skupu złomu i makulatury na dyrektora Zakładów Mięsnych. Cześkowi nie było dane je skończyć. W roku 1959 w marcu poszedł do B-stoku do rezerwy, która trwała trzy miesiące. Chyba przy końcu maja spotkaliśmy się w Białymstoku u Reginy i Leona na chrzcinach Joli ( Jolanty ), byłam jej chrzestną matką, a brat Leona chrzestnym ojcem. Zmienił także pracę, kiedy jego zastępca ukradł ileś arkuszy blachy wioząc ją z B-stoku, zajechał do rodzinnego domu pod Grajewem i tam ją zostawił. Dobrze, że kierowca nie był z nim w zmowie i wyjawił prawdę. Czesiek by za to jako kierownik odpowiadał. W wakacje 1959 r. zawiozłam dzieci do Rosochatego a sama na tydzień pojechałam do Zielonej Góry. Bardzo miło wspominam swój tam pobyt – mieszkanie w pięknej willi, wygodne, piękny ogród, sympatyczny Mikołaj, dzieciaki Jarek, Karol, Wiktor i Halinka i piękna Zielona Góra. Pobyty Cześka w W-wie związane ze studiami zaowocowały pojawieniem się w naszym domu Mariana Syropiatko, podoficera stacjonującego w Kazuniu, a potem załatwienie mu przeniesienia do Ełku ( bo Kazuń to dziura ), no nie tylko jego ale i jego żonę i synka. Naturalnie mój mąż musiał przy tym trochę pochodzić. To małżeństwo okazało się jakieś niespójne, więc Marianek starał się ciągle przebywać u nas. ( Po opuszczeniu Ełku, już po śmierci Czesia, rozpadło się ). Zaczynał się rok 1960. Któż mógł przypuszczać, że będzie taki tragiczny. Andrzejek zaczynał naukę w kl. V, a dziewczynki Wanda i Hela szły do kl. I. Dzieci już większość chorób wieku dziecięcego przeszły i chowały się dobrze. Wakacje spędzone w Rosochatem zawsze dobrze robiły, ciągle na powietrzu, woda, łąki, owoce, mleko, wszystko świeże. Ponieważ Czesiek w związku ze studiami i nową pracą większość czasu spędzał w rozjazdach i zauważyłam, że robi to z przyjemnością, postanowiłam, osaczona domem i dziećmi zmusić go do przejęcia części swoich obowiązków. Kiedy wybierał się na studia umówiliśmy się, że jak zaliczy dwa lata, ja zacznę studiować. Chciałam iść na historię, ale wiedziałam, że nie będę mogła wyjeżdżać, więc w Ełku na Studium Nauczycielskim rozpoczęłam studia na kierunku prace ręczne – rysunek. Właściwie to nie było wbrew sobie, bo prace ręczne lubiłam, miałam ku temu zdolności, a rysunki moje już w liceum były chwalone, szczególnie za kolorystykę. Mój małżonek nie był tą decyzją zadowolony, musiał zajmować się dziećmi, ale umowa to umowa powiedziałam mu. Najbardziej rozżalona była teściowa, że na jej synka spadło więcej obowiązków. Z listów mojego męża wynika, że sierpień spędziłam z dziećmi w Rosochatem. Pod koniec sierpnia wróciłam do domu, a Czesiek mnie obwieścił, że odnalazł rodzinę ciotki Heleny Stępińskiej, jej męża i syna Czesława z żoną i dzieckiem i mają do nas wpaść. Byłam zła, bo oboje mieliśmy dość ciężkie wakacje, rok szkolny zaczynał się za kilka dni, Czesiek też był w marnej formie, trzeba dzieci szykować do szkoły, a tu goście. Ale oni Ci z kresów tacy byli, każda okazja była dobra, aby się spotkać. Gdyby Czesiek żył pewnie starałby się utrzymywać z nimi bliskie kontakty, bo to była najbliższa rodzina ze strony ojca. Mnie wydali się mało sympatyczni. Pierwszy września wypadł w czwartek, a w niedzielę był 04, dwunasta rocznica naszego ślubu. Mój mąż zaplanował spędzić go na łódce i nad jeziorem. Zjedliśmy śniadanie, zaczęłam szykować kanapki, picie, a Czesiek miał skoczyć do biura, po sprawozdanie jakie mu przepisywała sekretarka, bo w poniedziałek miał być służbowo w B-stoku. Nie upłynęło może pół godziny jak usłyszałam i zobaczyłam zajeżdżającą karetkę pod dom. Pomyślałam, coś się komuś stało, wtedy usłyszałam głosy w korytarzu i męża w asyście lekarza i pielęgniarza. Okazało się, że w drodze do biura koło skweru za kinem ’’Orzeł’’ Czesiek dostał torsji, zrobiło mu się słabo, zobaczył kolegę, ten pobiegł na pogotowie, które było blisko, a pogotowie przywiozło go do domu i pomimo, że mąż tłumaczył, że leczył nadkwasotę i nic takiego nie jadł, aby się zatruć, jakiś terminator lekarski wiedział lepiej. Mąż położył się do łóżka, czuł się osłabiony, ale nic go nie bolało. W poniedziałek rano zaniepokojona stanem zdrowia Cześka, zadzwoniłam do dr Odyniec, która mieszkała za nami, ta idąc do szpitala zaszła do nas, stwierdziła krwotok, zamówiłam taksówkę i odwiozłam męża do szpitala. Przyjął nas dr Grabowski, ordynator oddziału wewnętrznego, dobry znajomy Cześka i jego kłopotów z żołądkiem. Prosto ze szpitala poszłam do szkoły. Gdzieś koło godziny 13:00 usłyszeliśmy huk samolotu, dzieci podbiegły do okien, spojrzałam i zobaczyłam jak zataczał łuk nad cmentarzem, po chwili weszła sekretarka mówiąc, że jest telefon ze szpitala. Dzwonił dr Grabowski powiadamiając mnie, że odesłał męża do B-stoku na oddział chirurgii przy Curie Skłodowskiej, ponieważ nie mieli odpowiedniej krwi. We wtorek raniutko siedziałam w pociągu do B-stoku. Zaszłam do siostry i obie udałyśmy się do szpitala. Nie widziałam już Cześka, był na sali operacyjnej. Czekałyśmy bardzo długo, gdzieś po godz. 14:00 siostra poprosiła nas do gabinetu – wszedł profesor w asyście dwóch lekarzy i ważąc słowa powiedział, że mąż nie przeżył operacji, był bardzo osłabiony, stracił dużo krwi, a wrzód był duży i pękł. Straciłam przytomność, więc dano mnie zastrzyk, po którym czułam się jak automat. Chodziłam z Leonem, kupowaliśmy garnitur, bieliznę, trumnę, bo nie mogłam po to jechać do Ełku, musiałam uzyskać zgodę na transport ciała, zamówić odpowiedni transport. Robiono mu sekcję zwłok. Leon ten jeden raz stanął na wysokości zadania. Wioząc go do Ełku cały czas zadawałam sobie pytanie, patrząc przez szybę na trumnę, jak to się stało, co ja tutaj robię w tym samochodowym karawanie. Co ja teraz zrobię? Byłam wdzięczna Leonowi za pomoc jaką mnie wtedy okazał. Zadzwoniłam do p. Rutkowskiej, aby sąsiadki przygotowały duży pokój, gdzie miała stać trumna i teściową i dzieciaki na to co się stało. Powiadomiłam szkołę. Moi koledzy zrobili wszystko, aby mnie i dzieciom przyjść z pomocą. Ponieważ mąż przez wiele lat pracował w Inspektoracie Oświaty, to w uroczystości pogrzebowej wzięło udział bardzo wielu nauczycieli i delegacje szkół. Przez nasz dom przewinęła się masa ludzi, a kondukt pogrzebowy był tak długi, że jak trumnę wnoszono do kościoła to jego koniec był koło szpitala. Moje biedne dzieci tuliły się do mnie, przestraszone całą tą sytuacją. Trzech księży szło za trumną męża, proboszcz, ks.Kącki i ks. od Wojciecha, repatriant ks. Bronisław nasz przyjaciel. To co przeżyłam, to był koszmar, jeszcze teraz jak o tym piszę, trzęsą się moje ręce. Jak ja to przeżyłam nie wiem. Bardzo dużo pomogli mnie koledzy ze szkoły, załatwili wszystkie formalności związane z pogrzebem, przez dwa tygodnie zastępowali mnie na zajęciach. Zenek Świtaj, który był przewodniczącym Związku Nauczycielskiego załatwił w kuratorium dodatek do świadczenia rentowego moich dzieci, która nie była wysoka – renta. Otrzymywałam go przez kilka lat. Dużo serca okazywały mnie moje przyjaciółki Niusia Gordziewicz, Hela Szymonis i Irena Karczmarczyk. Dużo serca okazała mnie pani Czalejowa. Zniknęli natomiast kumple męża i większość rodziny Tarazewicz. Największą krzywdę mnie i moim dzieciom wyrządziła moja teściowa – matka Cześka. Na początku wszystkie jej słowa i postępki tłumaczyłam szokiem po śmierci syna. Współczułam jej bardzo i liczyłam na to, że pomoże mnie chociaż w opiece nad wnukami. Starałam się w tym pierwszym roku po śmierci męża jakoś ogarnąć sytuację. Mama przyszła mnie z pomocą zabierając do siebie Marka, chciałam, aby wyjechał Wiesiek ( bardzo tęskniłam za swoim synkiem ). Wiesiek miał być moją pomocą, ale on niestety należał do tych, na których trudno liczyć, chociaż teściowa czuła przed nim respekt. Andrzejek uczył się w jedynce i był samodzielny, ja z dziewczynkami wychodziłam około godz. 10:00, wszyscy jedliśmy obiad w szkole. Został Wiesiek i Czesia, dla których musiałam gotować, ponieważ teściowa jadła z nimi chętnie, ale gotować nie chciała, zaniedbywała też opiekę nad Czesią tak, że po kilku miesiącach odwiozłam je do Rosochatego. Po tym strasznym nieszczęściu myślałam, że nic gorszego już nas nie spotka. Czułam się cały czas jakaś osłabiona, ale stan swojego zdrowia tłumaczyłam sytuacją w jakiej się znalazłam. Chyba w marcu przeszłam coś w rodzaju grypy, nie czułam się najlepiej, ale koniec roku się zbliżał i czekałam na wakacje. W czerwcu w sobotę i na niedzielę pojechałam z dziećmi do Sypitek do p. Czalejowej, łaziliśmy po łące, moczyli w rzece. W niedzielę pod wieczór, kiedy wracaliśmy wąskotorówką dostałam dreszczy. W nocy z temperaturą i rano z duszącym kaszlem znalazłam się u lekarza. Zapalenie opłucnej, stwierdził, dostałam zastrzyki, przyjęłam połowę, kaszel ustał, wróciłam do pracy. Zdążyłam zakończyć rok szkolny w sobotę. W niedzielę przygotowywałam obiad na który zaprosiłam Helę Szymonis, zrywałam w ogrodzie rabarbar na kompot, dostałam ataku kaszlu, odplunęłam flegmę z krwią. Wezwałam pogotowie, podejrzenie gruźlica. Byłam zrozpaczona. Nie płakałam, obiad zjedliśmy spokojnie, dzieciaki się rozbiegły, a wtedy jej powiedziałam. Była w tym kompetentna. Jej mąż chorował na gruźlicę kilka lat i na nią zmarł. Leczył go specjalista – dr. Bakuczanis. Miał on prywatny gabinet na ul. Chopina. Hela do niego zadzwoniła przedstawiając sprawę. Chociaż to była niedziela, kazał nam przyjść. Po rentgenie okazało się, że mam rozrzedzoną plamę pod lewym obojczykiem wielkości 50 gr. Wyjaśnił mnie jakie będzie leczenie i pocieszył, że powinno zakończyć się powodzeniem. Poradził, abym dzieci zostawiła pod czyjąś opieką a sama położyła się do szpitala, bo teraz najważniejszy jest dla mnie spokój i systematyczne leczenie. Dzieci pojechały z Wieśkiem do Rosochatego a ja w szpitalu. Leżałam chyba trzy tygodnie, potem wróciłam do domu, ale codziennie brałam zastrzyk streptomycyny. Chyba w połowie sierpnia dzieci wróciły, za sprawą dr Bakuczanisa zostały wszystkie zbadane, okazało się, że są zdrowe. Na dalsze leczenie miałam wyjechać do sanatorium Związku Nauczycielstwa Polskiego w Zakopanem. Musiałam zapewnić opiekę nad dziećmi na cztery miesiące. Napisałam do sióstr, obie nie pracowały, więc liczyłam, że pomogą, zawiodłam się, nie wiedziałam co robić, wtedy teściowa powiedziała, że ona się nimi zaopiekuje. Już nie dociekałam co nią kieruje, wierzyłam, że przecież to jej wnuki i krzywdy im nie zrobi. Wandę i Helę przeniosłam do szkoły Nr 2 do klasy Ireny Karczmarczyk. Miała się nimi opiekować. Czesię zapisałam do jedynki i Andrzej oraz pani Szymonis miała nad nimi czuwać. Hela także została upoważniona do pobierania moich poborów i opłacania rachunków. Na inne wydatki pieniądze miał Andrzej. Załatwiłam obiady w szkole i na początku września ruszyłam do Zakopanego. W sanatorium wśród pięknej przyrody, w dobrych warunkach, wśród kulturalnych ludzi i kulturalnych wydarzeń artystycznych wracałam do zdrowia. Pobyt przedłużał się, prowadzący lekarz uświadomił mnie, że w domu nie mam warunków na kurację, że muszę wrócić do dzieci zdrowa i do pracy też, tym bardziej, że jestem nauczycielem. W większości wypadków leczenie nauczycieli polegało na amputacji segmentu płuca, jeśli chcieli dalej pracować w zawodzie. Mnie się udało. Po siedmiu miesiącach wróciłam do domu. Na szczęście dzieci przetrwały rozłąkę, tylko Wanda miała Odrę, a potem wdało się zapalenie ucha, ale dr Bakuczanis czuwał nad zdrowiem moich dzieci. To co spotkało mnie ze strony teściowej i Wieśka nawet w najgorszych snach nie wyśniłam. Dobrze, że nikt mnie o tym nie powiadomił, wróciłabym natychmiast. Okazało się, że mój braciszek związał się za jakąś dziewczyną jeszcze przed moim wyjazdem, mało tego, ta dziewczyna mieszkała kątem u jakiejś koleżanki i była w ciąży. Wiesiek nie wykazywał chęci do ożenku, więc ona zdobyła adres rodziców i napisała list w jakiej jest sytuacji i że przyjedzie do Rosochatego. Więc biedna mama pakuje się i jedzie do Ełku. Właśnie wtedy dostałam list od niej, że jest w Ełku, bo Wiesio maluje mieszkanie na mój przyjazd i ona przyjechała mu pomóc. A w rzeczywistości zwaliła cały kłopot na mnie. Doprowadziła do małżeństwa i kazała jej u mnie zamieszkać po porodzie, mówiąc, że Jadzia na pewno nie wypędzi. Prawie rok trwało zanim załatwiłam im kąt, pokój z kuchnią i wyprowadziłam ze swojego mieszkania. Cały czas myślałam, że był to pomysł Wieśka, dopiero po kilku miesiącach, Krystyna żona Wieśka opowiedziała mnie całą sprawę. A co zrobiła teściowa. Poczuła się właścicielką wszystkiego co zostało. Posprzedawała okna inspektowe, zajęła sobie jedną piwnicę, oddała czy sprzedała kamienne naczynia do kiszenia kapusty, ogórków, grzybów, zginęły narzędzia ogrodnicze, zabrała pościel, wileńskie kapy, jakie dała synowi, ba zabrała nawet jego bieliznę, buty i koszule, ubrania, uważając, że może tym dysponować. Wyjęła ze skrytki w biurku Czesia 5 złotych, ruskich monet, które miały dostać nasze dzieci, obligacje, dolary. Okazało się, że to wywiozła i oddała Skaczkom w Giżycku, niby na przechowanie, ale oni nigdy nie zwrócili. Już wiedziałam, że na tego człowieka liczyć nie mogę. Do końca roku szkolnego byłam na zwolnieniach, potem były wakacje, a potem dostałam roczny urlop płatny. Bardzo wiele pomógł mnie inspektor p. Franciszek Maciejowski w załatwianiu tych spraw i dr Bakuczanis. Chociaż z powodu Wieśka i teściowej nie było mnie łatwo, to mogłam już być ze swoimi dziećmi, sama opiekować się nimi. Kiedy Wiesiek opuścił nasze mieszkanie, a było to przed Bożym Narodzeniem zrobiliśmy sobie prawdziwe Boże Narodzenie. Byliśmy wszyscy razem oprócz Marka, którego odwiedziłam po świętach zawożąc mu prezenty. Bardzo za nim tęskniliśmy, szczególnie Hela, która darzy go do dzisiaj takim prawie matczynym uczuciem. Mama mówiła, że w Rosochatem zostały Czesia pantofle i mama wyszła na podwórko, aby je wyczyścić. Marek wziął te pantofle i powiedział, nie ruszaj je babciu, bo to buty mojego taty i zaniósł je do pokoju. Śmierć ojca poczyniła wielką krzywdę naszym dzieciom, ale najbardziej odczuł to Marek, dlatego przez trzy lata swojego pobytu w Rosochatem, tak bardzo przywiązał się do dziadka, który okazywał mu wiele miłości. Po rozstaniu się z Wieśkiem odetchnęłam. W wakacje byliśmy w Rosochatem, a więc moje dzieci wszystkie razem ze mną. Na początku września poszłam do szkoły Nr 4 odebrać swoje pobory. Zaszłam do pokoju nauczycielskiego, chciałam zobaczyć się z Helą. Czekałam na Helę, przerwa, weszła, ale mnie wydała się bardzo zmieniona. Nie widziałyśmy się dwa miesiące. Wyszłyśmy razem, powiedziała mnie, że ma zamówioną wizytę u dr Świąteckiego – ginekologa, a to po drodze do mnie. Prosiła, abym z nią poszła. Dr Świątecka ją zbadała, ale poprosiła, żeby poczekała, że chce aby zbadał ją jeszcze jej mąż, dłużej nie mogłam już czekać. Ogarnął mnie niepokój, więc wieczorem poszłam do nich. Miała skierowanie do szpitala. W szpitalu po badaniach skierowanie do B-stoku na Ogrodową, wtedy jeszcze w starej przychodni, szpital zaczynano budować. Okazało się rak szyjki macicy. Potem była W- wa, niewielki szpital na Grenadierów. Jedna niedziela spędzona u mnie. Potem znów B-stok i 12.IX.53 zgon. Straciłam wspaniałego przyjaciela, mądrą kobietę, której los nie oszczędził wielu cierpień. Jeszcze w sierpniu byłam w inspektoracie i p. Maciejowski zaproponował mnie, abym przeniosła się do szkoły Nr 1 na etat bibliotekarki, to praca spokojniejsza, a pół etatu miałam wziąć historii. Zgodziłam się, bo zależało mnie, że będę blisko dzieci. Książki kochałam od dziecka, a ich kupowanie to prawdziwa rozkosz. Miałam pracować rok, dwa. Zostałam kilka. Zaczęłam robić Studium Nauczycielskie w B-stoku. Historia i praca w bibliotece była o tyle dobra, że nikt mnie nie musiał zastępować, zwłaszcza kiedy biblioteka dostała drugi etat. Skończyłam Studium i przeszłam na etat nauczyciela historii i wychowawcy kl. V B. Po NSN jeszcze skończyłam WSN zdając na piątkę i mam skończone wyższe studia zawodowe. Przyspieszyłam trochę to moje kształcenie opisując, a trwało ono z przerwami kilka ładnych lat. W tym czasie wydarzyło się wiele rzeczy. Po pierwsze poznałam Heńka. Właściwie to poznałam go wraz z mężem na brydżu u Szymonisowej. Był kolegą Józka Gawinowskiego, zięcia Heli, a mężem jej córki Ireny. Obaj pracowali w szkole zawodowej Mechaniczno – Elektrycznej i Technikum. Jak go poznałam obaj studiowali na politechnice w W-wie. Potem spotykałam go u Ireny, z którą się zaprzyjaźniłam, niejako jej matkując, po śmierci Heli. Hela umarła we wrześniu a 1-go Maja wyszłam obejrzeć pochód i spotkać swoje dziewczynki, aby pójść z nimi na lody. Spotkałam Niusię Gordziewicz z dwuletnim synkiem na wózku. Wtedy Niusia powiedziała mnie, że znalazła jakiś guzek w piersi. Za reklamą fotograficzną na ul. 1go Maja pokazała mnie ten guzek, był wielkości fasolki. Potem dowiedziałam się, że dr Mielczarek usunął jej ten guzek. Po jakimś czasie pierś stała się sina, opuchnięta i znalazła się w Białymstoku w szpitalu na W-wskiej. Kiedy przy końcu sierpnia odwiedziliśmy z Ireną Helę Szymonis, odwiedziliśmy i Niusię, która była po radioterapii i usunięciu jajników, była w dobrej kondycji, pełna optymizmu. Pięć lat trwało jej zmaganie z rakiem, pełne niepewności, niepokojących sygnałów o nawrocie. Kochana Niusia, dzielna dziewczyna z Kresów, która już w czasie choroby dowiedziała się od umierającej ’’niby’’ babci Roszko, że jest dzieckiem adoptowanym, a jej troje rodzeństwa i brat bliźniak są w Polsce. Odnajduje ich i dowiaduje się, że jej rodzona matka przebywa na Białorusi w domu starców. Jedzie do Pońska, odnajduje dawne koleżanki, które pomagają w odnalezieniu. Niestety 5. IX. 1968 r. umiera w Szpitalu Wojskowym na Szaserów. Mąż jej Jurek był sierżantem w wojsku, pracował w WKR. Załatwiał mnie służbę wojskową Andrzejowi i Markowi. Straciłam najbliższych sobie ludzi w miesiącu wrześniu – zaczęłam odczuwać strach przed tym miesiącem, a kiedy i Krystyna, żona Wieśka zmarła we wrześniu, jest to dla mnie miesiąc żałoby. Chociaż kiedyś najbardziej go lubiłam. Moja mama mnie kiedyś wyznała, że chciałaby umrzeć we wrześniu, zmarła biedna w styczniu, w miesiącu swojego urodzenia, w dniach mrozu i śniegu, że problemem było wykopanie grobu. Nasze stosunki z teściową były nie do zniesienia. Chodziła po urzędach, mówiąc, że ona powinna dostać całą rentę po synu, bo synowa pracuje i dzieci mają utrzymanie. To sprowadziła komisję, żeby przydzielono jej pokój w którym śpi, kiedy i to się nie udało i kiedy usłyszałam od niej, był syn, była synowa i wnuki, nie ma syna, nie ma synowej i wnuków, to nawet członkowie komisji byli zdziwieni. Wtedy zaczęłam działać, poprosiłam Zbyszka Mackiewicza, który był sekretarzem miasta o pomoc. Dostała pokój w kamienicy na Gdańskiej Nr 4 w tej, w której mieszkaliśmy. Wyprowadziła się w wakacje, kiedy Andrzej był poza domem, a ja prowadziłam kolonie w Szeligach i dziewczynki były ze mną. Zabrała wszystko, co było Czesia wkładem w nasze gospodarstwo. Oczyściła nawet piwnice. Jej odejście pozwoliło nam rozpocząć nowy etap w życiu. Było ciężko, nieraz bardzo ciężko, ale byliśmy sami, ja i moje dzieci. Teściowa zmarła w listopadzie 1981 r. W ostatnich latach cierpiała na Alzheimera. Przeżyłam z Cześkiem 12 lat – jakie były – trudne, pochodziliśmy z różnych światów. Życie u nas, przyzwyczajenia, rola męża, syna, teściowej, była inna. Moi bracia potrafią wiele rzeczy zrobić sami, uprać osobiste rzeczy, wyczyścić buty, pomagać w domu. Nie do pomyślenia było, aby brat siedział a mama nosiła węgiel lub wodę. Czesiek od 1944 r. do 1948 r. był sam, więc umiał to robić. Ślepa miłość teściowej do syna prowadziła do poważnych konsekwencji w naszych relacjach moich z Cześkiem i z nią. Rozmawiałam z nimi poważnie o tym. Jeśli dopilnowałam, że nie mogła wyręczać go w dzień, to robiła to w nocy. Jeśli na przykład miałam po południu radę pedagogiczną i dzieci pozostawały po Cześka opieką, to rezygnowała z pójścia do kościółka, aby go wyręczyć. Nie rozumiała, że krzywdzi naszą rodzinę. Powiedziałam kiedyś mężowi, że wychodząc za niego popełniłam błąd, po pierwsze, że zgodziłam się na współżycie z teściową, drugi, że będę zamężna z całą jego rodziną, nawet tą cioteczną, stryjeczną, wobec której nawet trudno było określić pokrewieństwo. Powiedziałam kiedyś teściowej, że jej syn przestał ją szanować jako matkę i swym postępowaniem doprowadzi do tego, że mnie przestanie szanować jako żonę, ale ona nie umiała tego pojąć. Opisałam jedynie fragmenty naszego życia, nie chcę jednak, aby moje dzieci i wnuki odniosły wrażenie, że były to lata straszne. Wręcz odwrotnie, po pięciu latach wojny i okupacji, po strasznych przeżyciach jakie niosły, te pierwsze lata po wyzwoleniu pomimo wielu trudności i braków były pełne chwil szczęścia i radości. Wiele radości przeżywało się wspólnie w pracy, na majówkach, wycieczkach. Nawet podróż pociągiem była przyjemna. Ludzie byli przyjaźni, otwarci, zwierzali się ze swoich problemów. Przepracowałam z młodzieżą 43 lata, nigdy żaden uczeń mnie nie ubliżył, miałam bardzo dobre kontakty z rodzicami. Teraz kiedy idę raz w roku do swojej szkoły, staram się wejść podczas lekcji. Bo podczas przerwy nie mam szans przejść schodami do kancelarii, podobnie robią inne nauczycielki. Taka teraz młodzież. Przeczytałam te swoje zapiski i stwierdziłam, że do końca nie wyjaśniłam sprawdzenia się wróżby. To, że żyję długo, że zostałam wdową, że mam pięcioro dzieci – fakt. No ale miałam popłynąć za ocean do obcego kraju, otóż i ta wróżba by się spełniła, gdybym wyszła za Kazika. Nie pamiętam w którym to było roku, ale w pięćdziesiątym którymś kolega Cześka, a mój przyszywany brat Edmund Wojtaszek, pracownik sądu, student prawa w Gdańsku, stał w holu uczelni przed tablicą ze swoim kolegą, na której wywieszono listę studentów. W pewnym momencie kolega powiedział, jest Wojtaszek – zobacz. Po chwili mężczyzna stojący obok zapytał, przepraszam panów bardzo, czy ja dobrze usłyszałem, padło nazwisko Wojtaszek, tak to ja – powiedział Edmund. Czy pan jest z Ełku, tak – powiedział Edmund. A o co chodzi? Widzi pan kilka lat temu poznałem nauczycielkę, nazywała się Jadwiga Wojtaszkówna i wiem, że miała brata, czy pan jest nim? Nie, nie jestem, ale ją dobrze znam, jest żoną mojego kolegi, a z powodu prawie identycznych nazwisk nazywam ją siostrzyczką. Czy panowie mają więcej czasu, chciałbym porozmawiać. Zaprosił ich do restauracji, powiedział, że przyjechał na urlop, pracuje w Polskiej Ambasadzie w Tokio, pytał o mnie. Edmund po powrocie nas odwiedził, opowiedział o tym spotkaniu i powiedział do mnie, wiesz, że Cześka bardzo lubię, to mój kolega, ale gdzie ty miałaś rozum zostawiając takiego chłopaka, zobacz jakie życie byś miała. Czesiek nie był zadowolony z tych relacji i posądzał mnie, że sprawę Kazika przed nim ukryłam. A ja pomyślałam wtedy, że może ta wróżba się sprawdza, ale że się sprawdzi nie wierzyłam, ale teraz już wiem – tylko ja dalej we wróżby nie wierzę.

  • Rodzina
    Godlewskich

  • Rodzina Godlewskich

    (Nazwiska rodziców nieznane)

    ich dzieci: Jan, Piotr (1873-?), Konstancja, Feliks (1882-?), Józefa, Helena

    Jan, Piotr, Konstancja, Feliks, Józefa i Helena. O ich rodzicach i przodkach nie wiem nic. Józefa Godlewska, moja babcia, matka mojego taty, żona mojego dziadka Pawła Wojtaszka, była szlachcianką i to, że wyszła za syna chłopa o nazwisku Wojtaszek, bardzo jej nie pasowało. Urodziła się w zaścianku szlacheckim Bieńki, parafii Rosochaciej, jakieś 2,5 km od Rosochatego. Do szkoły chodziła w Rosochatem, średniej wielkości gospodarstwo nie zapewniało dobrobytu rodzinie. Dlatego też (jak w wielu innych rodzinach) jeden dostawał na morgach a reszta musiała opuścić gniazdko rodzinne. Zgodnie z porzekadłem “kto ma księdza w rodzinie tego bieda nie ubodzie,” Jan, który uczył się dobrze, wstąpił do seminarium duchownego w Warszawie. Nauka kosztowała więc Piotr który miał zostać na gospodarce i Feliks ruszyli do USA. Do domu słali dolary. Po powrocie Piotr dokupił hektarów od upadającego dwory, powiększając ojcowiznę. Feliks ożenił się z bogatą dziedziczką, wnosząc zarobione dolary. Kiedy Konstancja miała 15 lat Jan został wikariuszem w kościele na starym mieście i zabrał ją do Warszawy. Piotr ożenił się z Teklą. Helena wyszła za mąż i zamieszkała w Złotym Jabłku koło stacji Czyżew. Kiedy Piotr i Feliks byli w USA ich matka chwaliła się sąsiadom że synowie przysyłają “dulary” więc sąsiedzi przezywali ich “dularami”. Piotr miał dwóch synów Stanisława i Mariana. Kiedy moja babcia Józia miała 15 lat zabrała ją do Warszawy siostra Kostusia która była mężatką. Było to w 1890r. Konstancja wyszła za mąż za Jana Wilkowskiego, pracownika Dyrekcji Tramwajów konnych, później elektrycznych. Za wyprawy z domu, otworzyła sklep opałowy, zaopatrywali się u niej w drzewo i węgiel drobni sklepikarze, kupcy, rzemieślnicy. Józia pomagała w sklepie stojąc za ladą i pomagała w domu. Było to na ul. Freta na starym mieście. Tam w sklepie poznał ją Paweł Wojtaszek, którego zakład znajdował się niedaleko. Ciocia Kostusia miała sześciu synów. Kiedy umarł jej mąż sama ich wychowywała. Kiedy ciocia Jadwiga siostra taty skończyła podstawówkę w Rosochatem zabrała ją do Warszawy. Jadwiga chodziła do szkoły handlowej, opłacali ją tatuś i Teodor i pomagała cioci w sklepie. Tam poznała swojego męża Stanisława Kaczorka. Kiedy ciocia urodziła syna Wieśka, zabrała swoją mamę Józię do Warszawy. Mieszkali na ul. Zakroczymskiej. Prowadzili zakład pogrzebowy, który mieścił sie na Freta. Podczas powstania w 1944r. starówkę Niemcy zniszczyli, męża cioci, Stanisława, zabili, babcię Józefę z wnukiem wzieli gdzieś do obozu ale pod Częstochową transport zbombardowano a babcia z wnukiem schroniła się w jakiejś wiosce pod Częstochową. Ciocia Jadwiga schroniła się nad Wisłą z jakąś grupą osób, żołnierze Kościuszkowscy przewieźli ich nocą pontonem na Pragę. Chyba gdzieś w połowie października, ciocia przybyła do nas, zaczęła pracę w komendzie wojskowej w Czyżewie, tam poznała Białostoczanina Józefa Manala, wyjechała do Białegostoku, potem wyszła za niego za mąż. Prawie przez rok czasu poszukiwała swojej matki i syna. Z manalem miała syna i córkę. Zmarła w wieku 47 lat na raka. Jej dzieci mieszkają w Białymstoku. Syn Wiesiek zmarł niedługo po niej. Z Manalem prowadziła spółkę budowlaną. Wiem że jej syn Zbyszek jest budowlańcem a córka Grażyna nauczycielką. Teraz kiedy piszę, uświadamiam sobie że rodzina Godlewskich nie utrzymywała ze sobą zbyt bliskich kontaktów, ale wiem z własnego doświadczenia że rodzeństwo które rozjedzie się w młodości utrzymuje te kontakty sporadycznie. Chociaż rodzina babci tak blisko mieszkała nie znaliśmy ich, przynajmniej my dzieci. Czasami wpadał do nas Stanisław z Bieńk, wiedziałam że to kuzyn. O drugim Marianie dowiedziałam się podczas dziwnego zdarzenia. W 1938r. w Rosochatem odbywały się tzw. misje. Przyjechali księża misjonarze, odprawiali nabożeństwa, głosili płomienne kazania, podczas których ludzie płakali. Na pamiątkę tych wydarzeń stoi przy wejściu do Kościoła wysoki krzyż. Młodszy syn Piotra (brata babci) Marian był bardzo uzdolniony muzycznie i uczył się w Warszawie w szkole muzyczniej. Kiedy były te misje, był w domu u rodziców i przychodził do kościoła. Któregoś dnia gdy w kościele ustawiała się procesja do wyjścia podbiegł do mężczyzny trzymającego krzyż, wyrwał mu go z rąk i zaczął uciekać z kościoła. Nie pamiętam jak to się dalej rozegrało. Wiem że był to początek choroby psychicznej. Ciocia Kostusia załatwiła mu szpital psychiczny w Tworkach koło Warszawy. Był tam do samej wojny. Kiedy niemcy wkroczyli, rozwiązano szpital, bo niemcy takich ludzi zabijali, a syn cioci przywiózł Mariana do rodziców do Bieńk. Wiele lat potem przypomniałam babci o tym wydarzeniu, okazało się że szkoła wytypowała go do jakiegoś konkursu, on ćwiczył po nocach i bardzo się denerwował. Widocznie psychicznie nie wytrzymał i tak pogrzebał szanse na karierę.

    Dziadek Paweł zmarł w roku 1928, babcia Józefa w 1953r. Dziadek Paweł pochowany jest na cmentarzu w Rosochatem, babcia Józefa w Białymstoku. Babcia Konstancja uratowała młodą żydówkę z getta, została ona żoną jej najmłodszego syna Bronka, zamieszkali we Wrocławiu. Babcia Konstancja zmarła w 1965r. Pochowana w Warszawie. Miała 95 lat.

    Moja familia 001Fotografie Moja familia 001Dokumenty

    Podróże

    The multiple backgrounds applied to this section are moved in a similar way to the first section -- every time the user scrolls down the page by a pixel, the positions of the backgrounds are changed.

    Lorem ipsum dolor sit amet, consectetur adipiscing elit. Aenean nibh erat, sagittis sit amet congue at, aliquam eu libero. Integer molestie, turpis vel ultrices facilisis, nisi mauris sollicitudin mauris, volutpat elementum enim urna eget odio. Donec egestas aliquet facilisis. Nunc eu nunc eget neque ornare fringilla. Nam vel sodales lectus. Nulla in pellentesque eros. Donec ultricies, enim vitae varius cursus, risus mauris iaculis neque, euismod sollicitudin metus erat vitae sapien. Sed pulvinar.

    Home

    This section has a background that moves slightly slower than the user scrolls. This is achieved by changing the top position of the background for every pixel the page is scrolled.