Rodzina Tarazewiczów
Stanis?aw Tarazewicz i Katarzyna Szycik
ich dzieci: Mieczys?aw, Urszula, Helena
Mieczys?aw Tarazewicz i Honorata Tarazewicz
ich dzieci: Czes?aw
Czes?aw Tarazewicz (1927 - 1960) i Jadwiga Wojtaszkówna
ich dzieci: Andrzej, Wanda, Krystyna Helena, Czes?awa
O rodzinie Tarazewiczów nie zd??y?am si? wiele dowiedzie?. Nigdy nie dowiedzia?am si? kiedy znale?li si? na Wile?szczy?nie i S?obodzie. W 1956 r. by?am z Cze?kiem na Wile?szczy?nie. W samej S?obodzie zosta?o 6 rodzin Tarazewiczów, wszyscy spokrewnieni, do Polski wyjecha?o 7 rodzin Tarazewiczów – wszyscy krewni. Mieszkaj? rozrzuceni po ca?ej Polsce. Stanis?aw i Katarzyna Tarazewicz mieli troje dzieci – Mieczys?awa, Urszul?, Helen?. Urszula wysz?a za m?? za Jana Syropiatko, który by? organist? w ko?ciele przy Ostrej Bramie. Potem zamieszkali w Mickunach ko?o Wilna, pobudowali dom. Jan by? organist?, Urszula mia?a sklep. Po repatriacji zamieszkali w Elbl?gu. Mieli troje dzieci: W?adys?aw?, Mariana i Benign?. W?adys?awa by?a dentystk?, Marian (ju? nie ?yje) podoficerem a Benia piel?gniark?. Nie ?yje tak?e Urszula i Jan. Helena wysz?a za m?? za Warszawiaka i tam zamieszka?a, nazywa?a si? St?pi?ska, mieli jednego syna Czes?awa. Helena zmar?a w czasie wojny, Czes?aw St?pi?ski odwiedzi? nas z ?on? chyba w 1959 roku. Mieczys?aw Tarazewicz, wasz pradziadek, urodzi? si? 1898 r. Wed?ug dokumentu wynika, ?e w 1930 r. ojciec Stanis?aw przekaza? mu gospodarstwo. Po odej?ciu sióstr zosta? z rodzicami na gospodarstwie. Rodzina Tarazewiczów by?a katolikami, wszyscy mówili czyst? polszczyzn?. Pech chcia?, ?e Mieczys?aw zakocha? si? w pi?knej Ninie, córce popa.
Wie? S?oboda sk?ada si? z dwóch cz??ci – polskiej i bia?oruskiej, przedziela je do?? bystro p?yn?ca struga. Bia?oruskie domy ustawione s? szczytem do ulicy – przy domu s? budynki gospodarcze. W ?rodku Cerkiew. Polskie domy te? zbudowane s? z bali, ale kryte przewa?nie gontami, nie strzech?, zwrócone s? frontem do ulicy z gankiem i drugim wej?ciem od podwórza. Budynki gospodarcze takie jak stodo?a, chlew, obora oddalone s? od domu. W ?rodku podwórza ’’?wiren’’ czyli ?pichrz, u Tarazewiczów prawie taki jak dom w Rosochatem, no i bania – czyli ?a?nia. Mieczys?aw Tarazewicz chcia? o?eni? si? z Nin?, ale mu nie pozwolono. Wi?c postanowi? si? nie ?eni?. Sta?o si? jednak nieszcz??cie. Matka, Kasia wchodzi?a po drabinie na strych spichlerza, spad?a i z?ama?a kr?gos?up. Ojciec i syn znale?li si? w trudnej sytuacji. Do pomocy w gospodarstwie zatrudniono Honorat? Tarazewicz z Ulniszcza, któr? ju? wynajmowano do pracy w polu. Kiedy lekarze stwierdzili, ?e matka ju? nie wstanie z ?ó?ka sprawa o?enku stan??a znowu. Zaproponowano Honorat? – zwan? Renia, która by?a pracowita i ju? si? matk? opiekowa?a. Mieczys?aw powiedzia?, ?e jest mu wszystko jedno, skoro nie mo?e by? z Nin? i tak Honorata zosta?a ?on? Mieczys?awa i z wyrobnicy sta?a si? gospodyni? na hektarach. Z tego zwi?zku urodzi? si? Czes?aw Tarazewicz, mój m??. Tarazewicze posiadali ?adny dom z gankiem (przed wojn? w drugiej po?owie domu mieszka?a rodzina nauczycielska pp. Czalejowie), du?e budynki gospodarcze, ?wiren, banie. W 1937 r. na swojej posesji wybudowali drugi dom pi?trowy (na dole 4 pomieszczenia, na górze 2 i kuchnia). W tym domu mie?ci? si? posterunek policji, a na górze mieszka? z rodzin? komendant posterunku - Kulaszewicz. Kiedy w 1956 r. byli?my tam, ten dom przeniesiono do Miadzio?a - powiatu, mie?ci? si? w nim ’’Finansowy Oddzia?’’. W czasie niemieckiej okupacji du?o m?odzie?y polskiej nale?a?o do AK. Nale?eli tak?e m??czy?ni z rodziny Honoraty. Cz?sto wpadali do rodziców Cze?ka (a potem okaza?o si?, ?e Honorata przechowywa?a ich dokumenty, ulotki, pewnie nie zdaj?c sobie sprawy co robi. Poniewa? ju? przed wojn? mi?dzy Polakami i Bia?orusinami by?y ró?ne zatargi, cz?sto Bia?orusini donosili na Polaków. Tak si? wydarzy?o. Niemcy otoczyli polsk? cz??? S?obody, zrobili rewizj?. S?siad nam opowiada?, ?e Mieczys?aw by? wtedy na polu i s?siad mu powiedzia?, ?eby nie szed? do domu, ale on powiedzia?, ?e nie ma nic do ukrycia, no niestety jak si? potem okaza?o mia?. Aresztowano jego i Honorat? – rodzina robi?a starania i wypuszczono j? za z?oto - a jego mieli wypu?ci?, trzeba tylko by?o jeszcze da? troch? z?ota. Tak opowiada? nam stryjeczny brat Mieczys?awa, gdy tam byli?my. Ale Honorata z?ota nie da?a, twierdz?c, ?e je?li j? wypu?cili, bo jest niewinna, to i jego wypuszcz?. Tak si? jednak nie sta?o. Z wi?zienia w Miadziole przewieziono go do Wilejki a potem wywieziono. Z relacji ?wiadka Bia?orusina wynika, ?e wywieziono ich do O?wi?cimia a po kilku dniach pobytu tam, podczas apelu (wtedy uciek?o kilku wi??niów) wskazano na kilkunastu wi??niów, za?adowano na ci??arówki i wywieziono. Opowiada?, ?e Mieczys?aw sta? w rozpi?tej koszuli, nakryty marynark?, obok ksi?dza z Wilejki. Wszelkie poszukiwania jakich? ?ladów nie przynios?y rezultatów. W efekcie tych wydarze? Czes?aw Tarazewicz, który uczy? si? w Seminarium Nauczycielskim ( na Wile?szczy?nie szko?y by?y czynne) uciek? do partyzantki AK, a potem na fa?szywych papierach, pierwszym transportem repatriacyjnym, z rodzin? ciotki Loni, przekroczy? granic? Polski i zatrzyma? si? na punkcie repatriacyjnym w Bia?ymstoku, gdzie czeka? na dalsze rodziny znajomych. I tak w miesi?cu styczniu, Ja Jadwiga Wojtaszek, uczennica Gimnazjum ?e?skiego im. Anny z Sapiechów Jab?onowskiej, zamieszka?a w willi na ul. Orzeszkowej u p. Wasilewskiej spotka?am po raz pierwszy swojego przysz?ego m??a. Którego? styczniowego dnia, rano, moja gospodyni powiedzia?a, ?e jak wróc? ze szko?y to przyjdzie dwóch ch?opców repatriantów, nar?ba? drzewa. No i przysz?o dwóch ch?opaków ubranych w samodzia?owe spodnie, kurtki i buty do kolan. Przygl?dali si? mnie ciekawie, da?am im klucze do szopy, nar?bali drzewa, ja ich nakarmi?am, da?am kanapki, zap?at?. Jednym z tych ch?opców by? Czes?aw Tarazewicz. Jak ju? potem rozmawiali?my – przy swoim nazwisku w ksi?dze repatriantów znalaz? notatk? Czesiu! Pracuj? w Grajewie w Inspektoracie O?wiaty – w lutym mam dosta? nominacj? na inspektora o?wiaty w E?ku – przyje?d?aj – Franciszek Maciejowski – inspektor szkolny w G??bokim na Wile?szczy?nie, profesor j. polskiego w seminarium nauczycielskim nauczyciel Cze?ka. I tak w miesi?cu marcu 1945 r. Czes?aw Tarazewicz zosta? obywatelem E?ku.
Stanis?aw Tarazewicz, który po aresztowaniu syna i ?mierci ?ony (Katarzyna zmar?a chyba w 1936 r., syna aresztowano latem 1943 r.) bardzo upad? na zdrowiu. Kiedy Czesiek wyjecha? bardzo za nim t?skni? i jak mówili nam s?siedzi, siedzia? na ?aweczce przed domem i mówi?, ?e czeka na spotkanie z wnukiem. Niestety zmar? w 1946 r. na dwa miesi?ce przed repatriacj?. Nie zobaczy? wnuka. Honorata Tarazewicz przyby?a transportem repatriacyjnym w 1946 r. wraz z rodzin? krewnych. Osiedlono ich w Komarnie p. Jeleni? Gór?. Do E?ku przyby?a w 1947 r. kiedy Czesiek dosta? mieszkanie na ul. Wojska Polskiego.
Spokrewnieni z Mieczys?awem Tarazewiczem:
Syropiatkowie w Elbl?gu
Tarazewicz Ksawery w pow. Gubin
Tarazewicz Anna i jej córka Irena – Legnica
St?pi?scy w Warszawie
Tarazewicz Wac?aw – Skwierzyna
Gintowt – Józefa, Franciszek – Gda?sk
Tarazewicze- ?ód?
Tarazewicz Franciszek – Skartowo, pow. Mor?g
Werpachowicze Boles?aw i Jan – ?o?nierze Armii Andersa – Etton, Anglia
Spokrewnieni z Honorat?:
Rudolf Raginia – Wroc?aw
Szylko Maria – Komarno ko?o J. Góry
Bychowiec Eleonora – Jelenia Góra
Rodzina Bo?tów – Kwidzy?
Jadwiga Wojtaszkówna i Czes?aw Tarazewicz
Gdyby nie wojna i jej konsekwencje nasze drogi ?yciowe nigdy by si? nie przeci??y. Nasze doros?e ?ycie zacz??o si? w dalekich od siebie miejscowo?ciach. Moje 15. 10. 1944 r. od wyjazdu z Rosochatego do Bia?egostoku do gimnazjum a on, na fa?szywych papierach, zagro?ony aresztowaniem, opuszcza? rodzinn? S?obod? na Wile?szczy?nie, aby pierwszym repatrianckim transportem opu?ci? ziemi? polsk? w??czon? do Rosji, na mocy Traktatu Poczdamskiego. Pierwszym jego miejscem pobytu by? punkt repatriacyjny w Bia?ymstoku. Tam mia? oczekiwa? na rodzin?, znajomych. By? to stycze? 1945 r. W styczniu 1945 r. spotkali?my si?. Ja zapami?ta?am to tak. Dwóch m?odych repatriantów zg?osi?o si? do r?bania drzewa, mia?am im wskaza?, co maj? por?ba?, nakarmi? i zap?aci? – tak te? uczyni?am. On zapami?ta? to tak – szuka? z koleg? umówionego domu na ul. Orzeszkowej. Zapami?ta? m?od? dziewczyn? w czarnym fartuszku i bia?ym ko?nierzyku, która ich zach?ca?a do jedzenia. Pomy?la? troch? z zazdro?ci? – tej to dobrze. Z Bia?egostoku uda? si? do Grajewa – gdzie jego nauczyciel – polonista z seminarium nauczycielskiego, zosta? inspektorem i chcia?, aby z nim pracowa?. Po wyzwoleniu E?ku Franciszek Maciejowski zostaje mianowany inspektorem o?wiaty w tym mie?cie. Obaj przenosz? si? do E?ku i rozpoczynaj? organizacj? inspektoratu i szkolnictwa w E?ku i powiecie e?ckim – jest luty 1945 r. Czes?aw Tarazewicz zostaje obywatelem E?ku. Miejsce zamieszkania, to willa po biskupie niemieckim, przy ul. Armii Czerwonej ( obecnie Krajowej ) wtedy Nr 62. Moja droga do E?ku by?a bardziej skomplikowana. Po uko?czeniu gimnazjum 1945 r., chcia?am si? uczy? w liceum humanistycznym, sytuacja materialna w domu zmusi?a mnie do szybkiego usamodzielnienia si?, dlatego zdecydowa?am si? na Liceum Pedagogiczne. Mia?am zosta? nauczycielk?, a gdzie nie my?la?am wcale. Wydawa?o si? raczej oczywiste, ?e b?dzie to Bia?ystok, tym bardziej, ?e w nied?ugim czasie mia?a przyby? Renia, a potem Genia, moje siostry. W Bia?ymstoku w gimnazjum, a potem w liceum czu?am si? dobrze, mia?am du?o znajomych, przyjació?, ale miasto mnie rozczarowa?o. Zrujnowane niewielkie centrum i te rozrzucone osiedla, pe?ne cha?upek, wsz?dzie daleko, brak komunikacji, wody. Jedyny mi?y akcent to planty, na które mog?am dowoli patrze?, przez okna mojej klasy. W domach brak gazu, centralnego – w wi?kszo?ci wychodki na podwórku. I nie wiem gdzie bym w ko?cu wyl?dowa?a, gdyby nie pewna wycieczka. A mia?a ona miejsce chyba w czerwcu 1946 r. Pojechali?my z programem artystycznym, zaproszeni przez Olsztyn – na ?wi?to ludowe. Chyba dwa dni byli?my w Olsztynie a potem poci?giem przez Warmi? i Mazury. Poci?g wlók? si? w?ród lasów, jezior, pól, przy torach ?ó?te i niebieskie ?ubiny – mijamy miasto ?uczany ( Gi?ycko ) i wysiadamy w E?ku. Zamieszkujemy w internacie ogólniaka, obiady jemy w sto?ówce Prezydium Pow. Rady Narodowej. Rano biegniemy z r?cznikami my? si? w jeziorze i k?pa?. E?k wydaje nam si? miastem jak z bajki. W ?rodku park, fontanna, naprzeciw wspania?a cukierenka ( zwana S?odka Dziurka ) a przed ni? wózek zaprz??ony w ma?ego konika. Robimy sobie zdj?cia. Jedziemy do PGR – w Stradunach, gdzie na prowizorycznej scenie dajemy wyst?p – ?o?nierzom rezerwistom, którzy zagospodarowali tu pola. Jeste?my E?kiem urzeczeni. Taki bezmiar wody jaki zobaczy?am, po naszym Broku, ci?gn?? jak magnes, mnie urodzonego Raka. Decyzja by?a trudna i podejmowa?am j? d?ugo. W drugiej klasie liceum ze wzgl?dów finansowych opu?ci?am mieszkanie u pani profesor Marii Blicharskiej, osoby bardzo wa?nej w moim ?yciu. Mieszka?am u niej ze swoj? przyjació?k? Ani? Stpiczy?sk?, któr? po powrocie z obozu w Prusach ?ci?gn??am do Bia?egostoku. Zamieszka?am w internacie, by?o to dla mnie posuni?cie trudne, ale przed matur? mia?o znaczenie – wspólne korzystanie z podr?czników, których brakowa?o, notatek. Nauka, mieszkanie i wikt bezp?atny, dostawa?am jeszcze stypendium. Nauka Reni u prywatnej krawcowej z mieszkaniem i dop?at? za wikt by?a do?? droga. Niestety z pobytem Reni wi?za?y si? liczne k?opoty – krawcowa – pani Kazia, skar?y?a si?, ?e jest leniwa, niestaranna, ?e znika z domu, mówi?c, ?e wychodzi na chwil?. Stwierdzi?am, ?e ma jakiego? ch?opaka i popala papierosy. Kiedy ogl?dnie powiedzia?am mamie o tych problemach, stwierdzi?a, ?e niedostatecznie si? ni? opiekuj?. Kiedy dowiedzia?am si?, ?e mama przymierza si? do odkupienia od znajomej mieszkania, aby?my mog?y po przyje?dzie Geni razem zamieszka?, u?wiadomi?am sobie, ?e w Bia?ymstoku nie zostan? i nie b?d? matkowa? siostrom – co? mnie si? od ?ycia jeszcze nale?a?o. I tak stopniowo dojrzewa?a we mnie decyzja o opuszczeniu Bia?egostoku, a kiedy dowiedzia?am si?, ?e a? 10 osób z naszego rocznika wybiera E?k, w tym moja serdeczna przyjació?ka, klamka zapad?a. Potem oka?e si?, ?e wszyscy podj?li?my decyzj? troch? pochopnie, nie maj?c ?adnego rozeznania w sytuacji. Marzy? nam si? E?k, zw?aszcza niektórym, a dostali?my teren, bo tam samotni nauczyciele byli najbardziej potrzebni. Zanim do tego dosz?o trzeba by?o zda? matur?. Pisemny zdawali?my z j?zyka polskiego, pami?tam, ?e opisywa?am okres M?odej Polski. Drugi pisemny egzamin by? z przedmiotów pedagogicznych. Ustnie obowi?zkowo zdawa?o si? j?zyk polski, psychologi?, pedagogik?, wychowanie i nauczanie. Jeden przedmiot by? do wyboru. Ja zdawa?am geografi?. Nie mog?am wzi?? historii, poniewa? nie by?o podr?cznika do historii, a na?wietlanie wielu faktów historycznych zmienia?o si?, wi?c ?atwo mo?na by?o si? potkn??. Po maturze troch? poby?am w domu, potem dwa tygodnie w Soko?ach u Krysi Bogaczewicz, której ojciec by? kierownikiem szko?y. Sierpie? sp?dzi?am w Augustowie na obozie wychowania fizycznego. By? to wspania?y obóz ulokowany w gmachu dawnego Liceum Pedagogicznego. Z naszego liceum by?a chyba 15sto osobowa grupa, w tym z mojej klasy 9 osób. Jad?c do Augustowa, wtedy trzeba by?o przez E?k, odwiedzili?my Inspektorat dowiaduj?c si? o miejscu pracy. Nasze rozczarowanie by?o ogromne. Rozrzucono nas prawie po ca?ym powiecie. Inspektor nam o?wiadczy?, ?e w tym roku klamka zapad?a. B?d?c w Augustowie odwiedzi?am z kole?ank? Kalinowo. Dojazd z E?ku dobry – w?skotorówk?, któr? jecha?y?my pierwszy raz w ?yciu, miejscowo?? gminna, ko?ció?, szko?a siedmioklasowa. Nauczycieli dwóch: 24-letni Jerzy Prokopczyk, kierownik i nauczycielka w wieku mamy – Maria Kopiczko, oboje niewykwalifikowani, oboje repatrianci. Szko?a umieszczona by?a w dworze niemieckiego bauera, budynek szkolny by? zniszczony. Mia?am mie? pokój na pi?trze. Nie wiedzia?am co robi?? Atmosfera na kursie by?a wspania?a, nauczyciele m?odzi z dwóch województw: bia?ostockiego i olszty?skiego. Ca?e dnie do obiadu na jeziorach p?ywanie, kajaki, ?aglówki, popo?udniami gry w siatkówk?, wycieczki, ?wiczenia gimnastyczne. Tam pozna?am Kazika Ruczy?skiego, studenta III roku handlu zagranicznego, mieszka?ca Olsztyna, którego ojciec by? zast?pc? kuratora olszty?skiego i pisarzem – w Augustowie by? na wypoczynku z koleg?. Znajomo?? z Kazikiem przerodzi?a si? w sympati? i troch? trwa?a. Po kursie wracam do Bia?egostoku, w Inspektoracie w Bia?ymstoku rotacja nauczycieli zosta?a ju? zamkni?ta, ale dowiaduj? si?, ?e Irena Iwanówna, kole?anka z kl. B chce si? ze mn? spotka? w E?ku, bo ma pracowa? niedaleko mnie. To ju? jaka? pociecha. Jad? do domu, a tam czeka na mnie telegram, ?e ju? 27 sierpnia powinnam zg?osi? si? do pracy u kierownika szko?y, je?li si? nie zg?osz? czekaj? mnie konsekwencje s?u?bowe i finansowe. Zebra?am manele i wyruszy?am do E?ku. Przyby?am chyba po po?udniu. Na dworcu czeka?a na mnie Irena. Uczy?a si? ona w kl. B nazywanej przez nas starszakami, poniewa? wi?kszo?? z nich ko?czy?a gimnazjum przed wojn?. By?y tam chyba dwie m??atki. Ró?nica wieku wynosi?a od 4, 6, a nawet 10 lat. Ostatni rok mieszka?y?my obie w internacie, ale nie mog?am zaliczy? j? do grona przyjació?ek. A teraz zosta?y?my skazane przez los na wieczn? przyja?? i wzajemn? pomoc. Moja serdeczna przyjació?ka Alina Biega?ska dosta?a prac? kilometry od nas, we wsi D?browskie, gdzie? z 5 km od Prostek. W?skotorówk? przybyli?my do Kalinowa. Irena mia?a pracowa? w szkole czteroklasowej w Kielach jako jedyny nauczyciel. W Kalinowie nie zastali?my nikogo, by?a to niedziela, wi?c elita by?a gdzie? na wyje?dzie. Noclegu u?yczy? nam bardzo przystojny ksi?dz Tomaszewski. Pierwsz? noc w Kalinowie sp?dzi?y?my w ksi??owskim ?o?u, pod ogromnym krzy?em, zawieszonym na tle ?licznej samodzia?owej tkaniny – dywanu z Suchowoli. W poniedzia?ek rano przyszed? po nas kierownik i zabra? do szko?y. Pokój mój by? umeblowany: ?ó?ko, stó?, szafa, dwa krzes?a, dwie ?awki i szafka na ?ywno??. Po krótkiej naradzie, powitali?my nowy rok szkolny a po po?udniu w?skotorówk? udali?my si? do Turowa – Kiel, gdzie mia?a pracowa? Irena. Czekali na ni? zebrani w szkole rodzice, którzy pod kierunkiem naszego kierownika przygotowywali budynek na otwarcie. Pokój w którym zamieszka?a znajdowa? si? u gospodarzy. Po??czenie Turowa z Kalinowem by?o dobre, wi?c Irena ko?czy?a prac? w sobot? i przyje?d?a?a do mnie, odje?d?a?a w niedziel? lub w poniedzia?ek rano. Tak by?o prawie przez ca?y rok. Czasami w sobot? jecha?y?my do E?ku do kina lub na zabaw?, wtedy nocowa?y?my u Janki Grygorowicz ( Habrowa ), która by?a znajom? Ireny z G??bokiego, kiedy Irena przebywa?a u swojej babki. Praca w Kalinowie by?a ci??ka, by?am wychowawczyni? kl. III i IV, ponad 40 s?abo przygotowanych dzieci, uczonych w klasach ??czonych. Uczy?am tak?e j?zyka polskiego i historii w kl. starszych, a tak?e mia?am WF z dziewcz?tami klas starszych. Wieczorami prowadzili?my zaj?cia z m?odzie?? przero?ni?t?, niektórzy byli w moim wieku. Oboje koledzy stopniowo przyzwyczajali si? do mnie, kierownik ustali? z rodzin? wo?nych, którzy obok mieszkali, gotowanie ?niadania czy kolacji, palenie w piecu w moim pokoju i raz w tygodniu sprz?tanie. Obiady jad?am u gospodarzy mieszkaj?cych przy gminie, sto?owa?o si? ze mn? jeszcze dwóch kawalerów, pracowników gminy. Dokarmia?a mnie cz?sto pani Maria, która mieszka?a z rodzin? w domku obok szko?y, zapraszaj?c na kolacj? lub przynosz?c co? na ?niadanie. Pobory nauczycielskie by?y niskie, pocz?tkuj?cego nauczyciela 680 z?, wi?c panowa? zwyczaj, ?e mieszka?cy przynosili mleko, jajka, ?mietan?, ser, mas?o, ?wie?yn? – mi?so z ubitego ?winiaka. By?am tym zaskoczona, my?l? jednak, ?e to by? wtedy w tych trudnych czasach pi?kny gest. Niedawno us?ysza?am w telewizji jak redaktorka o?wiadczy?a, ?e w PRLu by? g?ód. Biedactwo - nawet nie wyobra?a sobie, co wtedy za potrawy jad?am w Kalinowie, kartacze, s?kacze, ryby przyrz?dzone na ró?ny sposób, pieczone prosiaki. I mog? o?wiadczy?, ?e nie widzia?am przez ca?e ?ycie w PRLu ani g?odnych ludzi, ani g?odnych dzieci. Cz?sto odwiedzali?my plebani?. Ksi?dz inicjowa? bryd?a, pani Maria sz?a z m??em, Jurek – kierownik szko?y, ja z Iren? jako kibice i jeszcze Janka, siostrzenica ksi?dza, a cz?sto Heniek ( uczy? si? w Olsztynie ), bratanek ksi?dza. By?o weso?o i wspania?a kolacja. Raz w miesi?cu odwiedza? mnie Kazik. Przywozi? ciasto, ciastka pieczone przez mam? i butelk? wina domowej roboty. Brak cz?stych kontaktów powodowa?, ?e ka?de spotkanie podszyte by?o pewnym onie?mieleniem. Kazik pisa? bardzo pi?kne listy, które mog?y wywo?a? wielkie zamieszanie w g?owie m?odej dziewczyny ( Irena pia?a z zachwytu ), ale ja by?am niepewna swoich uczu?, bo Kazik nie by? w moim typie – ?redniego wzrostu, brunet. Tym bardziej, ?e w W-wie by? Bolek – kolega z kompletów, wybrany przez mam? na mojego m??a, pisa? do mnie, ?e mnie kocha, przynosi? mojej mamie kwiaty i ca?e Rosochate uwa?a?o nas za par?. Placówka w Kalinowie nie by?a szczytem moich marze?, ale moi koledzy siedzieli w zapyzia?ych wsiach, Alina w D?browskich, 6 km od Prostek, Irena w Kielach, Józek w Mo?dziach, tylko Marian w Prostkach. Reszta te? trafi?a marnie. Czasami zastanawia?y?my si? z Iren?, jakimi kryteriami kierowa? si? inspektor przydzielaj?c w?a?nie tak etaty. No i jeszcze nie bardzo wiedzia?y?my dlaczego ja pierwsze pobory dosta?am za dwa miesi?ce wakacji, a oni za jeden. Musz? przyzna?, ?e w Kalinowie nie by?o a? tak ?le i mog?am tam zosta?. Naoko?o w szko?ach pracowa?o wielu fajnych, przystojnych ch?opaków, niedaleko w le?niczówce mieszka? z matk? przystojny le?niczy – by?o do wyboru do koloru. Ale ja nie chcia?am zagrzeba? si? na wsi. Na Bo?e Narodzenie pojecha?am do domu. Spotka?am si? z kolegami z kompletów i innymi. Na Sylwestra koledzy z Rosochatego przygotowali pota?cówk?. Sp?dzi?am troch? czasu z Bolkiem i stwierdzi?am, ?e ja i on to nie my, za daleko ju? odesz?am od Rosochatego i Bolka. Zosta?am zaproszona przez rodziców Kazika w odwiedziny w czasie ferii. Powiedzia?am Kazikowi, ?e odwiedz? ich, ale z Iren? – zgodzi? si?. Mama Ireny pracowa?a jako nauczycielka na wsi ko?o Mr?gowa, gdzie zostali przesiedleni Ukrai?cy. Irena czeka?a na mnie na stacji w Mr?gowie. Kazik sp?dza? ferie u rodziców w pi?knej willi przy Al. Przyjació?. Przywitanie by?o serdeczne, rodzice wtajemniczeni w nasze sprawy, proponuj? przeniesienie do Olsztyna, etat w szkole, mo?liwo?? studiów. By?o grzecznie, mi?o, wyartykuowano moje dobro, tylko plan u?o?ono beze mnie. I to mnie wkurzy?o. Nie po to wyzwoli?am si? z jednej zale?no?ci, aby popa?? w drug?. Chocia? jeszcze wtedy nie wiedzia?am, ?e wpakuj? si? w zupe?n? zale?no??, jak? jest ma??e?stwo. Kazik przyjecha? jeszcze w lutym i kiedy mu wy?o?y?am ca?? spraw?, nie móg? zrozumie?, ?e tak to przyj??am i chyba wtedy troch? si? posprzeczali?my. Potem pewne sprawy tylko nabra?y tempa, a w?a?ciwie by?y one ju? wcze?niej. Moje spotkania z Czes?awem Tarazewiczem odbywa?y si? na terenie inspektoratu i by?y cz?sto s?u?bowe. Zauwa?y?am, ?e jest mi?y, grzeczny, przystojny i w moim typie. Irena jako kierowniczka szko?y sk?ada?a te wizyty cz?sto, po których jej zachwyty nad Cze?kiem wzrasta?y. Nie wiedzia?a tylko jak mu da? do zrozumienia, ?eby zwróci? na ni? uwag?. Kiedy wracali?my z Olsztyna czekaj?c w poczekalni na w?skotorówk?, w pewnej chwili Irena stukn??a mnie w bok i powiedzia?a, patrz Czesiek. Od kasy w stron? tunelu szed? szczup?y, wysoki ch?opak w br?zowym kapeluszu, jesionce raportówk? przez rami?. Spojrza?am i pomy?la?am, ?e to ?adny ch?opak i gustownie ubrany. Zbli?y? si? do nas, przywita? a Irena zacz??a ?wiergoli?. W pewnym momencie zwróci? si? do mnie, zapyta? czy jestem tak bardzo zm?czona, ?e si? nie odzywam, przeprosi?, ?e odchodzi – jecha? s?u?bowo do Kuratorium w Bia?ymstoku. Zaraz po feriach w mojej szkole mia?a si? odby? konferencja nauczycieli gminy Kalinowo. Ja mia?am przeprowadzi? dwie lekcje z j?zyka polskiego i historii. Lekcja j?zyka polskiego oparta by?a na ’’Placówce’’ B. Prusa, a lekcja historii o twórczo?? pisarzy i poetów Ziemi Warmi?skiej i Mazurskiej. Zacz??am od wierszy T. Ruczy?skiego i Kajki, które dostarczy? mnie Kazik. O ojczysta nasza mowo, co? kwikn??a nam przed laty. Referat wyg?osi? Jurek – kierownik, a uczt? przygotowa?a pani Maria z matkami uczniów. Przedstawiciele inspektoratu Czes?aw Tarazewicz i wizytatorka pani Maria Kurzynowska. Lekcj? historii poprowadzi?am na kursie wieczorowym dla m?odzie?y przero?ni?tej, na pro?b? pani wizytator. Oficjaln? cz??? konferencji oceniono bardzo dobrze. Na cz??ci nieoficjalnej bawiono si? do pó?nej nocy. Czesiek ju? przy stole zacz?? mnie adorowa?, prosi? mnie do ta?ca, niestety tancerzem by? s?abym, ko?ysa? mnie w ramionach depcz?c po palcach, wi?c ci?gle mnie przeprasza?. Nie wiedzia?am co o tym s?dzi?. Chcia? si? ze mn? umówi? na spotkanie w E?ku, przyrzek?am, ?e si? odezw?. Zachowywa? si? jak kto? nie?mia?y, niepewny. Pó?niej jak ju? byli?my ma??e?stwem, przyzna? si?, ?e o tym, ?e b?d? jego ?on? zdecydowa? w lipcu, jak przegl?da? dokumenty jakie przysz?y z liceum. A mia? co przegl?da?: zdj?cia, podanie, ?yciorys, opinia, ?wiadectwo dojrza?o?ci. Moje dokumenty od?o?y? i powiedzia? do kolegów, ta dziewczyna b?dzie moj? ?on?. Nie zaczyna? stara? od pocz?tku roku, czeka? na w?asne mieszkanie. Przed Bo?ym Narodzeniem je dosta?, matk? sprowadzi? z J. Góry, gdzie mieszka?a, aby mu pomog?a je urz?dzi?. Meble dosta? z mieszkania w inspektoracie. Nasili? starania o mnie, kiedy us?ysza? od Jurka, ?e pewnie nie zostan? w Kalinowie. Kiedy Jurek zorientowa? si?, chyba Czesiek mu powiedzia?, ?e b?dzie o mnie zabiega?, powiedzia? mnie, ?ebym da?a sobie spokój, bo w tym facecie kochaj? si? wszystkie panny, nauczycielki w powiecie. Nied?ugo po konferencji wpad? do Kalinowa i przyszed? razem z Jurkiem w odwiedziny, by?o bardzo mi?o, zaprosi? nas z Iren? do E?ku na zabaw? zorganizowan? przez Zw. M?odzie?y Socjal. w budynku dzisiejszej cerkwi. By? z koleg?, zabawa by?a fajna, odprowadzili nas do Grygorowiczów na Orzeszkow?, tam nocowa?y?my. Prosi? mnie bym zosta?a na Wielkanoc, przyjecha?a jego matka i chcia? mnie pokaza? i ?ebym z nim sp?dzi?a ?wi?ta. Nie by?am na to gotowa, ale powiedzia?am, kiedy b?d? wraca?. Spotka? mnie na dworcu, prosi? o przyjazd w najbli?sz? niedziel? i mia?am by? sama. Z tego spotkania zosta?o zdj?cie zrobione na tarasie Jacht Klubu. Pyta? o moje plany i czy prawda, ?e wyjad? z Kalinowa. Powiedzia?, ?e za?atwi mnie przeniesienie do E?ku i abym nie wyje?d?a?a. Kiedy by?am w domu opowiedzia?am o wizycie w Olsztynie i o planach w stosunku do mojej osoby. Chocia? mama jeszcze gdera?a, ?e zerwa?am z Bolkiem, to Kazik ( chocia? go nie widzia?a ), ale pewnie bardziej jego nauczycielska rodzina, przypad?y mamie do gustu. Kiedy powiedzia?am, ?e nie wiem czy si? na ich plany zgodz?, by?a oburzona. By? to okres dla mnie trudny. Kazik milcza? a ja nie robi?am nic, aby ten kontakt nawi?za?.
Prawie zawsze towarzyszy?a nam przy spotkaniach Irena, cz?sto jego kolega, teraz byli?my sami. Zaprowadzi? mnie do domu, ul. Wojska Polskiego 25, zapozna? z mam?, która witaj?c si? ze mn? rzek?a co? w niezrozumia?ym dla mnie j?zyku. Obiad by? smaczny, a deser wspania?y, przepyszne owoce z weków, kompoty, okaza?o si? robione przez Cze?ka, pod nadzorem inspektora. Te?ciowa wyda?a mnie si? drobn? kobiet? o ciemnej karnacji, ubrana na czarno. Od ?wi?ta nosi?a ?a?ob? po swoim m??u, prawdopodobnie zamordowanym w O?wi?cimiu. Dowiedzia?am si? tego od Cze?ka, gdy te?ciowa wysz?a do ko?cio?a. Mieszkanie w którym byli?my by?o dwupokojowe, ze sraczykiem w korytarzu, na pi?trze ( a w?a?ciwie pó?pi?trze ) domu. Urz?dzone by?o gustownie, ?ó?ko, kanapa, stó?, eta?erka, stolik, radio, krzes?a. ?ó?ko i kanapa nakryte pi?knymi tkackimi kapami. Troch? ?adnych bibelotów, jakie? obrazki na ?cianach. Mo?na by?o przypuszcza?, ?e m??czyzna, który to urz?dza? mia? gust. Jeszcze wróc? do weków. Ten sposób przechowywania owoców towarzyszy? nam przez d?ugie lata a dzieci ca?? zim? pi?y zdrowe kompoty i desery owocowe bez konserwantów.
Gdzie? na pocz?tku maja, kiedy z Iren? zaplanowa?y?my wyjazd do E?ku dopad?a mnie angina. Irena pojecha?a sama, mia?a powiedzie? Czesiowi dlaczego nie przyjecha?am i kupi? troch? lekarstw. Popo?udniow? ’’ciuchci?’’ przyjecha? Czesiek z lekami, które zaordynowa? najs?ynniejszy e?cki aptekarz p. Woroty?ski. Dzisiaj nie ma takich aptekarzy. Zosta?a tylko apteka na Armii Krajowej, ale to ju? nie ta apteka. Czesiek przywióz? swoje kompoty, ciasteczka, ciasto, s?odycze. Noc przespa? u kierownika ( wtedy to by?o nie do pomy?lenia, aby zosta? u mnie na noc ), opiekowa? si? mn? ca?? niedziel?, wieczorem odjecha? powierzaj?c opiek? pani Marii. Angina by?a moj? zmor? przez kilka ?adnych lat. O moim przeniesieniu do E?ku Czesiek musia? porozmawia? ze starym ( tak go nazywa? ). Rozmowa ta spowodowa?a niezaplanowan? wizytacj? w naszej szkole. Czesiek w kalendarzu inspektora zauwa?y? wpisane Kalinowo, wi?c zorientowa? si?, ?e stary zechce mnie zobaczy? i oceni? jako przysz?? jego ?on?. Powiadomi? nas o tym, abym by?a powa?na i przygotowa?a si?. Kierownik by? w?ciek?y, ?e ?ci?gn??am szkole k?opot na g?ow?. Uzupe?ni?am dziennik, nie wpisywanie tego co robi? by?o moj? s?abo?ci?. Pani Maria przygotowa?a pocz?stunek. Okaza?o si?, ?e wizytacja dotyczy?a mnie a nie szko?y. Inspektor by? u mnie na dwóch lekcjach, lekcje podoba?y mu si?. Zwróci? mnie tylko uwag?, ?e za du?o si? poruszam, co mo?e dzieci rozprasza?. Czas do odjazdu kolejki sp?dzi? ze mn?, w moim pokoju. Wypi? herbat?, troszk? zjad?. Stara? si? by? delikatny, pyta? o dalsze plany, powiedzia?am, ?e chc? sko?czy? studia, a tutaj trudny dojazd, brak biblioteki, wi?c chc? przenie?? si? do miasta i to jest mój plan na najbli?sze lata. Nie zahacza? ani o Cze?ka, ani o ma??e?stwie. Czesiek czeka? pe?en niepokoju z przygotowan? kolacj?, po d?ugiej chwili milczenia stary powiedzia?, by?em w Kalinowie. I ty naprawd? chcesz si? z ni? o?eni?? Tak, odpowiedzia? Czesiek – jest dziecinna i nie ma w planie ?adnego ma??e?stwa, tylko studia – odpowiedzia? stary. Kiedy Czesiek przyjecha? do mnie, spyta? – co? ty mu do diab?a nagada?a. Nie musi si? wtr?ca? w nasze osobiste sprawy – powiedzia?am, to nie fer. Wiesz, on si? o mnie martwi, to o?e? si? z t?, któr? ci wyszuka i która jemu si? spodoba – odpar?am, by?am z?a. Czesiek stara? si? mnie udobrucha? i jako? mnie przesz?o – potem okaza?o si?, ?e ten pan mnie polubi? a ja jego, za jego wielk? kultur?, takt, sposób bycia i ogromn? wiedz? – to by? prawdziwy dzia?acz o?wiatowy, cz?owiek powo?ania, dzi? takich ju? nie ma. Wszyscy nast?pni inspektorzy nie si?gali mu do pi?t, takim by? Franciszek Maciejowski, inspektor o?wiaty w E?ku, to wielki zaszczyt dla mnie, ?e go zna?am. W zwi?zku z t? wizyt? wróci?am do mojego planu, ?e ma za?atwi? moje przeniesienie do E?ku, znale?? mnie jaki? k?t do zamieszkania, od?o?ymy ?lub za rok, lepiej si? poznamy, stary zd??y mnie polubi?, moi rodzice te? si? oswoj? z t? sytuacj?. Ale Czesiek mia? obawy co do odwlekania ?lubu. Po co mam p?aci? za mieszkanie, skoro on je ma. Nie wie czy uzyska zgod? na przeniesienie bez naszego ma??e?stwa, a kto to wie, mo?e za rok wyjd? za innego. Jak? on ma pewno??? Ostatnie jego s?owo, przeniesienie b?dzie jak we?miemy ?lub. No i co mia?am robi?, podoba? mnie si? ten ch?opiec, zakochana by?am w E?ku i zgodzi?am si? na ?lub, do którego si? nie pali?am. ?lub to sprawa powa?na, nale?a?o z?o?y? wizyt? rodzicom i pokaza? przysz?ego zi?cia. Zaplanowali?my wyjazd na Zielone ?wi?tki – dzi? zapomniane ?wi?to. Zaplanowa?am wysi??? w Kitach, bo to bli?ej o 2 km, a piechot? wola?am i?? go?ci?cem ni? szos?. Rodzice byli powiadomieni o naszej wizycie, mama solidnie przemaglowa?a swego przysz?ego zi?cia, sk?d pochodzi, czy katolik, gdzie pracuje, jak? ma rodzin?, mieszkanie. By?o mnie niezmiernie za ni? wstyd, bo ja nie mia?am nic, troch? swoich ciuchów. Wyja?ni?a, ?e ma wobec mnie inne plany, nie musz? si? t?uc po cudzych k?tach, w Bia?ymstoku jest mieszkanie w którym powinnam z siostrami zamieszka? i zacz?? studia, bo ona ca?y czas na to liczy?a. Wys?uchali?my cierpliwie co mama mia?a do powiedzenia i wrócili?my do E?ku. Wizyta w domu w zasadzie nie spowodowa?a zmiany planów, a Czesiek jeszcze z wi?ksz? determinacj? przyst?pi? do ich realizacji. W dzie? zako?czenia roku szkolnego przyjecha? po mnie, dali?my na zapowiedzi w ko?ciele w Kalinowie i E?ku, zorganizowali?my ma?e po?egnanie. Spakowa? mnie i zabra? do swojego mieszkania. Powiadomi?am rodziców, ?e jestem w E?ku. Przez cztery niedziele lipca sz?y nasze zapowiedzi, w sierpniu, na pocz?tku mia? by? ?lub. Czesiek powiadomi? kilka osób z rodziny, cioci? Urszul? z Elbl?ga, Loni? lekark? z Jeleniej Góry, p. Czalejow? nauczycielk?, która z m??em uczy?a w S?obodzie, a mieszka?a w ich domu i innych. W po?owie lipca pojecha?am do domu, wys?uchuj?c codziennie tej samej litanii. Chyba tydzie? po mnie przyjecha? Czesiek i wtedy mama rozegra?a szekspirowsk? scen?. Wesela nie b?dzie, na wesele nic nie da, nikt na to wesele nie przyjedzie. Wi?c Czesiek wyjecha? z niczym. My?la?am, ?e jak zostan? sama to pr?dzej co? za?atwi?. Napisa?am do Cze?ka, ?e jak si? sytuacja troch? uspokoi, spróbuj? co? za?atwi?. W tym czasie odbywa? si? zlot m?odzie?y we Wroc?awiu, namioty rozstawione na Psim Polu, Czesiek jecha? z delegacj? z E?ku. Chcia? bardzo, abym z nim pojecha?a, nie pojecha?am, ale by?am na stacji w Czy?ewie i si? z nim widzia?am. Chcia? przyjecha?, ale wiedzia?am, ?e jeszcze pogorszy sytuacj?, jedyne wyj?cie mo?liwe by?o takie, do pracy musz? si? zg?osi? w E?ku przy ko?cu sierpnia. ?lub we?miemy w sobot? 04.09.1948 r. i to w Kalinowie, tam by?am jeszcze zameldowana tymczasowo i tam wysz?y nasze zapowiedzi. Czesiek pojecha? do Kalinowa i za?atwi? ?lub z ks. Tomaszewskim. Ja przyjecha?am ju? w niedziel?, bo 01. by? w ?rod?. Spowied? przed?lubn? odbyli?my u ks.K?ckiego, kolegi Cze?ka w ko?ciele. Ciocia Urszula przyjecha?a wcze?niej, aby przygotowa? przyj?cie, pomaga?a jej p. Czalejowa. Na ?lub przyjecha? tatu? i siostra Renia – mama nie przyjecha?a. By? pan Maciejowski, który przygotowa? mnie taki ?liczny bukiet ?lubny, ?e ks. Tomaszewski powiedzia?, ?e takiego pi?knego jeszcze nie widzia?. No niestety przez te mamy manipulacje kilka osób z Cze?ka rodziny i koledzy nie byli. Pani Maria z moimi uczennicami przystroi?a ko?ció? zieleni? i kwiatami, przysz?o troch? uczniów i znajomych z Kalinowa z?o?y? nam ?yczenia. Jeszcze musz? wspomnie? o jednym wydarzeniu, jakie mia?o miejsce jeszcze w Rosochatem. Którego? dnia siedzia?am na ganku i pisa?am list do Cze?ka, kiedy zbli?y?a si? jaka? kobieta, z wygl?du z miasta, z do?? du?a torb?. Spyta?a o mam?, a kiedy us?ysza?a, ?e zaraz przyjdzie, przysiad?a na schodku i na mnie patrzy?a. Mama nied?ugo przysz?a, zacz??y rozmawia?, wyj??a z torby jakie? nici, ig?y, agrafki i inne rzeczy, mama niektóre z nich kupi?a, wynios?a na talerzu miód i bu?k? cz?stuj?c kobiet?. Ta w pewnej chwili powiedzia?a, ?e chce mnie powró?y?, nie chcia?am, ale ona zacz??a mówi?, pisze pani list do ch?opca, jest blondynem, ma niebieskie oczy, ale nie jest pani pewna czy go wybra?, bo jest drugi. Ten jest ciemny, ma ciemne oczy, pani wie, ?e obaj pani? kochaj?. Niech mi pani poda r?k?, dalej – si? opiera?am, no podaj pani – powiedzia?a mama. Poda?am, ona popatrzy?a na moj? d?o? i rzek?a – b?dzie pani d?ugo ?y?a, a co do ch?opców to je?li pani wyjdzie za blondyna, to b?dzie pani mia?a pi?cioro dzieci i m?odo zostanie pani wdow?, je?li wyjdzie pani za tego bruneta, to pojedzie pani za ocean i zamieszka w obcym kraju. Nie przej??am si? t? wró?b?, chocia? mama wmawia?a mnie, abym jej nie lekcewa?y?a, by?a ona wtedy tak nieprawdopodobna, ale na moje nieszcz??cie si? spe?ni?a, nawet to, ?e b?d? d?ugo ?y?a. Wtedy te? pomy?la?am, ?e ona nie pierwszy raz odwiedza nasz dom, mama jej pewnie opowiada?a o ch?opcach moich i o k?opotach jakie jej sprawiam, wi?c z wygl?du mog?a ich zna?, ale dlaczego sprawdzi?a si? co do joty ta druga cz???, tego mama nie mog?a wymy?li?. Do dzisiaj jest to zagadka. Tak wi?c 04.09.1948 r. nasze drogi zesz?y si?. Byli?my ma??e?stwem – on ch?opak z gospodarki ze S?obody na Wile?szczy?nie i ja dziewczyna, córka szewca z Rosochatego Ko?cielnego, le??cego na skraju Podlasia. A spotka?y si? w E?ku, w mie?cie, które on wybra?, bo okolica przypomina?a mu Wile?szczyzn?, a ja, bo kocham wod?, rzeki i jeziora. Chocia? babcia Kostusia mnie pouczy?a, pami?taj, nie wychod? za ma?ego, ma?y ch?op jest pe?en kompleksów, nie wychod? za ch?opskiego syna, taki ?ony nie uszanuje. Czesiek nie by? ma?y, by? przystojny i nie przypomina? ’’wsioka’’, by? zdolny, inteligentny i powiedzia?, ?e mia? zamiar zosta? nauczycielem, a nie gospodarzem, chocia? by? jedynakiem. W?a?nie bycie jedynakiem, chyba najbardziej wp?yn??o na jego charakter. Na pocz?tku naszego ma??e?stwa wszelkie plany zaczyna?y si? od ’’ja’’. A teraz boli mnie serce, ?e dwoje moich dzieci opu?ci?o E?k, a wnuki oprócz Agaty uciekn? wszystkie. Ju? nie pami?tam jak to si? sta?o, ?e pierwszy rok pracy chocia? mia?am etat w szkole, przepracowa?am w Inspektoracie O?wiaty. Na pocz?tku z?o?ci?o mnie to bardzo, bo nie znosz? takiej siedz?cej pracy, ale kiedy okaza?o si?, ?e jestem w ci??y uzna?am, ?e to nawet lepiej. Praca by?a nudna, spokojna. Pozna?am prawie wszystkich nauczycieli z E?ku i powiatu. Irena przenios?a si? do Wi?niowa E?ckiego i nie pojawia?a si? w E?ku. Dowiedzia?am si? o niej dopiero na wiosn?, ?e wysz?a za m?? za Edka Karczmarczyka, konduktora na w?skotorówce, który z koleg? sprawdza? nam bilety i do nas si? zalecali. Troch? mnie to zdziwi?o, bo Edek by? od nas ?adnych kilka lat starszy a Irena na te jego umizgi prycha?a ze z?o?ci?. Edek wydawa? si? sympatycznym, drobnym blondynkiem, zw?aszcza gdy wchodzi? do wagonu w kolejarskim mundurze i bia?ych pepegach (latem). A wracaj?c do Ireny to jeszcze w ramach naszej przyja?ni umówi?y?my si?, ?e pierwszego mojego dziecka chrzestn? matk? b?dzie Irena a je jej. W naszym ?yciu ju? w grudniu nast?pi?a zmiana. Gdy tylko pobrali?my si?, Czesiek rozgl?da? si? za wi?kszym dla nas mieszkaniem. Wyszuka? na ul. Gda?skiej, pó?niej Dzier?y?skiego, a pó?niej znów Gda?skiej pod nr 4. Mieszkanie, które trzeba by?o wyremontowa?, gdy? podczas frontu trzecie pi?tro zosta?o uszkodzone. Fundusze da? Inspektorat O?wiaty. Mieszkanie by?o trzypokojowe z du?ym balkonem, ze sraczykiem na klatce. No i ul. Gda?ska jedna w pi?kniejszych wtedy w E?ku. Inspiracj? twórcz? Cze?ka sta? si? balkon i jego ukwiecenie. Ci??a przebiega?a prawid?owo. Przy badaniu i zmierzeniu mojej w?skiej miednicy lekarz powiedzia? mojemu m??owi, ?e poród mo?e by? ci??ki i nakaza? du?o ruchu. Wi?c m?? pod ró?nymi pozorami wyci?ga? mnie z domu na d?ugie spacery. Nie?wiadoma tego co mnie czeka, stawia?am opór, bo paradowanie z wypi?tym brzuchem nie by?o wtedy modne, a ja mia?am 21 lat. Mój m?? jedynak planowa? du?? rodzin?, po d?ugich pertraktacjach mia?a by? trójka dzieci. Zacz?li?my si? interesowa? piel?gnacj? niemowlaków, a poniewa? lektury na ten temat by?o ma?o, poszerzali?my nasz? wiedz? poprzez rozmowy z osobami do?wiadczonymi. Przygotowanie wyprawki te? nie by?o ?atw? spraw?. Kupowa?am cienk? tkanin? na pieluchy i flanel? na ko?derki. Wyci?gn??am szyde?ko i druty – jak dobrze, ?e umia?am si? nimi pos?ugiwa?. Mama odwiedzi?a nas chyba w kwietniu, ale jak dosz?o do tych odwiedzin nie pami?tam. Wiem, ?e przywioz?a swojemu wnukowi ?liczny becik z poszewkami, ozdobionymi koronk?. Kontakty moje z dawnymi przyjació?kami usta?y. Alina opu?ci?a szko?? w D?browskich, za to ci?gle mia?am do czynienia z ’’kumplami’’ mojego m??a, a tak?e zjawiali si? co jaki? czas kuzyni mojego m??a. Zapomnia?am jeszcze napisa? o pewnym wydarzeniu, które mia?o miejsce 15.10.1948 r. By? to dzie? moich imienin. Mój ma??onek musia? pojecha? s?u?bowo do Bia?egostoku, odebra?am ?yczenia od wspó?pracowników, wo?ny Popko poszed? na poczt? – kiedy przyszed? po?o?y? korespondencj? na Cze?ka biurku, a mnie wr?czy? paczk? i list. Nie pami?tam ju? jak si? wtedy czu?am i co mia?am robi?. Przesy?ka skierowana by?a na Kalinowo, kto? przeadresowa?. W paczce w ?adnym opakowaniu by?y s?odycze, ciastka i pi?knie wydany tomik wierszy z dedykacj? Teofila Ruczy?skiego, ojca Kazika. Czy dobrze post?pi?am, do dzisiaj mam w?tpliwo?ci. Napisa?am kartk? z podzi?kowaniem za ?yczenia i pami??, prezentów nie mog? przyj??, bo jestem ju? m??atk?, zaznaczy?am. Paczk? przepakowa?am i p. Popko nada? j? na poczcie, powiedzia?am mu, ?e to by?a pomy?ka. Czesiek o tym si? nie dowiedzia?, a o Kaziku kilka lat pó?niej. Z otoczenia mojego m??a zna?am kumpli, emigrantów, kilka rodzin emigrantów, p. Czalejow? z synem Bogdanem, cioci? Urszul?, nied?ugo mia?am pozna? braci Skaczków mieszkaj?cych w Sulimach ko?o Gi?ycka. Skaczkowie podczas okupacji dzia?ali w AK na Wile?szczy?nie, aby unikn?? aresztowania wskoczyli do Armii Berlinga. Jan by? przedwojennym podoficerem a Antek by? m??em Geni, córki Aleksandra, brata te?ciowej. Kiedy ich pozna?am – je?dzili?my do nich kilka razy, mieszkali w du?ym domu po bauerze, mieli pi?kn? bryczk?, dwa konie, gospodarstwo domowe prowadzi?a im Mazurka, a oni u?ywali ?ycia. Jan i Antek ju? nie ?yj?, w ksi??ce telefonicznej Gi?ycka figuruje jeszcze najm?odszy Skaczko – Franek. Nie pami?tam, kiedy pojawili si? bracia Raginiowie Artur i Rudolf. Pokrewie?stwo ich z Cze?kiem by?o takie, ?e moja te?ciowa nazywa?a ich matk? cioci?. Mieli do?? du?y maj?tek, mieszkali w S?obodzie, wi?c ich zwi?zki rodzinne by?y do?? silne. Sowieci wywie?li ich rodzin? na Sybir. Ojciec utopi? si? w rzece, przy wyr?bie drzewa w tajdze. Rudolf jako starszy dosta? si? do Armii Andersa, doszed? do W?och, tam sko?czy? medycyn? i wróci? do Polski, zamieszka? we Wroc?awiu. Artur z Armi? Berlinga przeszed? front. W stopniu kapitana s?u?y? w Olsztynie. Potem zosta? wys?any do Moskwy na studia. Po powrocie awansowa? on do stopnia genera?a. Dosta? will? we Wroc?awiu z wartownikiem u bramy. Mieszkali w niej obaj z Rudolfem. Nie pami?tam w którym roku zosta? zabity na polowaniu w lasach ko?o Wroc?awia, zna? Jaruzelskiego ( nie ustalono czy by? to przypadek czy zabójstwo ). Mieli dwie siostry zam??ne, Loni? lekark? w Jeleniej Górze (Bychowiec) i Maryl?, z m??a Szylko mieszkaj?c? na wsi ko?o Jeleniej Góry. Matka ich mieszka?a z córk? Leoni?. Poznali?my Olimk? Tarazewicz i jej matk? Zofi?. Mieszka?y w Gi?ycku, Olimka by?a piel?gniark?, potem przenios?a si? do Olsztyna, pracowa?a w Poliklinice, Olimka by?a córk? W?adys?awa, brata te?ciowej. Pozna?am W?adka Bo?ta z Kwidzynia. By? synem W?adys?awy, siostry te?ciowej. Potem poznam ca?? rodzin? Bo?tów. W pierwszym roku naszego ma??e?stwa pierwszym wydarzeniem by?a zmiana mieszkania a drugim narodziny Andrzeja. Poród trwa? d?ugo – urodzi?am go przez masa? – tak to si? nazywa?o, a by?o to wyci?ni?cie go. Ca?e szcz??cie, ?e ch?opiec by? silny, wa?y? 3,5 kg i to wytrzyma?, ja to odczu?am gorzej, wysz?am z tego z p?kni?ciem szyjki i ty?ozgi?ciem. Przez dwa lata boryka?am si? z tymi problemami. Wed?ug orzeczenia prof. Dzierzki z B-stoku mia?am jedn? szans? na sto, ?e zajd? jeszcze w ci???. Tak bardzo by?o bolesne to dla mnie prze?ycie, ?e nast?pne dzieci rodzi?am w domu ( ale wtedy jakie wspania?e by?y po?o?ne, jak pani Hulowa, która przyj??a czwórk? moich dzieci, bez komplikacji. Przez okres ci??y zbierali?my pieni?dze na wózek, który nie by? ani tani, ani ?atwy do zdobycia, trzeba go by?o przy pomocy znajomych sprowadzi? ze ?l?ska. Podczas mojego pobytu w szpitalu Czesiek naby? za te pieni?dze ?ód?, t?umacz?c, ?e to by?a super okazja. Zrobi?am straszn? awantur?. Druga sprawa to imi? synka lub córki. Zastanawiali?my si? nieraz nad tym, ale nie dochodzi?o do porozumienia. Kiedy jeszcze le?a?am w szpitalu Czesiek napisa?, ?e nasz synek b?dzie nazywa? si? Andrzej – Andruszka, bo jego serdeczny kolega mia? takie imi?. Nie bardzo mnie ono pasowa?o, ale z czasem spodoba?o si?, by?o do?? m?skie. Andrzej by? zdrowym i pogodnym dzieckiem, ale ja mia?am k?opoty ze zdrowiem i piersiami, mia?am bardzo ma?e brodawki, wi?c pop?ka?y, krwawi?y, w piersi wyst?pi?o zapalenie, bardzo cierpia?am. Andrzej pop?akiwa? g?odny i wtedy przyjecha?a mama z po?ciel? do ?ó?eczka, oceni?a sytuacj?, kaza?a kupi? butelk?, smoczek, mleko od krowy brali?my – odpowiednio je przygotowa?a. Pami?tam, ?e Andrzej wypi? ca?? ?wiartk? i zasn?? jak suse?. Pocz?tkowo usi?owa?am go karmi? i piersi? i butelk?, ale chyba gdzie? po czterech miesi?cach przeszed? na butelk?. W 1949 r. Czesiek zacz?? nauk? w wieczorowym liceum, bo okaza?o si?, ?e ma tylko ma?? matur?. 05.09.1949 r. wzi?li?my ?lub cywilny, kiedy okaza?o si? przy rejestracji syna, ?e ?luby ko?cielne i akta chrztu ko?cielnego s? niewa?ne. Takie zacz??o obowi?zywa? prawo. Je?li chodzi o chrzest Andrzeja, to sprawa te? by?a burzliwa. Jeszcze w Kalinowie obiecywa?y?my sobie z Iren?, ?e nasze pierwsze dzieci b?dziemy trzyma? do chrztu, moje ona a ja jej. Kiedy nadszed? ten moment, mój m?? przedstawi? swojego kandydata, Jurka Siemiatkowskiego, a ja Irk?. Wtedy mój m?? o?wiadczy?, ?e Irka w ?adnym wypadku. Nie wiedzia?am o co chodzi, wi?c postawi?am spraw? jasno, albo wyja?ni o co chodzi albo b?dzie Irka. Wtedy mój biedny m?? wyja?ni? mnie, ?e Irka nie jest wcale tak? moj? wiern? przyjació?k?, bo wtedy jak by?am chora na angin? i do E?ku nie pojecha?am, wykorzysta?a okazj?, aby mu odradzi? ma??e?stwo ze mn?, poniewa? nie traktuj? go powa?nie, maj?c bliskie kontakty z innymi panami i tu pad?y nazwiska. By?am tym tak zaskoczona, ?e nie mog?am uwierzy?. Czesiek mnie zapewni?, ?e jej nie uwierzy?, poniewa? ju? dawno zauwa?y?, ?e ona na niego leci, a on dawa? jej do zrozumienia, ?e nie jest ni? zainteresowany. Chrzestn? matk? naszego syna zosta?a moja siostra Genia. W 1949 r. zacz??am prac? w Szkole Nr 1. Budynek szko?y znajdowa? si? nad rzek? E?k na terenie koszar. Trzypi?trowy, z jasnymi salami, wysokim podpiwniczeniem, du?ym boiskiem od frontu i ogrodem od rzeki. Za Niemców mie?ci?a si? tu szko?a ’’Hitlerjungen’’. W budynku mie?ci?y si? dwie szko?y, parter i I pi?tro zajmowa?a Szko?a Nr 1 a drugie i trzecie pi?tro Szko?a Nr 2. Kierownikiem naszej szko?y by?a Helena Zosimowicz – pó?niej Piotrowska, repatriantka, przedwojenna nauczycielka, tak jak wi?kszo?? z nich – Roman Zofia, Stadnicka Leokadia, Romanowska Janina, Januszewska Joanna, Piero?y?ska Helena, Szymonis Helena – moja przyjació?ka 1915 r. i troje m?odych nauczycieli: Jadwiga Tarazewicz, Edward Marczak, Kazimierz Mroczkowski, ju? absolwenci e?ckiego liceum. Po Kalinowskiej szkole, ta wydawa?a mnie si? prawdziwie miejska. Pokój nauczycielski, sekretariat, ?wietlica. Przedmioty dosta?am nie te, które lubi?am, jak chemia, biologia i geografia, polski – ten lubi?am. No, ale wtedy nauczyciel by? specjalist? od wszystkich przedmiotów, a ?e uczy? te? tych, które nie lubi?, to specjalnie nikogo nie martwi?o. Chemii pozby?am si? ju? w nast?pnym roku, ale biologia prze?ladowa?a mnie d?u?ej, bo okaza?o si?, ?e mam osi?gni?cia w tym przedmiocie, a do swojej ulubionej historii dosz?am po sko?czeniu Studium Nauczycielskiego. Po trzech latach pracy zosta?am zwolniona ze zdawania egzaminu praktycznego i zosta?am nauczycielem mianowanym. Szko?a swym zasi?giem obejmowa?a ca?e miasto z Zydlungiem i Syb? (Szyba) a m?odsze prawie ca?e miasto, oprócz Kajki, W. Wasilewskiej, ko?ca Woj. Polskiego – przy Lic. Pedagogicznym by?a ?wiczeniówka i Syb? – szko?a I – IV. Do szko?y Nr 1 nale?a?y numery domów nieparzyste, a do Nr 2 parzyste. Ka?dy do szko?y mia? kawa?ek drogi, ale po?o?enie szko?y by?o pi?kne, rzeka za ni?, tereny zadrzewione, ale niezamieszkane, niedaleko boisko sportowe. Atmosfera pracy dobra, ale praca ci??ka, m?odzie? z ró?nych stron Polski. Najwi?cej by?o dzieci emigrantów tzw. Zabu?an, Wile?szczyzna, okolice Grodna, Pi?ska, Lwowiaków by?o niewielu, no i przybysze z okolic Augustowa, Grajewa, W?sosza, przybysze z Kurpi, ludno?? z terenów biednych, przygranicznych. Np. z Rosochatego wyjecha?y tylko dwie rodziny. Np. Kalinowo zasiedlili ludzie z jednej dworskiej wsi i wyrobnicy dworscy ze wsi ko?o Barg?owa. Wi?c nie ?atwo by?o uczy? takie dzieci, w dodatku miejskie, wiejskie. W roku 1949 Renia wysz?a za m?? za Leopolda Rosi?skiego, zwanego Leonem. Poznali si? w miejscu pracy. Zamieszkali na Warszawskiej, mieszka?a tam jeszcze siostra Genia, która sko?czy?a Liceum Administracyjne i zacz??a prac? w Urz?dzie Wojewódzkim jako sekretarka szefa Wojewódzkiego Funduszu Odbudowy Stolicy na który wp?acali wszyscy pracuj?cy w Polsce ( potr?cano z poborów ). W roku 1951 Genia zosta?a oddelegowana s?u?bowo do Zielonej Góry, tam pozna?a Miko?aja Sweryda ( Poznaniaka ) porucznika milicji. W roku 1952 pobrali si?, zamieszkali w willi na ul. Klonowej. Po wydaniu trzech córek za m?? w domu pozostali rodzice, Wiesiek i Rysiek. Malutki Rysio nie sprawia? ?adnych problemów, ale Wiesiek mia? trudny charakter i w starszych klasach podstawówki sprawia? k?opoty. W kl. VI dosta? promocj? warunkowo i by?a obawa, ?e siódmej klasy nie sko?czy. Zabra?am go do E?ku, po uko?czeniu kl. VII Genia zabra?a go do Zielonej Góry, gdzie sko?czy? szko?? zawodow? jako tokarz, a skierowanie do pracy dosta? do Bytomia do Huty Zygmunt. W tym czasie, gdy by? Wiesiek mieszka? u nas szwagier p. Czalejowy, W?adek Czalej, brat jej m??a ( który zgin?? w Katyniu ). Czesiek za?atwi? mu prac? i chodzi? do wieczorowej szko?y. Zapomnia?am jeszcze wspomnie? o naszym piesku, Ciupie, mia?a to by? male?ka psinka, jak jej matka, czarna, puszysta, a wyrós? na rude z?o?liwe psisko. Ukwiecenie balkonu by?o m??a honorem, za?o?enie ogromnego akwarium, pasj? fotograficzn?, w?dkowanie, konserwowanie ?ódki ( chocia? nie by?o czasu, aby z niej korzysta? ). Wolna by?a tylko niedziela. Czesiek realizowa? te swoje pasje z prawdziw? determinacj? i uporem. A przecie? wi?kszo?? jego pracy polega?a na wyjazdach na konferencje, szkolenia, wizytacje placówek w terenie. Na jego g?owie by?y przedszkola, dom dziecka, pó?kolonie, kolonie, sto?ówki szkolne, szkolenie nauczycieli w tym zakresie. Wtedy zrodzi? si? pomys? kupienia motoru. Nie pami?tam jak d?ugo na niego czeka?, ale mu dano przydzia? i kupi?. Od dawna chodzi?y pog?oski, ?e wojsko chce zabra? nam budynek, ale sta?o si?. Rok szkolny 1950/51 zacz?li?my na ul. Ko?ciuszki w niewielkiej kamienicy, po internacie handlówki. Czeka?y nas niezmiernie trudne lata. Ciasnota ogromna, na przerwach, ca?a klatka schodowa od parteru po III pi?tro, zape?niona m?odzie??. Trudno by?o si? przepchn??. Przyby?o du?o nowych nauczycieli, a w?ród nich Janina Roszko, pó?niej Gordziewicz i Genio Biedrzycki, mieszkaj?cy na Gda?skiej. Z Niusi? zawar?y?my wspania?? przyja??. Miasto na nowy budynek szkolny przeznaczy?o ogromny gmach przy ul. Ma?eckich, ale zniszczony i trzeba go by?o nie tylko odremontowa?, ale i dostosowa? do potrzeb szko?y. Dopiero rok szkolny 1953/54 zacz?li?my w nowej szkole. Rok 1952 by? dla naszej rodziny pomy?lny, by?am w ci??y. Tak bardzo chcia?am mie? córeczk?. Czesiek pomóg? Irenie w przeniesieniu do E?ku. Mia?a ju? córeczk? Marysi?, kilka miesi?cy m?odsz? od Andrzeja, a teraz oczekiwa?a razem ze mn? na drugie dziecko. Urodzi?a trzy tygodnie wcze?niej córeczk? Ew?, a ja nied?ugo potem córeczk? – by?am szcz??liwa. Druga ci??a by?a bardzo trudna, bola? mnie bardzo kr?gos?up, mia?am niskie ci?nienie, nie znosi?am ostrych zapachów, wi?c kilka razy zemdla?am. W dodatku mój ma??onek robi? roczny kurs pedagogiczny w zakresie opieki nad dzieckiem i to musia? mie? zaj?cia stacjonarne a? w Bydgoszczy. Zachowa?a si? z tego okresu nasza korespondencja. Poród odby? si? w domu, by? w normie, jak powiedzia?a po?o?na. Dziecko wa?y?o 3,200. Wygl?da?o na drobne, w nocy pop?akiwa?o, by?o wra?liwe. Chcia?am, aby nazywa?o si? Danuta, jak moja serdeczna przyjació?ka Danka Kalinowska z gimnazjum, ale mama zawetowa?a z powodu krowy Józefata z Rosochatem, na któr? wo?ali Danka. Mama zaproponowa?a imi? Wanda ( mama nam ?piewa?a o niej pi?kn? piosenk? ), ty jeste? Jadwiga, a ona b?dzie Wanda, dwie wspania?e Polki. Rodzicami chrzestnymi Wandy by?a siostra stryjeczna Cze?ka Irena Tarazewicz z Legnicy, a ojcem chrzestnym Jurek Mackiewicz. W latach 1950-52 wydarzy?o si? du?o. Mój te?? Mieczys?aw Tarazewicz zosta? aresztowany razem z te?ciow? przez Niemców za wspó?prac? z AK i osadzeni w wi?zieniu w Miadziole, a potem w Wilejce. Czesiek skry? si? w oddziale AK na fa?szywych papierach, a rodzina zacz??a starania o ich uwolnienie. Przekazano pewn? ilo?? z?ota i te?ciowa zosta?a uwolniona, a za uwolnienie te?cia ??dano dop?aty, ale te?ciowa odmówi?a twierdz?c, ?e je?li j? uznano za niewinn? to jej m??a te?. Niestety te?cia wywieziono – ?lady wiod?y do O?wi?cimia. Dotychczasowe poszukiwania przez Czerwony Krzy? nie przynios?y efektów, wi?c wybrali?my si? do O?wi?cimia. To by?o prze?ycie makabryczne. Nic jednak nie dowiedzieli?my si?, z powodu niepe?nej dokumentacji jak? wtedy posiadano. Czesiek wype?ni? tylko szczegó?ow? ankiet? wpisuj?c dane, które zna?. Z O?wi?cimia pojechali?my do Karpacza, a w?a?ciwie to do Jeleniej Góry w odwiedziny do ciotki Bychowiec. Przy okazji zwiedzili?my Karpacz i wspi?li?my si? na ?nie?k?. W roku 1951 odbyli?my podró? statkiem z Gi?ycka do W?gorzewa – odwiedzaj?c krewnego cukiernika z Wilna, który mia? cukierni? w W?gorzewie. U niego w domu jad?am po raz pierwszy s?kacz, a w jego piekarni widzia?am jak go si? piecze. Powrotna podró? okaza?a si? do?? gro?na. Kiedy stateczek wp?ywa? z jeziora w w?ski kana?, nadesz?a burza, wichura. Stateczkiem zacz??o miota? od ?ciany do ?ciany kana?u. Pasa?erowie skupieni w kabinie mieli porz?dnego stracha. Wtedy mój biedny m?? tul?c do siebie Andrzejka odezwa? si? do mnie w?ciek?y ’’je?li mojemu synkowi co? si? stanie, to ci? zabij?’’. Synek to tak?e mój i nic mu si? nie stanie, odrzek?am. Czesiek mnie pó?niej przeprosi?, bo by? na mnie z?y, ?e go na ten statek namówi?am. W lipcu na tydzie? wyskoczyli?my do Elbl?ga do ciotki Urszuli i wuja Jana. Ich dzieci Marian i Benia byli w domu, najstarsza W?adzia by?a poza domem. By?a natomiast u nich ciotka Anna z Legnicy ( stryjeczna siostra Urszuli ), któr? ja pozna?am, a Czesiek zobaczy? po raz pierwszy po wojnie. Od niej Czesiek si? dowiedzia?, ?e jej brat Sawery ( a jego stryjek ) mieszka w gospodarstwie nad Odr? w Strzegowie p. Gubin. Podczas pobytu w Bydgoszczy Czesio go odwiedzi?, a ten przez kilka lat przesy?a? nam worek ( chyba z 10 kg ) orzechów w?oskich, drzewa te ros?y u niego w ogrodzie. Pobyt u Syropiatków w Elbl?gu by? bardzo udany. Oboje wujostwo byli lud?mi ?wiat?ymi i serdecznymi. W sierpniu 1951 r. jeste?my w Rosochatem. Przyjecha?a tak?e Genia i Renia z synkiem Witkiem. Na zdj?ciach jeste?my w ogrodzie, my oboje z Andrzejem i Rysiem nad Brokiem i w Broku. Sad pe?en owoców i by?a jeszcze krowa. Czesiek sko?czy? liceum i otrzyma? matur?. Je?li chodzi o krow?, to wspomnia?am j?, poniewa? wróci?o wspomnienie przepysznych serów i twarogów robionych przez mam?, a na wspomnienie ?azanek z twarogiem i ?mietan? ?linka mnie cieknie. Sytuacja w pracy i u mnie i u m??a pogarsza?a si?. W kuratorium zacz?to wymian? kadr polegaj?c? na usuwaniu Polaków a przyjmowaniu pracowników narodowo?ci bia?oruskiej. W naszej szkole usuni?to kier. Helen? Zosimowicz – Piotrowsk?. Na jej miejsce przyszed? Bia?orusin Aleksander Poczykowski pochodz?cy z Bielska Podlaskiego, cz?owiek bezkompromisowy, wielbiciel sowieckiego porz?dku. Szko?a pod jego rz?dami zamienia?a si? w instytucj? karno – dyscyplinarn?. Na radach pedagogicznych nie mo?na by?o swobodnie wypowiedzie? si?, mie? swoje zdanie. Toczy?a si? sprawa usuni?cia religii ze szkó?. Kiedy do tego dosz?o, biega? po salach i sam zdejmowa? krzy?e, bo wiedzia?, ?e tego nikt nie zrobi i nie dlatego, ?e wszyscy byli za, tylko byli przeciwni w jaki sposób t? spraw? rozwi?zano. Kiedy warunki lokalowe pracy poprawi?y si?, to atmosfera pracy g?stnia?a. W marcu 1953 roku zmar? Stalin, oficjalnie ca?y kraj mia? by? pogr??ony w wielkiej ?a?obie, no i oficjalnie zrobiono co trzeba, ale nie przypominam sobie, aby w naszym najbli?szym otoczeniu kto? ?a?owa? tego ’’potwora’’, wr?cz odwrotnie liczono, ?e sko?czy? si? kult jednostki, to mo?e zmieni si? na lepsze, co sta?o si? dopiero w 1956 r. podczas XX zjazdu Partii Zwi?zku Radzieckiego, kiedy w s?ynnym referacie Nikita Chruszczow odkry? zbrodnie, jakich dopu?ci? si? Stalin. U nas by? wtedy Pa?dziernik, referat Gomu?ki i odpr??enie, pewien powiew swobody – niestety nie na d?ugo, chocia? tamten z?y okres si? nie powtórzy?. W 1953 roku urodzi?a si? Hela, poród rozpocz?? si? w drodze do szko?y na ul. Orzeszkowej, w dniu zako?czenia roku szkolnego. Urodzi?am j? szybko, kiedy wbieg?a po?o?na jeszcze zd??y?a j? przyj??. Rodzicami chrzestnymi jej zostali p. Czalejowa i Antek Skaczko. Mia?o to by? nasze ostatnie dziecko, wi?c o imi? spierali?my si? i dlatego w ko?ciele ochrzczona zosta?a Helena – Krystyna, a w Urz?dzie Stanu Cywilnego Czesiek wpisa? Krystyna – Helena. Tak jak ju? wspomnia?am wydarzenia polityczne mia?y odbicie w pracy instytucji pa?stwowych. Inspektorat O?wiaty przeniesiono do budynku Urz?du Powiatu – prawe skrzyd?o I pi?tro. Inspektorowi przydzielono za mieszkanie dwie ma?e klitki w budynku szko?y Nr 1, boczne wyj?cie na I pi?trze. Mieli?my ju? na utrzymaniu spor? rodzin?. Czesiek zacz?? rozgl?da? si? za lepiej p?atn? prac?. Otrzyma? propozycj? dyrektora Miejskiego Zarz?du Budynków Mieszkalnych. Poniewa? kierowanie innymi by?o jego natur?, wi?c praca mu odpowiada?a, no i zarobki by?y du?o wy?sze. Na jego miejsce w Inspektoracie przyszed? Czesio Zawadzki, nauczyciel z jakiej? wioski w powiecie Gi?ycko. Wspomnia?am o niektórych wydarzeniach, ale wtedy ?yli?my w wielkim strachu przed wybuchem nowej wojny ?wiatowej. Korea stan??a w ogniu wojny, w któr? wpl?tane by?y USA, Rosja, Chiny. I w?a?nie wtedy osi?gni?to porozumienie, którego skutki do dzisiaj obowi?zuj? – podzia? Korei na Pó?nocn? i Po?udniow?. W roku 1954 stan??y przed nami nowe wyzwania ?yciowe. Zasz?am czwarty raz w ci??? i zaistnia?a mo?liwo?? zmiany mieszkania. Trzecie pi?tro dawa?o nam si? we znaki i chcieli?my mie? jaki? skrawek zieleni dla dzieci. Uda?o si? i w maju przeprowadzili?my si? do nowego mieszkania ul. Gda?ska 27/4 ( wtedy ul. Dzier?y?skiego ). Mieszkanie na I pi?trze, du?e pokoje, ?azienka, centralne ogrzewanie, pi?kne podwórko i ?liczny ogród, od Gda?skiej do Toru?skiej z altank? w cz??ci zadrzewionej. Raj dla dzieci. I wtedy mój ma??onek mia? pole do popisu. Odezwa?a si? krew rolnika. Sadzi?, przesadza?, zak?ada? okna inspektowe, zmusza? nas do jedzenia szpinaku, fasoli szparagowej, a produkowa? tego za du?o, wi?c nie da?o si? wszystkiego skonsumowa?. Wraz z mieszkaniem dostali?my dwa ma?e stryszki, dwie piwnice i chlewik. W bloku w piwnicy by?a pralnia, du?y kocio? do gotowania, wanna, krany z wod? i ?ciek, co u?atwia?o pranie. By? tak?e du?y strych do suszenia bielizny. Wygodnie nam si? tam mieszka?o, to mieszkanie sta?o si? dla moich dzieci miejscem bardzo rodzinnym. W zwi?zku z przyj?ciem na ?wiat czwartego dziecka postanowi?am uczy? w klasach m?odszych, wi?c mog?am z domu wychodzi? o godz. 10:00, 11:00. W godzinach rannych te?ciowa robi?a zakupy, a ja przygotowywa?am ?niadanie, przygotowywa?am drugi posi?ek, sprawdza?am jak maj? by? ubrane dzieci na podwórko. Zaprowadza?am jaki? ?ad w ich ?yciu. Wraca?am w tym samym czasie co Czesiek, jedli?my obiad. T? moj? pierwsz? klas? zapami?ta?am do dzisiaj. Odwiedza?am ich domy, zna?am wi?kszo?? rodziców. Wielu z nich ju? odesz?o od nas. Kiedy rodzi?am Czesi?, mój ma??onek by? w rezerwie w E?ku i pracowa? w WKR. Wpad? do domu po papierek, ?e urodzi?o si? dziecko i spieszy? si? do urz?du, aby j? zameldowa? i dosta? trzy dni urlopu, ?e nie ustalili?my jak ma si? nazywa?. Dopiero w urz?dzie, kiedy urz?dniczka spyta?a go – Imi?, powiedzia? Czes?aw, a ona spyta?a czy to ch?opiec, dziewczynka odpowiedzia?, a to Czes?awa – rzek?a – nazwisko Tarazewicz, chwileczk? powiedzia? mój wystraszony m??, ale ja nie spyta?em ?ony jak jej damy na imi?. Czes?awa to pi?kne imi? i b?dzie je mia?a po tatusiu – no tak odpowiedzia? mój m??. Kiedy wróci? do domu spyta?am, chyba jej nie zapisa?e? – zapisa?em, a jak – Czes?awa, my?la?am, ?e wyskocz? z ?ó?ka, chcia?am czym? w niego rzuci?, ale nie mia?am czym. Mój ma??onek usiad? na fotelu i powiedzia?, nie wiem o co ta awantura, ja mam na imi? Czesio i nikt mnie nigdy nie powiedzia?, ?e jest brzydkie, a wiesz dlaczego, bo jestem ?adny, ty te? mnie wzi??a?. Moja córka b?dzie taka ?adna, ?e nikt jej nie powie, ?e ma brzydkie imi?. No i prawda nasza córka wyros?a na pi?kn? dziewczyn?, wszystkie nasze dzieci by?y pi?kne. Kiedy? babcia Wojtaszkowa powiedzia?a, ?e wnuki z E?ku s? najpi?kniejsze z jej wnuków, nawet s?siadki tak mówi?. Jesieni? 1954 r. m?? pod naciskiem moim i te?ciowej sprzeda? motor. Obecna praca nie wymaga?a jego posiadania, a w latach kiedy nim je?dzi? nie raz szarpa? nam nerwy, kiedy na umówiony czas nie wraca?. Za sprzedany motor kupi? dwa rowery niemieckie, m?ski i damk?, którymi mieli?my przemierza? polne i le?ne drogi z koszykami z naszymi dzie?mi. Poniewa? na te spacery zawsze brakowa?o czasu, podobnie jak p?ywanie ?ódk?, rowery zosta?y sprzedane. ?ódka zosta?a, tylko zmienia?a miejsce postoju – chyba w kwietniu 1955 roku zacz??o si? nasze nieszcz??cie. Nasza córeczka Wanda dosta?a zatrucia pokarmowego, by?o na tyle silne, ?e dziecko znalaz?o si? w szpitalu, kiedy stan ju? zacz?? si? poprawia?, dowiedzieli?my si?, ?e znów jest gorzej, bo dziecko dosta?o zapalenia p?uc. Byli?my przera?eni, przypomnia?am sobie, ?e dr. Sienicki z Krzeczkowa, dobry znajomy taty i mamy jest dyrektorem Kliniki Dzieci?cej na Kopernika w Warszawie. Odnale?li?my jego prywatny numer telefonu, przedstawi?am si? kim jestem i jaki mam problem. Kaza? dziecko przywie??, je?li lekarz uzna, ?e zniesie podró?. Wieczorem przy pomocy znajomej piel?gniarki wynie?li?my j? ze szpitala. Dr. Szorc zbada? j? i kaza? jecha?. Na rano byli?my w szpitalu. Zbadano j? dok?adnie i tylko jedno pad?o pytanie, dlaczego tak pó?no zwracamy si? o pomoc do lekarza? Kiedy powiedzieli?my, ?e przywie?li?my j? prosto ze szpitala w E?ku to nie mogli uwierzy?. Stwierdzili, ?e stan dziecka jest ci??ki, ale nie beznadziejny. Poniewa? Czesiek musia? wraca? do domu, za?atwi? mnie dwutygodniowy urlop bezp?atny. Zamieszka?am u babci Konstancji na ul. Solnej. W mieszkaniu, które zajmowa?a z synow? i wnukami mia?a swój do?? ?adny pokój, korytarz z kuchenk? i sraczykiem. Biega?am w pierwszych dniach kilka razy do szpitala z dr?eniem w sercu, ?e us?ysz? to najgorsze. Po kilku dniach us?ysza?am, ?e ?yciu mojego dziecka ju? nic nie zagra?a, wtedy zauwa?y?am, ?e jestem w Warszawie. Bieg?am z Kopernika przez Krakowskie Przedmie?cie, Ogród Saski, Plac Bankowy na Elektoraln? i Soln?. W podzi?ce posz?y?my z babci? do ko?cio?a ?w. Anny i na p?czki do Bliklego. Czesiek przyje?d?a? na ka?d? niedziel?, kupowali?my ró?ne zabawki. Zobaczyli?my j? dopiero po dwóch tygodniach przez oszklone drzwi, sta?a w ?ó?eczku ostrzy?ona, chudziutka, wyci?ga?a do nas r?czki i p?aka?a. Jeszcze min?? miesi?c zanim mogli?my j? zabra?. Po rozmowie z lekarzem postanowili?my, ?e pojad? z ni? do Rosochatego. Przez dwa tygodnie wygrzewa?y?my si? na s?o?cu, pi?a ?wie?e mleko, jad?a mase?ko i jajka. By?a zagubiona, ci?gle si? do mnie przytula?a, wi?c te dwa tygodnie bardzo dobrze wp?yn??y na jej zdrowie, nabra?a apetytu i kolorków. Lipiec sp?dzili?my w domu, w ogrodzie, na ?ódce, która wtedy by?a na jeziorze w Mrozach pod opiek? Ko?ciewicza, szwagra mojej te?ciowej. Przywlók? on si? do nas gdzie? znad Odrza, czeka? na przyjazd rodziny z Rosji i szuka? miejsca na osiedlenie. Pierwsza jego ?ona Aldona by?a siostr? te?ciowej, po porodzie chorowa?a i gdy Kazik, ich syn, mia? cztery lata zmar?a. Druga ?ona Bia?orusinka z trójk? dzieci czeka?a na repatriacj?. We wspomnieniach te?ciowej ten facet jawi? si? jako pies na folwarczne dziewki, gdy jeszcze Aldona ?y?a ( by? zarz?dc? w jakim? maj?tku ), a teraz gdy si? zjawi? te?ciowa okazywa?a mu wiele serdeczno?ci i nie pop?dza?a Cze?ka, aby za?atwi? mu w pobli?u E?ku jakie? gospodarstwo. Po wielkich trudach i kosztach ( naszych, bo facet nic nie mia? ), dosta? dom i gospodarstwo w Mrozach. Mia? nam si? wyp?aca? za to, do ko?ca ?ycia – tak mówi?. Z tych obietnic zosta? s?oik miodu i chyba przez dwa lata pilnowanie ?ódki. Opisa?am to tak dok?adnie, bo nie mog?am si? nadziwi? mentalno?ci tych ludzi, ?e zjawiali si? bez zapowiedzi – jedli i spali po kilka miesi?cy, liczyli na wszelk? pomoc, uwa?aj?c to za rzecz normaln? i w dodatku byli to krewni ’’siódmej wody po kisielu’’.
W sierpniu przyjecha?a do nas Olimka, zostawili?my dzieci pod jej i te?ciowej opiek? i wyjechali?my w dawn? obiecan? wizyt?, do Gda?ska do rodziny Gintowtów. Mieszkali na Orunii na osiedlu domków jednorodzinnych. Wspania?a rodzina, matka, dwie siostry i dwóch braci. Wszyscy muzykalni, akordeon, cymba?y, skrzypce, gitara. Ca?e dnie zwiedzali?my Trójmiasto, a wieczorem rodzina si? schodzi?a i na nasz? cze?? odbywa?y si? koncerty. Po dramatycznych prze?yciach jakich do?wiadczyli?my, ten urlop by? wspania?ym prezentem. Dzwonili?my cz?sto do domu upewniaj?c si?, czy wszystko w porz?dku. Oboje byli?my po raz pierwszy nad morzem. Byli?my na pla?y w Sopocie, Jelitkowie, to jednak chocia? morze zrobi?o na nas wra?enie to ca?ymi dniami zwiedzali?my Gdyni?, Sopot, Oliw?, Wrzeszcz, Gda?sk. Wrócili?my wypocz?ci, obiecuj?c, ?e oni odwiedz? nas, a my ich, do czego ju? nie dosz?o. Wspomnia?am o cz?stych sublokatorach w naszym domu. Jednym z nich okaza? si? mój brat Wiesiek, a dosz?o do tego chyba jesieni? 1954 r. Czesiek wyje?d?a? chyba na dwa tygodnie do jakiej? wypoczynkowej miejscowo?ci na ?l?sku, na szkolenie. Kiedy mama o tym si? dowiedzia?a poprosi?a go, aby odwiedzi? Wie?ka, który pracowa? w Bytomiu w hucie Zygmunt a mieszka? w hotelu robotniczym. Mama zauwa?y?a, ?e on przepuszcza zarobki, bo nic sobie nie kupuje, a do domu przyje?d?a w dziurawych skarpetach. Czesiek stwierdzi?, ?e w hotelu wi?kszo?? lokatorów to starsi robotnicy, którzy naci?gaj? m?odych na papierosy i picie i wed?ug relacji starego górnika na portierni nic dobrego z tego nie wyniknie. Czesio to mamie przekaza?, a ta zobowi?za?a go do za?atwienia tej sprawy. Wi?c za?atwi? mu prac? w E?ku, no i zamieszka? u nas. Mama by?a szcz??liwa, ?e k?opotu si? pozby?a, a ja na kilka lat wpl?ta?am si? w sytuacj? bez wyj?cia. W roku 1955 otworzy?a si? mo?liwo?? wyjazdu do Zwi?zku Radzieckiego, a w?a?ciwie na Wile?szczyzn?. Czesiek z?o?y? odpowiednie dokumenty i czekali?my na powiadomienie. Dopiero w roku 1956 uzyskali?my mo?liwo?? wyjazdu. Sytuacja si? nam skomplikowa?a, bo by?am w ci??y. Wydawa?o si?, ?e z wyjazdu b?d? nici. Jednak termin wyjazdu si? przed?u?a?, a my wyjechali?my w sierpniu pierwszym poci?giem. ’’Inturyst’’ z Warszawy przez Terespol, Grodno, Baranowicze, Wilno. Nie ?atwo by?o opu?ci? dom, Marek mia? nieca?e trzy miesi?ce, ale nie by?o wyj?cia, nie wiadomo by?o czy jeszcze kiedy? pozwol? wyjecha?. Zdarzy?a si? jeszcze przed wyjazdem mi?a sytuacja. Na pocz?tku lipca Czesiek by? dwa tygodnie na jakim? kursie w W-wie i odszuka? swojego koleg? ze S?obody Janka Kulaszewicza. Janek studiowa? muzyk?. Rodzina Kulaszewiczów mieszka?a w domu moich te?ciów – dom by? wynaj?ty na posterunek Policji. Kulaszewiczów by?o trzech: Stasiek, Heniek i Janek. Stasiek by? nauczycielem w B-stoku, Heniek w zakonie Franciszkanów w Krakowie, a Janek sko?czy? Liceum Pedagogiczne – by? moim koleg? a potem studiowa? muzyk?, dyrygentur?. Wszyscy trzej mieli by? na naszym weselu, które si? nie odby?o. Ojciec ich zgin?? w Katyniu, by? policjantem. Czesiek opowiadaj?c o czasach w S?obodzie wspomina? Kulaszewiczów, ale ja nie skojarzy?am, ?e to mo?e by? ten, co go znam. Kiedy Czesiek wróci? z W-wy rzuci? mimochodem, ?e odnalaz? koleg? i ten ma nas odwiedzi?. Nie by?am zbyt zadowolona, bo szykowali?my si? do wyjazdu do Rosji, a wymaga?o to wiele zachodu, biegania po sklepach, kupowania prezentów i troch? rzeczy na sprzeda?, aby przywie?? prezenty do domu, bo przewóz pieni?dzy by? zabroniony a wymiana dotyczy?a 50 rubli na osob?. Na kilka dni przed wyjazdem do?? rano dor?czono telegram, Czesiu przyje?d?am – podana data – Janek. Przeczyta?am telegram i stwierdzi?am, ?e ten go?? przyje?d?a dzisiaj, zadzwoni?am do m??a, gdy dzwoni?am rozleg? si? dzwonek do drzwi, otworzy?am i zobaczy?am wysokiego m??czyzn? z walizk?, który na mój widok powiedzia? przepraszam i zamkn?? drzwi. Pomy?la?am, ?e ch?op si? pomyli?. Za chwil? rozleg? si? znów dzwonek i ten sam m??czyzna powiedzia?, szukam Czes?awa Tarazewicza, czy to tutaj, tak prosz?, powiedzia?am, a kim pani jest – jego ?on? i wtedy roze?miali?my si?, bo on pozna? mnie a ja jego, ?e razem byli?my w liceum. A to ci heca – powiedzia?. Kiedy Czesiek przyszed? siedzieli?my pogr??eni we wspomnieniach ze szko?y, a m?? nie?wiadomy zauwa?y?, ?e tak szybko dogadali?my si?. Do Janka dojecha?a jego dziewczyna Maryna i pod ich opiek?, babki i Wie?ka zostawili?my nasze dzieci. Janek po sko?czeniu dyrygentury, dyrygowa? orkiestr? w Bydgoszczy. Ostatni raz dzwoni? do mnie kilka lat po ?mierci m??a.
’’Inturyst’’ wyjecha? z W-wy, w Terespolu przetaczano nas na szerokie tory, potem weszli ruscy pograniczniaki, w Grodnie poci?g si? zatrzyma?, poddano nas kontroli, by?a przerwa w podró?y, wi?c udali?my si? do miasta, mieli?my 100 rubli. Niedaleko spotkali?my wystaw? sklepow? z pi?knymi wyrobami w?dliniarskimi, wi?c weszli?my, jakie by?o nasze zdziwienie, kiedy na pó?kach by?o troch? puszek z konserwami, a w?dlina na wystawie okaza?a si? atrap?. Kupili?my jednak puszk? kawioru. Miasto wyda?o si? smutne i biedne jak jego mieszka?cy, tylko dworzec b?yszcza? urod?. W Baranowiczach wysiedli?my, czekaj?c prawie ca?? noc na poci?g do Wilna, ten nasz lecia? do Mi?ska. Wprowadzono nas do pi?knej poczekalni na pi?trze, odnowionego dworcowego budynku, z palm? i portretem Stalina na ca?? ?cian?. Porz?dkowi biegali z miote?kami nie pozwalaj?c podró?nym wyci?gn?? si? na ?awce. Trzeba by?o siedzie?. Znudzi?o nam si? to siedzenie, postanowili?my wyj?? na ?wie?e powietrze. Kiedy schodzili?my schodami us?yszeli?my jaki? gwar dochodz?cy gdzie? z boku. Otworzyli?my drzwi, a tam by?a druga poczekalnia, kasy biletowe, a na ?awach pod ?cianami i pod?odze sk??bieni ludzie z tobo?kami, siedzieli, le?eli. Czesiek podszed? do nich i zapyta? co oni tu robi?. Czekamy na poci?g powiedzieli, niektórzy czekali ju? dwa dni, bo okaza?o si?, ?e u nich oprócz biletu trzeba by?o mie? miejscówk?, a na ka?d? stacj? obowi?zywa? limit. Dlaczego trzeba by?o mie? miejscówk? zrozumieli?my potem. I zrozumieli?my, ?e oni je?d?? innymi poci?gami ni? my i czekaj? w innych poczekalniach. Nad ranem przyby? ’’Inturyst’’ i wyjechali?my do Wilna. Zatrzymali?my si? u brata naszego s?siada Rutkowskiego. Czesiek zaplanowa? d?u?szy pobyt w Wilnie podczas powrotu. Teraz chcieli?my odnale?? Cze?ka koleg? i z?apa? poci?g do Woropajewa. Pierwsze okaza?o si? ?atwe, to drugie nie bardzo. Okaza?o si?, ?e poci?g do Woropajewa chodzi w dni parzyste, no wi?c dzisiaj, ale ju? odszed?, nast?pny b?dzie, no prawie za dwa dni. Wi?c te dwa dni prawie biegiem zwiedzali?my. A wi?c ko?ció? przy Ostrej Bramie, gdzie wujek Syropiatko by? organist?. Ostr? Bram?, uliczki, zau?ki, restauracj?. Czesiek zna? Wilno, ze swoich pobytów u Syropiatków. Pó?niej przenie?li si? oni do Mickun, miasteczka pod Wilnem, pobudowali tam dom. No i jedziemy do Woropajewa, odszukali?my swój wagon i miejsca. Wagon jak tramwaj z ?awami do siedzenia i spania. Siadamy na ?awie, wkracza konduktorka, proponuje koc, poduszk?. Odmawiamy, na drugiej ?awie siada dwóch robotników w gumowcach, fetor straszny, rozk?adaj? górn? ?aw?, jeden na dole, drugi na górze, zabieraj? si? do spania. Poci?g si? wlecze niesamowicie. Oko?o 6:00 rano wysiadamy z walizami na peronie w Woropajewie. Okaza?o si?, ?e wysiad?o nas Polaków kilkana?cie osób. W naszym kierunku na Duni?owicze jedzie jaki? pan i babcia z wnuczk?. Zastanawiamy si? jak dojecha?. Od jakiego? cz?owieka dowiadujemy si?, ?e w mleczarni stoi ci??arówka, która przywioz?a mleko stamt?d. Wi?c ruszamy. To by?a droga po ka?u?ach, dziurach, wybojach, kierowca za dodatkow? op?at? dowióz? nas do Wo?ko?aty. Nasi wspó?towarzysze wysiedli w Duni?owiczach. W Wo?ko?acie mieszka?a Genia Skaczko z trójk? dzieci, ?ona Antka i córka Aleksandra, brata te?ciowej. Stara pobielana chata, kuchnia z ogromnym piecem, w którym si? gotuje i pokój, chlewik, stodó?ka, kilka krzaków ko?o domu i koza z kozio?kiem uwi?zana u ?liwki. Wie? du?a, polska; wszyscy mówi? pi?kn? polszczyzn?. Du?y ko?choz, idziemy miedz? w?ród pi?knego zbo?a, s?yszymy gwar, ?piew i szereg pochylonych kobiet sierpami r?n?cych ?yto, obrazek jak z filmu Wojna i Pokój – Bondarczuka. Naoko?o bieda, wszystkiego brak. W sklepie, gdzie chcia?am kupi? m?skie skarpetki, trzeba da? jajka, tak zwany ’’nak?ad’’. Z Wo?ko?aty jedziemy do S?obody, to tylko 8 km. Zatrzymujemy si? u Sta?ka i Sabiny Tarazewiczów. Maj? wolny pokój i ?ó?ko, wynajmowane nauczycielce, która jest na urlopie. Chorej na raka, matce Sabiny przywozimy cukier, lekarstwa, dajemy prezenty. Jako? ze sob? spokrewnione odwiedzamy cztery rodziny Tarazewiczów. Wie? S?oboda jest dwucz?onowa, polska i bia?oruska, przedziela j? struga. Przy ulicy bia?oruskiej domy stoj? szczytem do drogi, z domem cz?sto po??czony chlew i stodo?a. Studnie na ?urawie, w ?rodku ma?a cerkiew. Po stronie polskiej domy stoj? frontem do drogi, nowsze z gankami od frontu, podwójne, po jednej stronie kuchnia, pokój po drugiej, pokój lub dwa, po?rodku od podwórka sie?. Starsze domy dwuizbowe z du?ym piecem. W domach bia?oruskich wsz?dzie piece i to du?e. Odwiedzamy popa i jego ?on?. Idziemy w odwiedziny do jego córki Niny, ukochanej mojego te?cia Mieczys?awa. Pi?kna kobieta z blond warkoczem, mi?y m??, pyszny obiad z pieczon? dzik? kaczk?, ?liczny dom i meble, m?? stolarz. Kiedy wyszli?my powiedzia?am do Czesia, dobry mia? gust ten twój tata, tak powiedzia?, odziedziczy?em go po nim, tylko, ?e ja by?em konsekwentny. Te?ciowi rodzina nie pozwoli?a o?eni? si? z prawos?awn?. Odwiedzili?my szko??, du?y parterowy budynek. Wsz?dzie witano nas serdecznie, goszczono bimbrem, p?dzono go z ko?chozowego ?yta, a na pocz?stunek kiszone ogórki, czarny chleb jak kit i s?onina wysolona, grzyby duszone, pierogi i placki z jakiej? szarej m?ki. Dla mnie to by?o zwiedzanie, a dla mojego m??a ogromne prze?ycie. Weszli?my na m??a posesj?, na bramie wjazdowej napis ’’Ko?choz Krasnaja Zwiezda’’, du?e podwórze, po lewej stronie budynki gospodarcze, po prawej ogród ogrodzony, a w ogrodzie du?y dom z gankiem. Na podwórzu w g??bi, w?ród krzaków bzu ?wiren i wiata z jakimi? maszynami rolniczymi. Wszystkie budowle drewniane, pokryte gontem. W domu mieszka? kowal z rodzin?, a reszt? budynków zajmowa? ko?choz. Drugi dom, pi?trowy, postawiony na siedlisku, wynajmowany na posterunek policji, przeniesiono do Miadzio?a i tam go odnajdziemy. Wychodzimy z podwórza na poln? drog? prowadz?c? przez pole Tarazewiczów. Po obu stronach zbo?e, ma?e zachwaszczone. Czesiek szed? t? drog?, przez to swoje pole, spogl?da?, wszed? w zagon, wyrwa? dwa ?d?b?a i powiedzia?: u mojego ojca takie by?o zbo?e, ?e jak mia?em 10 lat to si? w nim chowa?em, a to, co to za zbo?e. By?am tak zdziwiona jego reakcj? i pomy?la?am, ?e ja ciekawa by?abym co w moim domu, on nawet do niego nie zaszed?, a zabola?o go ma?e zbo?e na polu, jednak to ch?opska a mo?e gospodarska krew w nim p?yn??a. Przy ko?cu pola p?yn??a struga, nad ni? po obu brzegach by?y ??ki, dalej jakie? krzewy i las, jego las. Pokazywa? drzewa, opowiada? ile mog? mie? lat, zbiera? mnie jagody, nazbierali?my grzybów. Las by? pi?kny, sosnowy. Ca?? jego pi?kno?? ujrza?am jak wybrali?my si? do Ulniszcza, trzy kilometry tym lasem. W Ulniszczu mieszka? Aleksander z ?on? Marcelin? i dzie?mi. Teraz kiedy tam szli?my mieszka?a tam Marcelina z córk?, zi?ciem i wnukiem, którym si? opiekowa?a, gdy m?odzi pracowali w ko?chozie z S?obodzie. W osadzie sta?y cztery chaty, ale tylko dwie zamieszka?e. Chata Aleksandra by?a bardzo stara, sk?ada?a si? z sieni, pomieszczenia jakiego? zagraconego, kuchni z ogromnym piecem i pokoju. Piec ogrzewa? ca?y dom. Spali?my w ?ó?ku na samodzia?owym prze?cieradle, samodzia?owych poszewkach przykryci jak?? kolorow? samodzia?ow? kap?. Wszystko to drapa?o, gryz?o, nie sposób by?o usn??. W dodatku w szparach ?cian wypchanych mchem co? ?wierka?o, cyka?o, po pod?odze biega?y myszki. Rano pomy?la?am o ?yciu, jakie wiedli mieszka?cy tego domu zagubionego w przepi?knym lesie na Wile?szczy?nie i ?e ja nigdy nie widzia?am takiego domu, takiego lasu i takich ludzi, z których wi?kszo?? chocia? Polacy mówi?a w gwarze, dla mnie obcej a ich dzieci nie umia?y po polsku. Marcelina mówi?a pi?knie po polsku, t? swoj? pi?kn?, ?piewn? polszczyzn?. Zaprowadzi?a mnie na pi?kn? polan?, posadzi?a na zwalonym drzewie, a sama ma?ymi takimi wide?kami zbiera?a jagody. Kiedy si? pochyli?am, to zobaczy?am, ?e ca?a polana jest granatowa. Namawia?am Marcelin?, ?e pomo?emy jej za?atwi? papiery i niech przyje?d?a do swojego m??a Aleksandra do Sulim. Ale ona odmawia?a, nawet jak Aleksander tam pojecha?, odmówi?a. Cz?sto przechodzili?my ko?o domostwa Raginiów, w ich domu urz?dowa?o naczalstwo ko?chozu. Odwiedzili?my ?on? Ann? i syna Ksawerego, Wac?awa, w uniformie marynarza. Tam widzieli?my du?o m?odych ludzi w uniformach wojskowych, poniewa? po przej?ciu do rezerwy, oddawano im wojskowe umundurowanie. Odwiedzili?my wie?, gdzie mieszka?y rodziny Werpachowiczów, braci którzy byli u Andersa, a teraz w Anglii. Smutny to by? widok, zobaczy? ?ony i dzieci, które wiedz?, ?e nigdy nie zobacz? swoich m??ów i ojców. Bo ci na górze darli koty o w?adz?, a nie pomy?leli o losie takich rodzin. Brat Sabiny Edek by? jeszcze na zes?aniu, a jej ojciec umar? w ?agrze. Syn Marceliny Albin umar? w ?agrze, a m?? wypuszczony z ?agru, mieszka? w Polsce. Strasznych cierpie? do?wiadczy?a Ziemia Wile?ska i to co?my tam zobaczyli, t? bied?, szczególnie na wsi i na Bia?orusi, na Litwie w Wilnie nie odczuwa?o si? takich braków. Wszystkie prezenty rozdali?my i wi?ksz? cz??? tego na sprzeda?, ja cz??? swoich ubra?, m?? garnitur swojemu przyjacielowi. Odbyli?my podró? do Mo?odeczna, siedziby województwa, aby potwierdzi? pobyt. Najgorzej odczuwali?my brak aparatu fotograficznego, ale nie wolno by?o go mie?, a nawet przewozi? przez granic? zdj??, gazet. Pocieszali?my si?, ?e nied?ugo tu przyjedziemy. Pojechali?my tak?e do Miadzio?a – powiatu, zobaczy? nasz dom. W S?obodzie krewni powiedzieli nam na jakiej ulicy stoi. Nie pami?tam nazwy tej ulicy, ale dom nawet ja rozpozna?am, zachowa? si? nawet ganek. Na froncie domu by? napis ’’Finansowy Oddzia?’’. Poprosili?my kierownika, pozwoli? nam obejrze? wszystkie pomieszczenia, pocz?stowa? nas herbat? i przeprosi? za t? sytuacj?, ?e urz?duje w naszym domu. Prze?y?am jeszcze jedn? przygod?, Czesiek przy pomocy Wacka rozpalili bani?. Przygotowali ga??zki brzozowe, aby mnie wych?osta?, ale nie wytrzyma?am d?ugo, przy pierwszych potach zrobi?o mnie si? s?abo i musia?am wyj??, wi?c oni ch?ostali si? sami. Kupili?my bilety na autobus, który kursowa? z G??bokiego do Wilna i przepi?kn? tras? nad jeziorem Narocz przez Mickuny, w których mieszka?a ciocia Urszula ( w Mickunach by? postój, wi?c zobaczyli?my ich dom ) podjechali?my pod Wilno. Poniewa? m?? wiedzia?, ?e z tej strony jest najpi?kniejszy widok na Wilno, kierowca si? zatrzyma? i zobaczyli?my Wilno, rozrzucone na wzgórzach z wie?? Gedymina wie?ami licznych ko?cio?ów, roz?wietlone w wieczornej po?wiacie – co to by? za widok, taki, który si? nie zapomina. Zatrzymali?my si? u Czesia kolegi, kilka dni zwiedzali?my Wilno, poniewa? jego ?ona z dwójk? dzieci przebywa?a na letnisku, poza Wilnem na sobot? i niedziel? pop?yn?li?my tam statkiem po Wilii. Miejscowo?? letniskowa pi?knie po?o?ona nad rzek? w?ród lasu, pi?kne domki z ogródkami. Przyjemnie sp?dzili?my dwa dni i trzeba by?o wraca?. W Baranowiczach przy przysiadce spotkali?my du?o Polaków, którzy te? wracali, a my wracali?my wspaniale, bo do naszego przedzia?u wsiad?o dwóch oficerów rosyjskich, wracali z urlopu, a stacjonowali w NRD. Nikt wi?cej nie wsiad? do naszego przedzia?u, bo ka?dy co? tam przewozi?, ale my mogli?my przewie?? wszystko, bo nawet celnicy nas nie kontrolowali. Czesiek si? nagada? z nimi po rosyjsku, a o mnie powiedzieli, ?e jestem podobna do Lubow Or?owej ( ich najwi?ksza aktorka ). W domu zastali?my wszystko w porz?dku, swojego syneczka nie mog?am pozna?, taki wyda? mnie si? du?y, opalony. Podczas pobytu tam nie czuli?my si? zbyt bezpiecznie, szczególnie na Bia?orusi. Poszli?my do domu Bia?orusina, który nam powiedzia?, ?e z Wilejki wywieziono ich, tzn. wi??niów do O?wi?cimia, po kilku dniach Niemcy zrobili apel i dwie ci??arówki m??czyzn podczas tego apelu wywie?li poza obóz. I doda?, widzia?em pana ojca jak sta? na ci??arówce w rozpi?tej koszuli, nakryty marynark?, a obok niego sta? ksi?dz z Wilejki. Potem dowiedzia?em si?, ?e kilku wi??niów uciek?o i ten apel by? kar?. Tam w S?obodzie dowiedzieli?my si? jeszcze, ?e wyda? te?ciów Bia?orusin i jeszcze o jednej sprawie niezbyt przyjemnej. Otó? kiedy te?ciów aresztowano, ojciec Mieczys?awa Stanis?aw, poruszy? znajomych, ?eby go uwolni?. Zgodzono si? za z?oto. Pewn? ilo?? z?ota przekazano i te?ciowa zosta?a uwolniona, miano przekaza? reszt? umówionej sumy, ale te?ciowa stwierdzi?a, ?e j? uwolniono, bo jest niewinna, to uwolni? i jej m??a, bo te? jest niewinny, sta?o si? jednak inaczej. Cze?kowi by?o bardzo przykro s?ucha? tych opowie?ci i jeszcze tych o dziadku Stanis?awie, jak siedzia? pod chat? i p?aka? za wnukiem Czesiem, bo synowa go ?le traktuje. Podró?, która zako?czy?a si? szcz??liwie, okaza?a si? w nast?pnych dniach brzemienna w skutki. Jak zwykle w ostatnich dniach sierpnia zapowiedziana by?a rada pedagogiczna. Po oficjalnych o?wiadczeniach, omówieniu rozpocz?cia roku szkolnego pan dyrektor zacz?? opowiada? o wra?eniach jakie wywióz? ze Zwi?zku Radzieckiego, a k?ama? jak naj?ty, wtedy nie wytrzyma?am i powiedzia?am, ?e ??e, bo ja te? by?am, widzia?am, tylko zupe?nie co innego. Oprócz tego, ?e bieda i n?dza, to jeszcze wmawiaj? obywatelom, ?e ludzie radzieccy musz? cierpie? pewien niedostatek, bo trzeba wspiera? biednych Polaków, s?yszeli?my te bzdury, nawet od ludzi wykszta?conych. Popar?a mnie pani Zosimowicz, która te? tam by?a, Szostkiewicz, Koszadowa i nie pami?tam kto jeszcze. W ka?dym razie nazajutrz rano dzwoni Czesiek z pracy i pyta mnie si? co ja tam narozrabia?am, dzwoni? kolega z Komitetu Partii, ?e dyrektor jedynki przylecia? spieniony z list? osób, z którymi nie chce pracowa?. No i znalaz?am si? na bruku. Za dwa dni pocz?tek roku szkolnego a ja bez pracy. Czesiek by? z?y, ale zadzwoni?, ?e mam i?? do czwórki w koszarach ( budynek odda?o wojsko i powsta?y tam szko?y Nr 3, 4. Na szcz??cie kierownikiem szko?y zosta? Cze?ka i mój kolega Tadek Masiewicz, nauczyciel z Pisanicy, gdy ja pracowa?am w Kalinowie. Ze mn? do czwórki przeszed? jeszcze Szostkiewicz. Inni co zarzucili mu k?amstwo znale?li prac? w innych szko?ach. Do Nr 4 mia?am dwa razy tyle drogi, warunki te? by?y gorsze. Za to atmosfera wspania?a. Spotka?am si? tam ze swoj? przyjació?k? Helen? Szymonis, która wróci?a spowrotem do E?ku, po ?mierci m??a, z córk? Iren?. Pracowa?o nam si? bardzo dobrze. Atmosfera wr?cz przyjacielska. Wzi??am drug? w swoim zawodzie pierwsz? klas? i histori? w starszych. ( Etat ci?gle wynosi? 36 godz. Tygodniowo. Wolna by?a tylko niedziela ). Czesio zacz?? stara? si? o ekwiwalent za pozostawione mienie, proponowano nam ró?ne domy, ale ma?e domki nie odpowiada?y nam, a w wi?kszych byli lokatorzy. Zatorze odpada?o chocia?by ze wzgl?du na brak tam szko?y. Zydlung te? mia? do wszystkiego daleko, sklepu, szko?y. Praca m??a, na stanowisku kierownika Zarz?du Budynków Mieszkalnych. Okaza?a si? do?? trudna, administrowanie zasobami domów, gara?y, chlewików i wszelkich budowli stwarza?o wiele problemów. Remonty, naprawy elektryczne, gazowe, wodoci?gowe, zdobycie funduszy, przygotowanie ekip remontowych i odpowiednich materia?ów, nie by?o spraw? ?atw?. Do tego dochodzi?a nieuczciwo?? ludzka i ?atwowierno?? mojego m??a, które stwarza?y sytuacje konfliktowe. Wiele problemów rozwi?zywano przez tak zwane za?atwienie. A za?atwienie odbywa?o si? przy stoliku i cz?sto z w?asnej kieszeni a czasami w naszym mieszkaniu. Budzi?o to mój ogromny sprzeciw. Wchodz?c do elity kierowniczej, Czesiek uleg? modzie i znalaz? si? jako cz?onek kó?ka ?owieckiego. Dosta? jak?? strzelb? i udawa? my?liwego. To by?a jego nowa pasja. W okresie polowania nasze okna obwieszone by?y zaj?cami, które krusza?y na pasztet – który wszyscy lubili?my i na comber z buraczkami, który by? dla jego go?ci. Nie jadali?my tak?e pieczonych dzikich kaczek. Pami?tam, ?e jeden raz upolowali sarn? i dzika ( skór? z dzika wyprawiono ) i przy pomocy te?ciowej robiono w?dliny. Pami?tam, ?e by?y do?? chude i suche. Mój najm?odszy synek chocia? urodzi? si? 2,7 kg a by? bardzo d?ugi i chudziutki, wygl?da? ju? pi?knie, du?o lubi? je?? i spa?. Nie sprawia? sw? osob? wiele k?opotu, mia? jasn? czuprynk? i ciemne br?zowe oczy. Ale tu? po Bo?ym Narodzeniu chwyci? jak?? infekcj? i przez ca?? zim? pomimo stara? lekarza i naszych, co jaki? czas choroba powraca?a, katarem, zapaleniem gard?a, oskrzeli, a raz nawet p?uc. W ko?cu lekarz uzna?, ?e dziecko zosta?o przegrzane i trzeba wzmocni? odporno?? mi?dzy innymi poprzez hartowanie i to da?o efekty, chocia? potem przyczepi?a si? angina, a i do dzisiaj górne drogi oddechowe ma wra?liwe.
Po XX Zje?dzie KC Partii w Rosji nast?pi?a odwil? i Polacy zamieszkali za lini? tzw. Kurzona, mogli stara? si? o wyjazd do Polski. Pierwszy przyby? Kazik Ko?ciewicz ( kiedy byli?my w ZSRR by? w wojsku ) no i zatrzyma? si? u nas. Czesiek za?atwi? mu prac?, szko??, a potem jaki? pokój. D?ugo nie by? w E?ku, zabra?a go Olimka do Olsztyna. On w?a?nie i Olimka byli rodzicami chrzestnymi Marka. Potem przyjecha?a rodzina Antka Skaczki, zamieszkali w ogrodnictwie w Gi?ycku, bo Skaczkowie tak balowali, ?e doprowadzili maj?tek w Sulimach do ruiny. Aleksander doczeka? si? córki i poczu? si? pewniej. Odwiedzali nas cz?sto, a ja pozna?am ich nowy zwyczaj. Ubierali si? du?o wcze?niej, siadali pó?kolem na krzese?kach w sto?owym pokoju, k?adli r?ce na kolanach i tak z 15, 20 minut siedzieli milcz?c. Gdy to pierwszy raz zobaczy?am my?la?am, ?e to ma zwi?zek z religi?, ale wyt?umaczyli mnie, ?e u mnie taki zwyczaj. Chyba na jesieni 1957 r. Wiesiek poszed? do wojska a? do Jaros?awia. Drugie smutne wydarzenie to ?mier? cioci Jadwigi, siostry tatusia. Babcia Józia zmar?a ju? 1954 r. maj?c 79 lat. Natomiast ciocia mia?a 47 lat, zostawi?a troje dzieci, doros?ego ju? Wie?ka, syna z pierwszego ma??e?stwa i 10 letniego Zbyszka i 6 letni? Gra?yn?, dzieci ze zwi?zku z Józefem Mahalem. Chyba w 1958 r. Czesiek pojecha? z wycieczk? do Czechos?owacji, przywióz? mnie pi?kne dwa sznury bia?ych pere?ek, ?liczn? parasolk?, a sobie w ?adnym pude?ku wieczne pióro i d?ugopis. Te?ciowej chustk? a dzieciakom jakie? drobiazgi i czeskie s?odycze. W tym?e roku babka z Andrzejem wyruszy?a w odwiedziny do krewnych. Byli we Wroc?awiu, Jeleniej Górze i u Szylków na wsi pod Jeleni? Gór?. Chyba jeszcze w roku 1957 dostali?my list z Rosji z Celinogradu na Syberii od Edwarda Tarazewicza, który na mocy amnestii zosta? przeniesiony z ?agru do Celinogradu na przymusowe roboty. On napisa?, ?e istnieje szansa, ?e go zwolni?, ale on o?wiadczy?, ?e jego ojciec zmar? w ?agrze i ?e ma brata w Polsce i tam chce pojecha?. Czesiek mia? wys?a? do niego list i o?wiadczenie, ?e brat ma do niego przyjecha?. No i przyjecha?, ju? nie pami?tam w jakim miesi?cu 1958, ale nie sam, tylko z ?on? Nadziej? i kilkumiesi?cznym synem Olkiem. Ca?a rodzina by?a oburzona t? ?on? Nadziej?. Chyba ponad pó? roku mieszkali, jedli i spali u nas i znów Czesiek szuka? Edkowi pracy. Remontowa? strych na Gda?skiej, na ich mieszkanie. Szuka? mebli na jego zagospodarowanie. Mia?am tego tak do??, ?e powiedzia?am mu, ?e je?li jeszcze chocia? jeden ich krewny zechce z nami zamieszka? to si? wyprowadz?. Teraz jak to pisz? to u?wiadomi?am sobie, ?e my nigdy nie ?yli?my we dwoje, a potem tylko z dzie?mi. Bo zawsze by?a te?ciowa, potem Wiesiek, Czalej, Kazik, Skaczko, Ko?ciewicz, Edek. Jak ja to wszystko znios?am. On powinien o?eni? si? z moj? siostr? Geni?, to ona szybko by to towarzystwo rozp?dzi?a, tak mu rzek?am. Je?li we?mie si? jeszcze pod uwag?, ?e to nie by?a najbli?sza rodzina a cioteczne, stryjeczne, siódme wody po kisielu. Te?ciowa us?ugiwa?a im z wielk? rado?ci?, zorientowa?am si?, ?e zachowywa?a si? tak, bo to byli krewni z jej rodziny, niestety do krewnych m??a nie mia?a tyle serca, a nawet jak opowiada?a mnie Urszula, potrafi?a si? zachowa? bardzo brzydko. Nie by?y mnie obce uczucia pomocy innym. Aby ul?y? doli taty, wzi?li?my do siebie Wie?ka, co okaza?o si? dla nas du?ym obci??eniem materialnym, bo chocia? pracowa?, to nie odczuwa? potrzeby finansowania mojego utrzymania i nie odczuwa? dyskomfortu z tej sytuacji. Dwa lata Wiesiek by? w wojsku, ale chyba w 1959 r. wróci?. Jeszcze przed jego powrotem przedstawi?am rodzicom jego spraw? i problemy zwi?zane z nim. Tatu? uzna?, ?e swoich spraw mam mas? na g?owie, wi?c niech on wróci do Rosochatego. Prac? znajdzie w Mazowiecku lub w POM w Rosochatem. Mama natomiast dosta?a histerii. ?e b?dzie w?óczy? si? z kumplami, popija?, ?e o?mieszy ca?? rodzin?. Wiedzia?am jakie problemy tat? czekaj?, poniewa? ju? tyle prze?y?, spraw? Wie?ka wzi??am na siebie. Chocia? z jego powodu dochodzi?o do sporów mi?dzy nami, a tak?e mi?dzy mn? a te?ciow?. W roku chyba 1958 Czesiek zosta? skierowany na studia, kierunek Zarz?dzanie w W-wie. Pomaga?am mu i Do?goszejowi przygotowa? si? do wst?pnego egzaminu. Do?goszej po sko?czeniu tych studiów awansowa? z kierownika skupu z?omu i makulatury na dyrektora Zak?adów Mi?snych. Cze?kowi nie by?o dane je sko?czy?. W roku 1959 w marcu poszed? do B-stoku do rezerwy, która trwa?a trzy miesi?ce. Chyba przy ko?cu maja spotkali?my si? w Bia?ymstoku u Reginy i Leona na chrzcinach Joli ( Jolanty ), by?am jej chrzestn? matk?, a brat Leona chrzestnym ojcem. Zmieni? tak?e prac?, kiedy jego zast?pca ukrad? ile? arkuszy blachy wioz?c j? z B-stoku, zajecha? do rodzinnego domu pod Grajewem i tam j? zostawi?. Dobrze, ?e kierowca nie by? z nim w zmowie i wyjawi? prawd?. Czesiek by za to jako kierownik odpowiada?. W wakacje 1959 r. zawioz?am dzieci do Rosochatego a sama na tydzie? pojecha?am do Zielonej Góry. Bardzo mi?o wspominam swój tam pobyt – mieszkanie w pi?knej willi, wygodne, pi?kny ogród, sympatyczny Miko?aj, dzieciaki Jarek, Karol, Wiktor i Halinka i pi?kna Zielona Góra. Pobyty Cze?ka w W-wie zwi?zane ze studiami zaowocowa?y pojawieniem si? w naszym domu Mariana Syropiatko, podoficera stacjonuj?cego w Kazuniu, a potem za?atwienie mu przeniesienia do E?ku ( bo Kazu? to dziura ), no nie tylko jego ale i jego ?on? i synka. Naturalnie mój m?? musia? przy tym troch? pochodzi?. To ma??e?stwo okaza?o si? jakie? niespójne, wi?c Marianek stara? si? ci?gle przebywa? u nas. ( Po opuszczeniu E?ku, ju? po ?mierci Czesia, rozpad?o si? ). Zaczyna? si? rok 1960. Któ? móg? przypuszcza?, ?e b?dzie taki tragiczny. Andrzejek zaczyna? nauk? w kl. V, a dziewczynki Wanda i Hela sz?y do kl. I. Dzieci ju? wi?kszo?? chorób wieku dzieci?cego przesz?y i chowa?y si? dobrze. Wakacje sp?dzone w Rosochatem zawsze dobrze robi?y, ci?gle na powietrzu, woda, ??ki, owoce, mleko, wszystko ?wie?e. Poniewa? Czesiek w zwi?zku ze studiami i now? prac? wi?kszo?? czasu sp?dza? w rozjazdach i zauwa?y?am, ?e robi to z przyjemno?ci?, postanowi?am, osaczona domem i dzie?mi zmusi? go do przej?cia cz??ci swoich obowi?zków. Kiedy wybiera? si? na studia umówili?my si?, ?e jak zaliczy dwa lata, ja zaczn? studiowa?. Chcia?am i?? na histori?, ale wiedzia?am, ?e nie b?d? mog?a wyje?d?a?, wi?c w E?ku na Studium Nauczycielskim rozpocz??am studia na kierunku prace r?czne – rysunek. W?a?ciwie to nie by?o wbrew sobie, bo prace r?czne lubi?am, mia?am ku temu zdolno?ci, a rysunki moje ju? w liceum by?y chwalone, szczególnie za kolorystyk?. Mój ma??onek nie by? t? decyzj? zadowolony, musia? zajmowa? si? dzie?mi, ale umowa to umowa powiedzia?am mu. Najbardziej roz?alona by?a te?ciowa, ?e na jej synka spad?o wi?cej obowi?zków. Z listów mojego m??a wynika, ?e sierpie? sp?dzi?am z dzie?mi w Rosochatem.
Pod koniec sierpnia wróci?am do domu, a Czesiek mnie obwie?ci?, ?e odnalaz? rodzin? ciotki Heleny St?pi?skiej, jej m??a i syna Czes?awa z ?on? i dzieckiem i maj? do nas wpa??. By?am z?a, bo oboje mieli?my do?? ci??kie wakacje, rok szkolny zaczyna? si? za kilka dni, Czesiek te? by? w marnej formie, trzeba dzieci szykowa? do szko?y, a tu go?cie. Ale oni Ci z kresów tacy byli, ka?da okazja by?a dobra, aby si? spotka?. Gdyby Czesiek ?y? pewnie stara?by si? utrzymywa? z nimi bliskie kontakty, bo to by?a najbli?sza rodzina ze strony ojca. Mnie wydali si? ma?o sympatyczni. Pierwszy wrze?nia wypad? w czwartek, a w niedziel? by? 04, dwunasta rocznica naszego ?lubu. Mój m?? zaplanowa? sp?dzi? go na ?ódce i nad jeziorem. Zjedli?my ?niadanie, zacz??am szykowa? kanapki, picie, a Czesiek mia? skoczy? do biura, po sprawozdanie jakie mu przepisywa?a sekretarka, bo w poniedzia?ek mia? by? s?u?bowo w B-stoku. Nie up?yn??o mo?e pó? godziny jak us?ysza?am i zobaczy?am zaje?d?aj?c? karetk? pod dom. Pomy?la?am, co? si? komu? sta?o, wtedy us?ysza?am g?osy w korytarzu i m??a w asy?cie lekarza i piel?gniarza. Okaza?o si?, ?e w drodze do biura ko?o skweru za kinem ’’Orze?’’ Czesiek dosta? torsji, zrobi?o mu si? s?abo, zobaczy? koleg?, ten pobieg? na pogotowie, które by?o blisko, a pogotowie przywioz?o go do domu i pomimo, ?e m?? t?umaczy?, ?e leczy? nadkwasot? i nic takiego nie jad?, aby si? zatru?, jaki? terminator lekarski wiedzia? lepiej. M?? po?o?y? si? do ?ó?ka, czu? si? os?abiony, ale nic go nie bola?o. W poniedzia?ek rano zaniepokojona stanem zdrowia Cze?ka, zadzwoni?am do dr Odyniec, która mieszka?a za nami, ta id?c do szpitala zasz?a do nas, stwierdzi?a krwotok, zamówi?am taksówk? i odwioz?am m??a do szpitala. Przyj?? nas dr Grabowski, ordynator oddzia?u wewn?trznego, dobry znajomy Cze?ka i jego k?opotów z ?o??dkiem. Prosto ze szpitala posz?am do szko?y. Gdzie? ko?o godziny 13:00 us?yszeli?my huk samolotu, dzieci podbieg?y do okien, spojrza?am i zobaczy?am jak zatacza? ?uk nad cmentarzem, po chwili wesz?a sekretarka mówi?c, ?e jest telefon ze szpitala. Dzwoni? dr Grabowski powiadamiaj?c mnie, ?e odes?a? m??a do B-stoku na oddzia? chirurgii przy Curie Sk?odowskiej, poniewa? nie mieli odpowiedniej krwi. We wtorek raniutko siedzia?am w poci?gu do B-stoku. Zasz?am do siostry i obie uda?y?my si? do szpitala. Nie widzia?am ju? Cze?ka, by? na sali operacyjnej. Czeka?y?my bardzo d?ugo, gdzie? po godz. 14:00 siostra poprosi?a nas do gabinetu – wszed? profesor w asy?cie dwóch lekarzy i wa??c s?owa powiedzia?, ?e m?? nie prze?y? operacji, by? bardzo os?abiony, straci? du?o krwi, a wrzód by? du?y i p?k?. Straci?am przytomno??, wi?c dano mnie zastrzyk, po którym czu?am si? jak automat. Chodzi?am z Leonem, kupowali?my garnitur, bielizn?, trumn?, bo nie mog?am po to jecha? do E?ku, musia?am uzyska? zgod? na transport cia?a, zamówi? odpowiedni transport. Robiono mu sekcj? zw?ok. Leon ten jeden raz stan?? na wysoko?ci zadania. Wioz?c go do E?ku ca?y czas zadawa?am sobie pytanie, patrz?c przez szyb? na trumn?, jak to si? sta?o, co ja tutaj robi? w tym samochodowym karawanie. Co ja teraz zrobi?? By?am wdzi?czna Leonowi za pomoc jak? mnie wtedy okaza?. Zadzwoni?am do p. Rutkowskiej, aby s?siadki przygotowa?y du?y pokój, gdzie mia?a sta? trumna i te?ciow? i dzieciaki na to co si? sta?o. Powiadomi?am szko??. Moi koledzy zrobili wszystko, aby mnie i dzieciom przyj?? z pomoc?. Poniewa? m?? przez wiele lat pracowa? w Inspektoracie O?wiaty, to w uroczysto?ci pogrzebowej wzi??o udzia? bardzo wielu nauczycieli i delegacje szkó?. Przez nasz dom przewin??a si? masa ludzi, a kondukt pogrzebowy by? tak d?ugi, ?e jak trumn? wnoszono do ko?cio?a to jego koniec by? ko?o szpitala. Moje biedne dzieci tuli?y si? do mnie, przestraszone ca?? t? sytuacj?. Trzech ksi??y sz?o za trumn? m??a, proboszcz, ks.K?cki i ks. od Wojciecha, repatriant ks. Bronis?aw nasz przyjaciel. To co prze?y?am, to by? koszmar, jeszcze teraz jak o tym pisz?, trz?s? si? moje r?ce. Jak ja to prze?y?am nie wiem. Bardzo du?o pomogli mnie koledzy ze szko?y, za?atwili wszystkie formalno?ci zwi?zane z pogrzebem, przez dwa tygodnie zast?powali mnie na zaj?ciach. Zenek ?witaj, który by? przewodnicz?cym Zwi?zku Nauczycielskiego za?atwi? w kuratorium dodatek do ?wiadczenia rentowego moich dzieci, która nie by?a wysoka – renta. Otrzymywa?am go przez kilka lat. Du?o serca okazywa?y mnie moje przyjació?ki Niusia Gordziewicz, Hela Szymonis i Irena Karczmarczyk. Du?o serca okaza?a mnie pani Czalejowa. Znikn?li natomiast kumple m??a i wi?kszo?? rodziny Tarazewicz. Najwi?ksz? krzywd? mnie i moim dzieciom wyrz?dzi?a moja te?ciowa – matka Cze?ka. Na pocz?tku wszystkie jej s?owa i post?pki t?umaczy?am szokiem po ?mierci syna. Wspó?czu?am jej bardzo i liczy?am na to, ?e pomo?e mnie chocia? w opiece nad wnukami. Stara?am si? w tym pierwszym roku po ?mierci m??a jako? ogarn?? sytuacj?. Mama przysz?a mnie z pomoc? zabieraj?c do siebie Marka, chcia?am, aby wyjecha? Wiesiek ( bardzo t?skni?am za swoim synkiem ). Wiesiek mia? by? moj? pomoc?, ale on niestety nale?a? do tych, na których trudno liczy?, chocia? te?ciowa czu?a przed nim respekt. Andrzejek uczy? si? w jedynce i by? samodzielny, ja z dziewczynkami wychodzi?am oko?o godz. 10:00, wszyscy jedli?my obiad w szkole. Zosta? Wiesiek i Czesia, dla których musia?am gotowa?, poniewa? te?ciowa jad?a z nimi ch?tnie, ale gotowa? nie chcia?a, zaniedbywa?a te? opiek? nad Czesi? tak, ?e po kilku miesi?cach odwioz?am je do Rosochatego. Po tym strasznym nieszcz??ciu my?la?am, ?e nic gorszego ju? nas nie spotka. Czu?am si? ca?y czas jaka? os?abiona, ale stan swojego zdrowia t?umaczy?am sytuacj? w jakiej si? znalaz?am. Chyba w marcu przesz?am co? w rodzaju grypy, nie czu?am si? najlepiej, ale koniec roku si? zbli?a? i czeka?am na wakacje. W czerwcu w sobot? i na niedziel? pojecha?am z dzie?mi do Sypitek do p. Czalejowej, ?azili?my po ??ce, moczyli w rzece. W niedziel? pod wieczór, kiedy wracali?my w?skotorówk? dosta?am dreszczy. W nocy z temperatur? i rano z dusz?cym kaszlem znalaz?am si? u lekarza. Zapalenie op?ucnej, stwierdzi?, dosta?am zastrzyki, przyj??am po?ow?, kaszel usta?, wróci?am do pracy. Zd??y?am zako?czy? rok szkolny w sobot?. W niedziel? przygotowywa?am obiad na który zaprosi?am Hel? Szymonis, zrywa?am w ogrodzie rabarbar na kompot, dosta?am ataku kaszlu, odplun??am flegm? z krwi?. Wezwa?am pogotowie, podejrzenie gru?lica. By?am zrozpaczona. Nie p?aka?am, obiad zjedli?my spokojnie, dzieciaki si? rozbieg?y, a wtedy jej powiedzia?am. By?a w tym kompetentna. Jej m?? chorowa? na gru?lic? kilka lat i na ni? zmar?. Leczy? go specjalista – dr. Bakuczanis. Mia? on prywatny gabinet na ul. Chopina. Hela do niego zadzwoni?a przedstawiaj?c spraw?. Chocia? to by?a niedziela, kaza? nam przyj??. Po rentgenie okaza?o si?, ?e mam rozrzedzon? plam? pod lewym obojczykiem wielko?ci 50 gr. Wyja?ni? mnie jakie b?dzie leczenie i pocieszy?, ?e powinno zako?czy? si? powodzeniem. Poradzi?, abym dzieci zostawi?a pod czyj?? opiek? a sama po?o?y?a si? do szpitala, bo teraz najwa?niejszy jest dla mnie spokój i systematyczne leczenie. Dzieci pojecha?y z Wie?kiem do Rosochatego a ja w szpitalu. Le?a?am chyba trzy tygodnie, potem wróci?am do domu, ale codziennie bra?am zastrzyk streptomycyny. Chyba w po?owie sierpnia dzieci wróci?y, za spraw? dr Bakuczanisa zosta?y wszystkie zbadane, okaza?o si?, ?e s? zdrowe. Na dalsze leczenie mia?am wyjecha? do sanatorium Zwi?zku Nauczycielstwa Polskiego w Zakopanem. Musia?am zapewni? opiek? nad dzie?mi na cztery miesi?ce. Napisa?am do sióstr, obie nie pracowa?y, wi?c liczy?am, ?e pomog?, zawiod?am si?, nie wiedzia?am co robi?, wtedy te?ciowa powiedzia?a, ?e ona si? nimi zaopiekuje. Ju? nie docieka?am co ni? kieruje, wierzy?am, ?e przecie? to jej wnuki i krzywdy im nie zrobi. Wand? i Hel? przenios?am do szko?y Nr 2 do klasy Ireny Karczmarczyk. Mia?a si? nimi opiekowa?. Czesi? zapisa?am do jedynki i Andrzej oraz pani Szymonis mia?a nad nimi czuwa?. Hela tak?e zosta?a upowa?niona do pobierania moich poborów i op?acania rachunków. Na inne wydatki pieni?dze mia? Andrzej. Za?atwi?am obiady w szkole i na pocz?tku wrze?nia ruszy?am do Zakopanego. W sanatorium w?ród pi?knej przyrody, w dobrych warunkach, w?ród kulturalnych ludzi i kulturalnych wydarze? artystycznych wraca?am do zdrowia. Pobyt przed?u?a? si?, prowadz?cy lekarz u?wiadomi? mnie, ?e w domu nie mam warunków na kuracj?, ?e musz? wróci? do dzieci zdrowa i do pracy te?, tym bardziej, ?e jestem nauczycielem. W wi?kszo?ci wypadków leczenie nauczycieli polega?o na amputacji segmentu p?uca, je?li chcieli dalej pracowa? w zawodzie. Mnie si? uda?o. Po siedmiu miesi?cach wróci?am do domu. Na szcz??cie dzieci przetrwa?y roz??k?, tylko Wanda mia?a Odr?, a potem wda?o si? zapalenie ucha, ale dr Bakuczanis czuwa? nad zdrowiem moich dzieci. To co spotka?o mnie ze strony te?ciowej i Wie?ka nawet w najgorszych snach nie wy?ni?am. Dobrze, ?e nikt mnie o tym nie powiadomi?, wróci?abym natychmiast. Okaza?o si?, ?e mój braciszek zwi?za? si? za jak?? dziewczyn? jeszcze przed moim wyjazdem, ma?o tego, ta dziewczyna mieszka?a k?tem u jakiej? kole?anki i by?a w ci??y. Wiesiek nie wykazywa? ch?ci do o?enku, wi?c ona zdoby?a adres rodziców i napisa?a list w jakiej jest sytuacji i ?e przyjedzie do Rosochatego. Wi?c biedna mama pakuje si? i jedzie do E?ku. W?a?nie wtedy dosta?am list od niej, ?e jest w E?ku, bo Wiesio maluje mieszkanie na mój przyjazd i ona przyjecha?a mu pomóc. A w rzeczywisto?ci zwali?a ca?y k?opot na mnie. Doprowadzi?a do ma??e?stwa i kaza?a jej u mnie zamieszka? po porodzie, mówi?c, ?e Jadzia na pewno nie wyp?dzi. Prawie rok trwa?o zanim za?atwi?am im k?t, pokój z kuchni? i wyprowadzi?am ze swojego mieszkania. Ca?y czas my?la?am, ?e by? to pomys? Wie?ka, dopiero po kilku miesi?cach, Krystyna ?ona Wie?ka opowiedzia?a mnie ca?? spraw?. A co zrobi?a te?ciowa. Poczu?a si? w?a?cicielk? wszystkiego co zosta?o. Posprzedawa?a okna inspektowe, zaj??a sobie jedn? piwnic?, odda?a czy sprzeda?a kamienne naczynia do kiszenia kapusty, ogórków, grzybów, zgin??y narz?dzia ogrodnicze, zabra?a po?ciel, wile?skie kapy, jakie da?a synowi, ba zabra?a nawet jego bielizn?, buty i koszule, ubrania, uwa?aj?c, ?e mo?e tym dysponowa?. Wyj??a ze skrytki w biurku Czesia 5 z?otych, ruskich monet, które mia?y dosta? nasze dzieci, obligacje, dolary. Okaza?o si?, ?e to wywioz?a i odda?a Skaczkom w Gi?ycku, niby na przechowanie, ale oni nigdy nie zwrócili. Ju? wiedzia?am, ?e na tego cz?owieka liczy? nie mog?. Do ko?ca roku szkolnego by?am na zwolnieniach, potem by?y wakacje, a potem dosta?am roczny urlop p?atny. Bardzo wiele pomóg? mnie inspektor p. Franciszek Maciejowski w za?atwianiu tych spraw i dr Bakuczanis. Chocia? z powodu Wie?ka i te?ciowej nie by?o mnie ?atwo, to mog?am ju? by? ze swoimi dzie?mi, sama opiekowa? si? nimi. Kiedy Wiesiek opu?ci? nasze mieszkanie, a by?o to przed Bo?ym Narodzeniem zrobili?my sobie prawdziwe Bo?e Narodzenie. Byli?my wszyscy razem oprócz Marka, którego odwiedzi?am po ?wi?tach zawo??c mu prezenty. Bardzo za nim t?sknili?my, szczególnie Hela, która darzy go do dzisiaj takim prawie matczynym uczuciem. Mama mówi?a, ?e w Rosochatem zosta?y Czesia pantofle i mama wysz?a na podwórko, aby je wyczy?ci?. Marek wzi?? te pantofle i powiedzia?, nie ruszaj je babciu, bo to buty mojego taty i zaniós? je do pokoju. ?mier? ojca poczyni?a wielk? krzywd? naszym dzieciom, ale najbardziej odczu? to Marek, dlatego przez trzy lata swojego pobytu w Rosochatem, tak bardzo przywi?za? si? do dziadka, który okazywa? mu wiele mi?o?ci. Po rozstaniu si? z Wie?kiem odetchn??am. W wakacje byli?my w Rosochatem, a wi?c moje dzieci wszystkie razem ze mn?. Na pocz?tku wrze?nia posz?am do szko?y Nr 4 odebra? swoje pobory. Zasz?am do pokoju nauczycielskiego, chcia?am zobaczy? si? z Hel?. Czeka?am na Hel?, przerwa, wesz?a, ale mnie wyda?a si? bardzo zmieniona. Nie widzia?y?my si? dwa miesi?ce. Wysz?y?my razem, powiedzia?a mnie, ?e ma zamówion? wizyt? u dr ?wi?teckiego – ginekologa, a to po drodze do mnie. Prosi?a, abym z ni? posz?a. Dr ?wi?tecka j? zbada?a, ale poprosi?a, ?eby poczeka?a, ?e chce aby zbada? j? jeszcze jej m??, d?u?ej nie mog?am ju? czeka?. Ogarn?? mnie niepokój, wi?c wieczorem posz?am do nich. Mia?a skierowanie do szpitala. W szpitalu po badaniach skierowanie do B-stoku na Ogrodow?, wtedy jeszcze w starej przychodni, szpital zaczynano budowa?. Okaza?o si? rak szyjki macicy. Potem by?a W- wa, niewielki szpital na Grenadierów. Jedna niedziela sp?dzona u mnie. Potem znów B-stok i 12.IX.53 zgon. Straci?am wspania?ego przyjaciela, m?dr? kobiet?, której los nie oszcz?dzi? wielu cierpie?. Jeszcze w sierpniu by?am w inspektoracie i p. Maciejowski zaproponowa? mnie, abym przenios?a si? do szko?y Nr 1 na etat bibliotekarki, to praca spokojniejsza, a pó? etatu mia?am wzi?? historii. Zgodzi?am si?, bo zale?a?o mnie, ?e b?d? blisko dzieci. Ksi??ki kocha?am od dziecka, a ich kupowanie to prawdziwa rozkosz. Mia?am pracowa? rok, dwa. Zosta?am kilka. Zacz??am robi? Studium Nauczycielskie w B-stoku. Historia i praca w bibliotece by?a o tyle dobra, ?e nikt mnie nie musia? zast?powa?, zw?aszcza kiedy biblioteka dosta?a drugi etat. Sko?czy?am Studium i przesz?am na etat nauczyciela historii i wychowawcy kl. V B. Po NSN jeszcze sko?czy?am WSN zdaj?c na pi?tk? i mam sko?czone wy?sze studia zawodowe. Przyspieszy?am troch? to moje kszta?cenie opisuj?c, a trwa?o ono z przerwami kilka ?adnych lat. W tym czasie wydarzy?o si? wiele rzeczy. Po pierwsze pozna?am He?ka. W?a?ciwie to pozna?am go wraz z m??em na bryd?u u Szymonisowej. By? koleg? Józka Gawinowskiego, zi?cia Heli, a m??em jej córki Ireny. Obaj pracowali w szkole zawodowej Mechaniczno – Elektrycznej i Technikum. Jak go pozna?am obaj studiowali na politechnice w W-wie. Potem spotyka?am go u Ireny, z któr? si? zaprzyja?ni?am, niejako jej matkuj?c, po ?mierci Heli. Hela umar?a we wrze?niu a 1-go Maja wysz?am obejrze? pochód i spotka? swoje dziewczynki, aby pój?? z nimi na lody. Spotka?am Niusi? Gordziewicz z dwuletnim synkiem na wózku. Wtedy Niusia powiedzia?a mnie, ?e znalaz?a jaki? guzek w piersi. Za reklam? fotograficzn? na ul. 1go Maja pokaza?a mnie ten guzek, by? wielko?ci fasolki. Potem dowiedzia?am si?, ?e dr Mielczarek usun?? jej ten guzek. Po jakim? czasie pier? sta?a si? sina, opuchni?ta i znalaz?a si? w Bia?ymstoku w szpitalu na W-wskiej. Kiedy przy ko?cu sierpnia odwiedzili?my z Iren? Hel? Szymonis, odwiedzili?my i Niusi?, która by?a po radioterapii i usuni?ciu jajników, by?a w dobrej kondycji, pe?na optymizmu. Pi?? lat trwa?o jej zmaganie z rakiem, pe?ne niepewno?ci, niepokoj?cych sygna?ów o nawrocie. Kochana Niusia, dzielna dziewczyna z Kresów, która ju? w czasie choroby dowiedzia?a si? od umieraj?cej ’’niby’’ babci Roszko, ?e jest dzieckiem adoptowanym, a jej troje rodze?stwa i brat bli?niak s? w Polsce. Odnajduje ich i dowiaduje si?, ?e jej rodzona matka przebywa na Bia?orusi w domu starców. Jedzie do Po?ska, odnajduje dawne kole?anki, które pomagaj? w odnalezieniu. Niestety 5. IX. 1968 r. umiera w Szpitalu Wojskowym na Szaserów. M?? jej Jurek by? sier?antem w wojsku, pracowa? w WKR. Za?atwia? mnie s?u?b? wojskow? Andrzejowi i Markowi. Straci?am najbli?szych sobie ludzi w miesi?cu wrze?niu – zacz??am odczuwa? strach przed tym miesi?cem, a kiedy i Krystyna, ?ona Wie?ka zmar?a we wrze?niu, jest to dla mnie miesi?c ?a?oby. Chocia? kiedy? najbardziej go lubi?am. Moja mama mnie kiedy? wyzna?a, ?e chcia?aby umrze? we wrze?niu, zmar?a biedna w styczniu, w miesi?cu swojego urodzenia, w dniach mrozu i ?niegu, ?e problemem by?o wykopanie grobu. Nasze stosunki z te?ciow? by?y nie do zniesienia. Chodzi?a po urz?dach, mówi?c, ?e ona powinna dosta? ca?? rent? po synu, bo synowa pracuje i dzieci maj? utrzymanie. To sprowadzi?a komisj?, ?eby przydzielono jej pokój w którym ?pi, kiedy i to si? nie uda?o i kiedy us?ysza?am od niej, by? syn, by?a synowa i wnuki, nie ma syna, nie ma synowej i wnuków, to nawet cz?onkowie komisji byli zdziwieni. Wtedy zacz??am dzia?a?, poprosi?am Zbyszka Mackiewicza, który by? sekretarzem miasta o pomoc. Dosta?a pokój w kamienicy na Gda?skiej Nr 4 w tej, w której mieszkali?my. Wyprowadzi?a si? w wakacje, kiedy Andrzej by? poza domem, a ja prowadzi?am kolonie w Szeligach i dziewczynki by?y ze mn?. Zabra?a wszystko, co by?o Czesia wk?adem w nasze gospodarstwo. Oczy?ci?a nawet piwnice. Jej odej?cie pozwoli?o nam rozpocz?? nowy etap w ?yciu. By?o ci??ko, nieraz bardzo ci??ko, ale byli?my sami, ja i moje dzieci. Te?ciowa zmar?a w listopadzie 1981 r. W ostatnich latach cierpia?a na Alzheimera. Prze?y?am z Cze?kiem 12 lat – jakie by?y – trudne, pochodzili?my z ró?nych ?wiatów. ?ycie u nas, przyzwyczajenia, rola m??a, syna, te?ciowej, by?a inna. Moi bracia potrafi? wiele rzeczy zrobi? sami, upra? osobiste rzeczy, wyczy?ci? buty, pomaga? w domu. Nie do pomy?lenia by?o, aby brat siedzia? a mama nosi?a w?giel lub wod?. Czesiek od 1944 r. do 1948 r. by? sam, wi?c umia? to robi?. ?lepa mi?o?? te?ciowej do syna prowadzi?a do powa?nych konsekwencji w naszych relacjach moich z Cze?kiem i z ni?. Rozmawia?am z nimi powa?nie o tym. Je?li dopilnowa?am, ?e nie mog?a wyr?cza? go w dzie?, to robi?a to w nocy. Je?li na przyk?ad mia?am po po?udniu rad? pedagogiczn? i dzieci pozostawa?y po Cze?ka opiek?, to rezygnowa?a z pój?cia do ko?ció?ka, aby go wyr?czy?. Nie rozumia?a, ?e krzywdzi nasz? rodzin?. Powiedzia?am kiedy? m??owi, ?e wychodz?c za niego pope?ni?am b??d, po pierwsze, ?e zgodzi?am si? na wspó??ycie z te?ciow?, drugi, ?e b?d? zam??na z ca?? jego rodzin?, nawet t? cioteczn?, stryjeczn?, wobec której nawet trudno by?o okre?li? pokrewie?stwo. Powiedzia?am kiedy? te?ciowej, ?e jej syn przesta? j? szanowa? jako matk? i swym post?powaniem doprowadzi do tego, ?e mnie przestanie szanowa? jako ?on?, ale ona nie umia?a tego poj??. Opisa?am jedynie fragmenty naszego ?ycia, nie chc? jednak, aby moje dzieci i wnuki odnios?y wra?enie, ?e by?y to lata straszne. Wr?cz odwrotnie, po pi?ciu latach wojny i okupacji, po strasznych prze?yciach jakie nios?y, te pierwsze lata po wyzwoleniu pomimo wielu trudno?ci i braków by?y pe?ne chwil szcz??cia i rado?ci. Wiele rado?ci prze?ywa?o si? wspólnie w pracy, na majówkach, wycieczkach. Nawet podró? poci?giem by?a przyjemna. Ludzie byli przyja?ni, otwarci, zwierzali si? ze swoich problemów. Przepracowa?am z m?odzie?? 43 lata, nigdy ?aden ucze? mnie nie ubli?y?, mia?am bardzo dobre kontakty z rodzicami. Teraz kiedy id? raz w roku do swojej szko?y, staram si? wej?? podczas lekcji. Bo podczas przerwy nie mam szans przej?? schodami do kancelarii, podobnie robi? inne nauczycielki. Taka teraz m?odzie?.
Przeczyta?am te swoje zapiski i stwierdzi?am, ?e do ko?ca nie wyja?ni?am sprawdzenia si? wró?by. To, ?e ?yj? d?ugo, ?e zosta?am wdow?, ?e mam pi?cioro dzieci – fakt. No ale mia?am pop?yn?? za ocean do obcego kraju, otó? i ta wró?ba by si? spe?ni?a, gdybym wysz?a za Kazika. Nie pami?tam w którym to by?o roku, ale w pi??dziesi?tym którym? kolega Cze?ka, a mój przyszywany brat Edmund Wojtaszek, pracownik s?du, student prawa w Gda?sku, sta? w holu uczelni przed tablic? ze swoim koleg?, na której wywieszono list? studentów. W pewnym momencie kolega powiedzia?, jest Wojtaszek – zobacz. Po chwili m??czyzna stoj?cy obok zapyta?, przepraszam panów bardzo, czy ja dobrze us?ysza?em, pad?o nazwisko Wojtaszek, tak to ja – powiedzia? Edmund. Czy pan jest z E?ku, tak – powiedzia? Edmund. A o co chodzi? Widzi pan kilka lat temu pozna?em nauczycielk?, nazywa?a si? Jadwiga Wojtaszkówna i wiem, ?e mia?a brata, czy pan jest nim? Nie, nie jestem, ale j? dobrze znam, jest ?on? mojego kolegi, a z powodu prawie identycznych nazwisk nazywam j? siostrzyczk?. Czy panowie maj? wi?cej czasu, chcia?bym porozmawia?. Zaprosi? ich do restauracji, powiedzia?, ?e przyjecha? na urlop, pracuje w Polskiej Ambasadzie w Tokio, pyta? o mnie. Edmund po powrocie nas odwiedzi?, opowiedzia? o tym spotkaniu i powiedzia? do mnie, wiesz, ?e Cze?ka bardzo lubi?, to mój kolega, ale gdzie ty mia?a? rozum zostawiaj?c takiego ch?opaka, zobacz jakie ?ycie by? mia?a. Czesiek nie by? zadowolony z tych relacji i pos?dza? mnie, ?e spraw? Kazika przed nim ukry?am. A ja pomy?la?am wtedy, ?e mo?e ta wró?ba si? sprawdza, ale ?e si? sprawdzi nie wierzy?am, ale teraz ju? wiem – tylko ja dalej we wró?by nie wierz?.